Dawno dawno temu... takimi słowami z całą pewnością mógłby się rozpoczynać dzisiejszy wpis... (i jakby nie patrzeć, takimi się właśnie rozpoczyna). Blog stał się dla mnie kolejnym dowodem na nieubłaganie uciekający czas. Kolejnym, bo pierwszym jest rosnący w zawrotnym tempie Malec. W zawrotnym to mało powiedziane, w tym przypadku bowiem trzy miesiące powodują, że już trzeba myśleć o wymianie butów. Jest jednak przyczyna tego blogowego leżenia odłogiem, o której w formie wyjaśnienia wszystkim oczekującym na regularne wpisy chcę teraz napisać. Przyczyna prozaiczna, ale niesamowicie absorbująca. Otóż całkiem sporo rzeczy związanych z faktem wicia sobie nowego rodzinnego gniazdka najpierw spadła z wysokości podjętej decyzji, a potem z hukiem wylądowała na mojej głowie. No i rozpoczęło się rozgryzanie zagadnień budowlanych, latanie po urzędach (jak to przystało na nