Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Charakterystyka tonacyi, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Charakterystyka tonacyi, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 września 2009

Charakterystyka tonacyi cz. 1 - "Bezpieczne wypasanie owiec"

Aby w pełni zrozumieć przesłanie dzisiejszego posta będą potrzebne następujące rekwizyty:
- trochę zielonej, pachnącej trawy,
- dobra pogoda (to trochę poza nami),
- owcza wełna lub profesjonalny strój owcy,
- grupa koleżanek i kolegów przebranych za owce, ewentualnie lamy, jaki, kozy, etc.,
- wybrany z powyższej grupy kolega, najlepiej o spokojnym usposobieniu, przebrany w przeciwieństwie do pozostałych za pasterza,
- IPod z interesującym nas utworem.


Ale o co chodzi? Zobaczcie i posłuchajcie sami:

Wpadła mi ostatnio w ręce starawa, ale świetna bo i świetnym językiem napisana "Charakterystyka tonacyi", w której takie oto ładne zdanie stoi:

"Każdy z tonów jest albo ubarwionym, albo i nie ubarwionym. Niewinność i prostotę przedstawiamy w tonach nieubarwionych, łagodne, melancholiczne uczucia w bemolowych, dziką i silną namiętność w tonach krzyżykowych".

Postanowiłem sprawdzić te ubarwienia, nieubarwienia oraz inne namiętności, analizując w miarę możliwości tonacja po tonacji wspomnianą charakterystykę. W drodze losowania, chociaż bardziej z racji ciekawej transkrypcji organowej, która wpadła mi pod myszkę, zaczynam od tonacji B-dur. W tej to tonacji (albo lepiej tonacyi) w 1713 roku przez pana Jana B. popełniona została aria "Sheep may safely graze" pochodząca z Kantaty BWV 208. Zgodnie ze wspomnianą charakterystyką tonacja ta powinna wyrażać "błogą i pogodną miłość bez burzy, czyste sumienie, nadzieję i spoglądanie ku lepszej przyszłości". Pozostając w kontekście tytułu arii (w wolnym tłumaczeniu "O bezpieczeństwie wypasania owiec") postanowiłem zrozumieć charakterystykę wybranej tonacji właśnie z punktu widzenia, chodzenia, leżenia i siedzenia owcy (chociaż nie jestem pewien, czy owca nabyła takową umiejętność).

Kiedy już więc kolegów przebierańców rozstawiłem pod drzewami a sam przyoblekłem się w owczą wełnę, stanąłem wszystkimi czterema[!] nogami na mięciutkim zielonym dywanie pokrywającym zbocze ulubionej góry a następnie załączyłem ulubionego IPoda (za sprawą naszego polskiego bezprzewodowego internetu, który powinien być wszędzie, a wszędzie go nie ma, YouTube tam niestety nie dotarł). I gdy tylko pierwsze dźwięki bachowskiej arii popłynęły do moich "zaczipowanych" owczych uszu poczułem się faktycznie takim szczęśliwym, spełnionym zwierzakiem u boku swojego dbającego o mnie, a zatem dobrego pasterza. Jako, że jestem "TEN OWIEC" wolałbym żeby to była pani pasterz, czyli PASTERKA[?]. Do Świąt jednak jeszcze daleko dlatego pozostanę po prostu przy pasterzu i nie będę roztrząsał "tych" kwestii (w ten sposób "czyste sumienie" mam załatwione). Słuchając tę niebiańską i ponadczasową muzykę do mojej małej owczej główki zastukała nagle błoga świadomość, że nigdy nie zostanę przerobiony na kotlet a moja cieplutka wełna nie zostanie ze mnie zdarta przed nadchodzącymi zimnymi nocami. Spoglądałem zatem w tą "lepszą przyszłość" z charakterystyki tonacyj, żyjąc nadzieją na niekończącą się idyllę. A co z "błogą i pogodną miłością bez burzy"? B-e-e-e, w sensie ba, zatroszczyli się o nią przechadzający się obok, beczący coś pod nosem sami tylko dobrzy znajomi oraz absolutnie świecące nade mną słońce, żadne tam pioruny walące z lewa i prawa jak kiedyś.



W ten oto sposób odkryłem co autor charakterystyki mógł mieć na myśli, ale przede wszystkim jak należy ją interpretować. Drżyjcie więc, pozostały mi jeszcze tylko 23 tonacyje...

Zupełnie na marginesie i zupełnie na poważnie, czy po wysłuchaniu powyższej wersji też odnieśliście wrażenie, że utwór ten brzmi jakby został napisany na organy z takim właśnie "owczym" głosem?

piątek, 23 lipca 2010

Charakterystyka tonacyi cz. 4 - "Piekielna fantazja"

"Oddaje niezadowolenie, przykrość, zgryźliwość z przyczyn zawodu doznanego, szamotanie się w zakreślonych granicach, słowem gniew i smutek".
Tak oto brzmi już - a może dopiero - czwarta charakterystyka tonacyi. Ciekawe, czy odgadniecie o jakiej tonacji mowa? Podpowiem Wam opowiadając o pewnym utworze stworzonym na pierwszy rzut ucha właśnie dla wyżej opisanej tonacji, którego autorem był sam pan Jan z Lipska (choć w tym przypadku bardziej pasowałoby mi określenie - pan Jan nie z tej ziemi). To utwór, który po dzień dzisiejszy stanowi dla mnie jedną z większych zagadek muzycznych tego świata. Pomyślałem więc, że to dobry pretekst by kompozycja, której interpretacja zawsze była dla mnie czymś odległym, zagościła na "liście przebojów" tego bloga.

Opis ten zacznę od pytania, które towarzyszy mi zawsze przy okazji ponownej próby zrozumienia tej piekielnej fantazji: czy istnieje jakiś klucz do rozumienia muzyki i jej interpretacji? Przecież niesłyszący także mają możliwość odbioru dźwięków poprzez wibracje, albo synestetycy dzięki wrażeniom smakowym, węchowym, czy też wzrokowym mogą również poznać piękno tej sztuki. Świetnym medium do zrozumienia muzyki bywają także obrazy. Nie mogłem więc tego nie wykorzystać.

J.S. Bach & J. Svankmajer

Z fantazją Bacha postanowiłem zmierzyć się w połączeniu z "wersją wizualną" Jana Svankmajera, czeskiego reżysera, jednego z najbardziej uznanych twórców animacji poklatkowych, nazywanego przez niektórych "alchemikiem surrealizmu", którego obraz może stanowić istotny klucz jeżeli nie do zrozumienia, to przynajmniej do podjęcia próby interpretacji zamierzeń twórcy... a właściwie chyba samego Najwyższego Twórcy.



Film ten już po pierwszym oglądnięciu wydał się być znakomitym drogowskazem na drodze prowadzącej do zrozumienia i odczuwania dzieła pana Bacha, stanowiąc swego rodzaju komunię między dźwiękiem, a obrazem. Dźwięki wdzierają się tu pomiędzy każdą klatkę filmową, są odzwierciedleniem każdego pęknięcia na murze, każdej kraty, każdego zamku, czy drutu. Obrazy przypominają mroczne więzienie kojarząc się tym samym z cierpieniem, albo torturą. Wręcz odczuwalny jest wilgotny, stęchły zapach ścian. Więzienie to - zgodnie z opisem tonacji - zdaje się pętać i ograniczać. Czy jednak pojawiający się motyw otwieranych drzwi a później korytarza stanowi perspektywę wolności? Czy ucieczka jest drogą uwalniającą z lochów? Przecież zaraz po wyjściu ponownie okalają nas mury, a okna przypominają oczy śledzące nasz każdy krok. Zdaje się, że doświadczamy spętania podobnego do tego z początku filmu. A może te ograniczenia są właśnie w nas, nasze świadome i nieświadome dysharmonie, nasze małe światy, małe więzienia?

Może właśnie dlatego pojawiają się w tym obrazie także pewne niejasne kwestie, jak chociażby wyrzucenie przez grającego zgniłego jabłka stojącego wśród innych. Dlaczego właśnie jabłko, a nie np. marchewka? Również wspomniany wcześniej motyw otwieranych drzwi nie współgra moim zdaniem z muzycznym tłem, w którym słychać charakterystyczny motyw sekcji pedału, ewidentnie zmierzający w dół, w głąb bliżej nieokreślonej otchłani, schodzący do piekieł. Przecież te niesamowite emocje emanujące z tego utworu muszą nieść ze sobą ogromną wartość stanowiącą istotny dla nas przekaz. Nie może być inaczej.

Marks twierdził, że byt wyznacza świadomość. Ja - trochę przekornie - powiem, że może jednak świadomość wyznacza byt? Przecież mamy tyle możliwości do kreowania otaczającej nas rzeczywistości. Chociaż w przypadku pana Bacha zasadniej może byłoby powiedzieć, że to muzyka wyznacza świadomość.



Powyższe wykonanie pojawia się tu także nieprzypadkowo. Należy bowiem do moich ulubionych - fantazja zagrana z tak oczywistą, wręcz tryskającą spod palców Koopmana lekkością, która doskonale wpisuje się w nurt różnego rodzaju kontrastów, tak bardzo charakterystycznych dla tej fantazji i tonacji g-moll. Z jednej strony ta lekkość, z drugiej zaś sam zagmatwany motyw fantazji, który nawet grany w piano przytłacza wszechobecną duchotą. Zaduch ten od czasu do czasu rozpraszany jest czy to poprzez zastosowanie przez Koopmana pauz, czy też zawieszeń na konkretnym dźwięku. Przystaje, jakby chciał zwrócić naszą uwagę na to co najistotniejsze, jakby chciał powiedzieć: o teraz! Posłuchaj... Słyszysz? To jest właśnie głos Boga.

Ilekroć słucham różnego rodzaju interpretacji tego utworu, notorycznie zadaję sobie pytanie: dlaczego u licha w tej piekielnej fantazji znajduje się tyle niewiadomych? Dlaczego jednego dnia, fantazja ta jest straszna, innego przytłacza swą ciężkością, a jeszcze innego staje się raczej obojętna, nic nie mówiąca, nie zwracająca uwagi słuchacza? W końcu różnice w zakończeniu: g-moll kontra G-dur (Koopman tym weselszym znowu kontrastuje z mroczną całością).

W ten oto sposób uświadomiłem sobie kolejny raz, że stuprocentowe zamierzenie Bacha jest dla nas chyba niemożliwe do odkrycia. Utwór ten ląduje więc z powrotem w pudełku z napisem: "Utwory porażające, dotykać, ale nie wnikać!". Jestem przynajmniej mądrzejszy o najważniejszy chyba wniosek. Najlepiej bowiem niczym organista w filmie Svankmajera, po prostu zatkać sobie usta jabłkiem i zacząć bez większego zastanawiania się i zbędnego zagłębiania słuchać, a najodpowiedniejsza interpretacja i wypływający z niej zamysł Bacha same urodzą się w naszych sercach, niekoniecznie owocując gniewem i smutkiem z opisu tonacji g-moll, czego Wam i sobie życzę.

środa, 30 grudnia 2009

Charakterystyka tonacyi cz. 2 - "Mniej niż zero"

"Głęboka melancholia, skarga żałobna, jęki nędzy i tęsknota za grobem spoczywa w charakterze tego tonu".

Mając przed oczami taką charakterystykę tonacji f-moll, na pierwszy rzut wykonany jednym z nich, można by odnieść wrażenie, że autor tej to oceny miał - zgodnie z gusto a'la polacco - skłonności do przesadzania, generalizowania i zbyt nadmiernego wpychania w każdą możliwą szczelinę ulubionego przez większość rodaków patosu (nie mylić z potasem). Są przecież takie utwory, które może faktycznie przepełnione są melancholią, ale daleko im do skarg żałobnych, czy tęsknoty za miejscem wiecznego spoczynku. Przykładem może być Zima najbardziej znanego w historii świata rudego księdza, w której aż kipi od różnego rodzaju środków, zabiegów muzycznych, symboli i tak realistycznych dźwięków, że nawet przy 20 stopniach Celsjusza, których mamy sposobność zaznawać podczas słuchania, nasze ciepłe kapciochy przestaną nas wystarczająco ogrzewać, meble pokryją się szronem, a z radia u sąsiadów ustawionego na falach jakiejś popularnej stacji, popłynie w naszym kierunku refren "Mniej niż zero". I fakt, że nasz mózg dzięki wspaniałomyślnie działającym synapsom wytworzy iluzję malowanej muzyką zimy z uczuciem chłodnego dreszczyku na plecach, wcale nie zmusi nas do rozmyślania o tematach grobowych, no chyba, że takich na kształt "naszoklasowych". W zasadzie po oglądnięciu "takich cudów" wypadałoby wydać z siebie jęki prawdziwej nędzy, a zaraz po nich zaparzyć sobie herbatę i z powrotem oddać się muzyce Vivaldiego, która wnikając do najgłębszych warstw naszej osobowości, wbrew temu co pisze autor charakterystyki tonacyi, nawet w wersji f-moll może przenieść nas w świat o wiele bardziej piękniejszy, pogodniejszy, zdumiewający. Posłuchajcie i zobaczcie sami:



Taka jest moja bardzo subiektywna ocena charakterystyki tej tonacji. Myślę sobie, że nie da się chyba do końca jednoznacznie wyznaczyć granic odbierania i rozumienia muzyki, która - jak powiedział Oscar Wilde - "nigdy nie może wyjawić nam ostatecznej swej tajemnicy, dlatego też jest najdoskonalszym typem sztuki". Dla jednych faktycznie f-moll będzie kojarzyć się ze śmiercią i żałobą, dla innych zaś z życiem i radością - czymś zupełnie przeciwnym. I całe szczęście, że tak jest. Jakże byłoby nudno, gdybyśmy wszyscy jednakowo odbierali otaczający nas świat dźwięków.


Czym jest muzyka? Nie wiem.
Może po prostu niebem
Z nutami zamiast gwiazd.

Może mostem zaklętym
Po którym instrumenty
Przeprowadzają nas.

Wszystko - jak raz ktoś orzekł -
Muzyczne ma podłoże,
Nawet księżyca blask...


Ludwik Jerzy Kern

środa, 16 lutego 2011

Charakterystyka tonacyi cz. 5 - "Bach do reperacji"

I stało się. Wzorcowo zakałapućkałem się w remont, pakowanie, rozkręcanie, przeprowadzkę, skręcanie, rozpakowywanie - choć do tego ostatniego to jeszcze długa droga. Korzystając z chwili odpoczynku przysiadłem sobie na jednym z pudeł wypakowanych po brzegi przeróżnymi książkami, ciuchami, nutami, płytami i pomyślałem: "trzeba to jakże ważne wydarzenie, które dotknęło, dotyka lub zapewne dotknie prawie każdego, uwiecznić jakoś na moim blogu". Szybko przewertowałem karty mej pamięci zawierającej katalog dzieł organowych Jana Sebastiana Bacha (oczywiście mam na myśli pamięć elektroniczną, własna w takich warunkach funkcjonuje nienajlepiej) i utknąłem na numerze 543. Dlaczego? Najpierw posłuchajcie.



Czy już sam początek nie jest jak katastrofa, którą na początku przypomina każdy większy remont i przeprowadzka? Wszystko co było do tej pory w miarę sensownie poukładane rozsypuje się jak domek z kart, spada w przepaść, resztkami sił próbując tylko wznieść się do poprzedniego poziomu. Gdzieniegdzie wśród gęstwiny kurzu i pyłu (tak, chodzi mi o ten z rozkuwanych ścian) przebija się malutkie światełko w tunelu, które w miarę upływu czasu staje się coraz wyraźniejsze dając tym samym nadzieję, że jeszcze tylko tydzień, dwa i wszystko wróci do normy. Ale światełko to przygasa, bo oto nadchodzi ekipa z maszynką do cyklinowania parkietów w postaci specyficznego, nacechowanego bardziej negatywnymi emocjami motywu fugi, który wraz z wwiercającym się niczym wiertarka udarowa w beton pedałem (zwłaszcza w zakończeniu) doskonale oddaje atmosferę panującą podczas reperacji mieszkania. A samo zakończenie to przecież ewidentna szlifierka kątowa z milionem rozbryzgiwanych dookoła iskier, charakterystycznym "metalicznym" brzmieniem i przebijającym się co chwilę młotkiem oraz meselkiem pana majstra.

No dobrze, to że nad naszym remontem zawisły ciemne chmury już wiemy, ale co z tonacyją, która zgodnie z tytułem posta miała być tutaj scharakteryzowana? A tu niespodzianka. Mam bowiem wrażenie, że znalazłem doskonały przykład, który nijak ma się do tej właśnie charakterystyki i świadczy albo o pomyłce autora tej definicji, albo o niesamowitym talencie pana Bacha, który z każdej, nawet najbardziej potulnej tonacji, potrafi wysupłać potwora. Oto ta krótka, ale konkretna charakterystyka:

"A-moll cechuje nabożnej kobiety miękki charakter i potulność".

Ja przepraszam, czy tutaj można usłyszeć nabożną kobietę, która w dodatku ma miękki charakter? Gdzie tu u licha potulność? Jeżeli to faktycznie ma być kobieta, to przypomina ona raczej istną bestię, która nie ma w sobie nic z łagodności, subtelności, czy nawet sympatyczności... A może ta subtelna kobieta wywarła swym "miękkim charakterem" taki wpływ na Jaśka, że nie wytrzymał i popełnił takie "udarowe" dziełko? Wiem wiem... Etap mojego życia, w którym obecnie się znajduję - nazwijmy to "napudełkowy" i związany z nim stan psychiczny, może wypaczać trochę pogląd na takie kwestie. Gdyby się bardzo postarać, w większości utworów pana Jana znajdę teraz kurz, dźwięk wiertarki, albo huk młota. Dlatego póki co przełknę może łyczek "amola" i obiecuję zbadać temat w nieco normalniejszych warunkach...

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Charakterystyka tonacyi cz. 6 - "Czynność z NIE na końcu"

C-dur jest tonem zupełnie czystym, bez cechy, bez barwy, służy też do oddania niewinności, prostoty, naiwności, jakby niemowląt mowy.


Babcia mojej żony często powtarzała swoim wnukom: "dłuższe czekanie, lepsze śniadanie". Wiadomo, że dzieciom mówiono o śniadaniu, jako najważniejszym posiłku w ciągu całego dnia, ale wszyscy trochę doroślejsi i bardziej zorientowani w jego miejsce wstawiali zupełnie inną czynność kończącą się na "nie", a zaczynającą na... No właśnie, to od czego się ta czynność zaczynała zależy tylko od okoliczności.

Dłuższe czekanie mamy (macie) już za sobą (bo zasłużony odpoczynek przecież mi się należał), pora więc na odpowiednie okoliczności, żeby poznać czynność z "nie" na końcu. Za materiał pomocniczy posłuży trzyczęściowy koncert organowy C-dur autorstwa pana Corrette, w dodatku Michała:



Część pierwsza: Allegro

Wiosna w pełni. Życie budzi się z zimowego marazmu. Słońce mocniej operuje, rozkwitają pąki kwiatów, zawiązują się owoce, ptaki radośniej drą swoje niedawno co przemrożone dzioby - jednym słowem sielanka. W tak pięknych okolicznościach przyrody... i tego... i niepowtarzalnej...* wiele tak zwanych "homo sapiensów" zewsząd atakowanych ogromną ilością pozytywnych bodźców, odkrywa w sobie konieczność dokonania entuzjastycznego porywu w stronę życia przez duże "Ż". Szwung związany z nagle obudzonym uniesieniem nadaje temu życiu przez duże "Ż" kierunek "Amory" - i w cale nie mam na myśli jakiejś miejscowości w naszym kochanym kraju, ani też pieszczotliwego określenia dla amortyzatorów samochodowych. Chociaż prawdę mówiąc z pieszczotami ma to coś wspólnego... Pominiemy teraz etap gonienia się po łące, uścisków na ławce oraz wszystkich serenad wyśpiewywanych pod oknami oblubienic i zajmiemy się wreszcie czynnością z "nie" na końcu...

Część druga: Andante

A tu niespodzianka. Zamiast piorunów z nieba, których co poniektórzy pewnie wyczekiwali, delikatna i zwiewna, przepełniona prostotą czy też wspomnianą w opisie tonacji naiwnością melodia, doskonale posłuży nam za cieniutki kocyk, którym jedną ręką nakryjemy czynność z "nie" na końcu a drugą zgasimy światło. Albo krócej mówiąc (oczywiście sugerowaną w opisie mową niemowlaka): bla bla bla...



Część trzecia: Allegro

Kto nie załapał albo wspomniany przed chwilą "kocyk milczenia" okazał się za gruby, ten ciapa i teraz trudno mu będzie odnaleźć się w końcowej opowieści, która kończy się słowami: "... i żyli już we trójkę długo i szczęśliwie".

* cytat z filmu "Rejs"

czwartek, 18 października 2012

Charakterystyka tonacyi cz. 7 - "Obrażające s[m]arkanie"

H-moll jest niejako tonem cierpliwości, spokojnego wyczekiwania, zdania się na Opatrzność Bożą. Dlatego też skarga jego jest łagodną i nie przechodzi nigdy ani w obrażające sarkanie, ani nieznośne kwilenie. Aplikatura tonu tego jest we wszystkich instrumentach trudną, stąd też mało mamy w nim sztuk pisanych.

Tak oto rozpoczynamy kolejną wyprawę w świat tonacyj, dzisiaj ze względu na ogólne zmęczenie materiału, do pewnego wyrazu z opisu magicznie dokleiła mi się jedna litera, czyniąc ten świat cudownie zasMarkanym. Powyższą charakterystykę czytałem chyba dwa razy i za każdym razem zastanawiałem się, dlaczego jej autor ni stąd, ni zowąd przytacza nagle jakieś obrażające smarkanie. Co też jakiś katar może mieć wspólnego z tonacją h-moll? No i zaczęło się moje dociekanie. Pierwszy na tapetę poszedł koncert h-moll Johanna Gottfrieda Walthera, a właściwie Vivaldiego:



Rzeka łez spływała po twarzy Walthera siedzącego w rogu pokoju, w którym zwykł przebywać zawsze wtedy, kiedy miał ochotę doznawać duchowych uniesień. Najciemniejsza część domu sprzyjała rozmyślaniu nad sensem życia, wsłuchiwaniu się w każdą nutę, doszukiwaniu się Boga w każdej frazie: własnej lub jak było w tym przypadku kolegi po fachu. Wszystkim niepamiętającym tamte czasy przypomnę tylko, że wtedy nie znano jeszcze takich wynalazków jak gramofon, magnetofon, odtwarzacz CD, czy jakże przydatne w kwestii niewkurzania małżonki słuchawki. Wtedy muzykę wynosiło się z sali koncertowej zaszufladkowaną z tyłu głowy, a odsłuch polegał na sięgnięciu swą pamięcią w odpowiednią szufladkę z wirtualną płytą BD (od Brain Disc), nagraną z udziałem publiczności w wersji LIVE. Walther będąc kuzynem pana Jana z najbardziej na świecie muzycznie uzdolnionej rodziny na literę "B", przez to właśnie spowinowacenie nie miał problemów z uruchamianiem muzycznej machinerii w swojej głowie (podejrzewam, że spora część ludzi żyjąca w tamtych czasach nie miała z tym problemu, gdyż po prostu nie było innego wyjścia). Siedział więc wygodnie w swym fotelu przywołując usłyszany wcześniej koncert Antonia i przeżywał szlochając. Smarkanie roznoszące się po całym domu nie miało końca. Był to jednak płacz wzruszenia, żadne tam nieznośne kwilenie. Krzątająca się po domu małżonka, która mądrą kobietą była, bardzo często musiała przywoływać go w takich sytuacjach do psychicznego pionu. Uczyniła to i tym razem mówiąc: "weź się już tak nie maż, okaż trochę cierpliwości, zdaj się na Bożą Opatrzność, chwyć pióro i mimo trudnej aplikatury hamola napisz ten koncert na organy tak, by wszyscy zwykli ludzie również mogli usłyszeć i poznać jego piękno w kościele". Licząc się z jej zdaniem wziął się do roboty i w kilka chwil przy pomocy jednego pióra, trzech kluczy i trzech pięciolinii, powołał do nowego życia wszystkie wykorzystane przez Antoniego instrumenty, ale już w sposób umożliwiający zaprezentowanie ich za sprawą tylko jednego człowieka - organisty.
I uczynił to doskonale, nieprawdaż? Kwintesencja barokowej muzyki zamknięta w jednym instrumencie, a i wykonanie oraz brzmienie instrumentu na zaprezentowanym przeze mnie przykładzie nie pozostawiają nic do życzenia. W tym momencie można zgodzić się więc z autorem opisu tonacji (przymykając oczywiście oko na obrażające smarkanie), że dużo tu skargi, ale jak słusznie zauważył autor utrzymanej w łagodnej wymowie. I wszystko byłoby nadal takie piękne, gdyby nie kolejny utwór wzięty na warsztat - Toccata h-moll Eugène Gigout:



Czy słyszycie tutaj ową łagodność i cierpliwość mające charakteryzować tonację h-moll? Ja mam wręcz odwrotnie. Kiedy u Vivaldo-Walthera słychać to było doskonale, w tym przypadku do mojej głowy uderza raczej cały ogrom skarg i rozpaczliwego kwilenia. Nie potrafię spokojnie wyczekiwać finału, chciałbym żeby ta nawałnica czym prędzej się skończyła. Szczęśliwie tylko, że w tym przypadku jest to finał zwieńczony gromkim H-dur (nawiasem mówiąc najbardziej "rozstrojonym" tonem w mojej prywatnej charakterystyce tonacji). Jedno się tylko zgadza - moje oczy narażone na niesamowity podmuch wiatru wywołany wspomnianą nawałnicą, podobnie jak u Walthera zachodzą łzami, a to już tylko krok od obraźliwego s[m]arkania. No to jeszcze raz z dodatkową promocją młodych talentów:



Teraz to moje s[m]arkanie sięga zenitu, a do objawów zewnętrznych dołączyła w finale utworu dodatkowo gęsia skórka. Ciekawe czy domyślacie się, co ją spowodowało? Ale to temat na zupełnie osobny wpis o doznaniach raczej niezwiązanych z tonacjami a przestrzenią... choć jak już pewnie zdążyliście się przyzwyczaić, rzeczy z natury ze sobą niezwiązywalne, związuję od ręki. Wyczekujcie zatem wpisu o przestrzennym s[m]arkaniu w tonacji nie-h-moll.

piątek, 14 maja 2010

Charakterystyka tonacyi cz. 3 - "Chodź no stary do baru"

"G-dur. Wszystko co tchnie idyllą, sielanka, zaspokojona namiętność, wszelka wdzięczność czy za szczerą przyjaźń, czy za stałą miłość - słowem wszelkie łagodne a spokojne serca poruszenie, wybornie się daje w tonie tym wynurzyć. Żałować należy, że dla pozornej łatwości bywa dziś zaniedbywanym, nie zważając na to, że we właściwem rozumieniu nie ma ani trudnego, ani łatwego tonu, że wszelka mniemana trudność leży w pomyśle kompozytora".

O tym, czy przedwcześnie zmarły Nicolaus Bruhns (1665 - 1697) nie miał kłopotów alkoholowych nie wiemy, bo o takich ewentualnych przypadłościach nikt na szczęście dla zainteresowanego ani nie mówi, ani też nie pisze. Ten utalentowany muzyk, uczeń samego Buxtehudego, kompozytor, który stanął trochę w cieniu błyszczącej muzyki swego mistrza oraz Jaśka Bacha, ma w swoim dorobku sporo niczegowatych (dla niewtajemniczonych i ukierunkowanych na nowe trendy w mowie po prostu seksownych), a do tego wzniosłych kompozycji. A te, żeby nie było nudno, dodatkowo wzbogacone są przynajmniej jednym ciekawym "tworem" wpisującym się w nurt tak zwanych "dzieł po-alkoholowych" lub "utworów na-kacu". Te dwa utworzone przeze mnie pojęcia służą tylko i wyłącznie do katalogowania dzieł ewidentnie przesyconych procentowym natchnieniem.

Na marginesie dodam tylko (żebym nie został posądzony o jakąś stronniczość), że sam Bach posiada w tym moim katalogu przynajmniej kilka takich dzieł, ot chociażby pisane jakby "na gazie" Preludium C-dur BWV 547 lub Fuga A-dur BWV 536 z motywem, który Bach ewidentnie musiał usłyszeć przechodząc obok jakiegoś baru, w którym na dobre zabawiały się drobne pijaczyny, nieświadome tego, że ich wznoszona pod niebiosy pieśń wychwalająca walory życia w stanie upojenia, stanie się tematem jednego z nieśmiertelnych utworów największego muzycznego geniusza świata.

Spróbujcie zatem zestawić muzykę ze szkicem sytuacji, na bazie której mogło powstać Preludium G-dur idealnie wpasowujące się swoją sielskością we wcześniej przytoczony opis tonacji. Z jak zwykle trafnej, odkrywczej, świeżej i nietypowej gry mojego - nie ukrywam - ulubionego organisty "odtwarzacza" Tona Koopmana wyłania się taki oto obraz sytuacji, którą być może targany wyrzutami sumienia barokowy twórca Bruhns chciał się z nami podzielić.



(Jako, że wersja Tona Koopmana jest już niedostępna, polecam inną zaznaczając, że w związku z tym znaczniki czasowe podane poniżej troszeczkę się "rozjechały", ale kto sprawniejszy, ten połapie się o co i kiedy chodzi.



Poranną ciszę przerwał dzwonek telefonu. Nicolaus podniósł najpierw ciężką rękę, a zaraz po niej jeszcze cięższą słuchawkę telefonu (czy czegoś podobnego, co wówczas służyło ludzkości do porozumiewania się między sobą z odległości uniemożliwiającej bezpośredni kontakt wzrokowo-paszczowy). Bardzo rozweselony i donośny głos zapraszał go na piwo, zapewne niejedno. Rzucane cicho odpowiedzi Nicolausa sugerowały lekką niedyspozycję wynikającą z nadużyć dnia poprzedniego, ale po kilku wymianach zdań i namowach kolegów udało się ostatecznie ustalić czas i miejsce spotkania. Ofiara telefonicznej przemocy wstała zatem z łóżka i nieco zachwianą posturą (00:31) skierowała swoje kroki do łazienki. Od tej pory zaczął się istny maraton. Podpierając się raz lewą, raz prawą ręką o ściany Nicolaus zbliżył się do schodów, które jak zwykle stanęły na drodze do najbardziej upragnionego w tej chwili miejsca na ziemi. Zejście do łazienki z sypialni położonej na piętrze przeważnie wymagało nie lada zachodu. Tak było i tym razem (01:19).

Kiedy cała ta poranna ceremonia zakończyła się sukcesem i jakimś cudem osoba Nicolausa zjawiła się na spotkaniu, rozpoczęło się pochłanianie wykwintnych trunków. I tak na początek (02:00) pękło kilka butelczynek piwa jasnego, które pozwoliły zapomnieć o porannych stresach higienicznych. Kolejnym smakołykiem było piwo ciemne (03:16), które z gracją wtłoczone przez otwór gębowy, najpierw delikatnie musnęło ścianki przełyku, by ostatecznie uwieńczyć podróż w żołądku, pozostawiając tym samym swój ślad w centralnym ośrodku nerwowym. Ten z kolei pełniąc między innymi funkcje obronne, zadziałał prawidłowo (03:29) wywołując u Nicolausa konieczność odwiedzenia pewnego znanego doskonale miejsca. I znowu rozpoczęła się kolejna długa podróż (03:36), z tą tylko różnicą, że czasu na jej realizację było jakby mniej.

Ostatecznie się udało (03:58) i cel został osiągnięty. Rozpoczął się błogi stan wytchnienia (04:03), który zdradliwie okazał się bardzo krótkotrwały i w głowie Nicolausa poczęły wirować różne nienaturalne obrazy wymieszane z przebłyskami rzeczywistości (04:12), które powaliły go na podłogę. Nie wiedział już, czy to, że delektuje się ponownie zimnym trunkiem (04:24) jest autentycznością, czy wyimaginowanym stanem jego umysłu. Było to jednak nieistotne. Istotnym był błogi stan, idylla i sielanka, które panowały w jego nie-świadomości. I taki stan trwałby zapewne jeszcze wieki, gdyby nie donośny krzyk małżonki (05:57), który raptownie wyrwał go z sennego letargu: "Ty stary leniu, wstawaj wreszcie i weź się do jakiejś roboty! Kartofle czekają! Schody nie umyte! Non stop tylko śpisz i coś tam mamroczesz pod nosem, a potem wstajesz i bazgrolisz te swoje dziwolągi na papierze! Wstawaj leniu!!!"

Co miał robić? Wstał i ciesząc się z faktu, że był to tylko wymysł jego wyobraźni (choć tego do końca nie był pewien), spisał na kolanie to, co mu się przyśniło i zabrał się za obieranie ziemniaków...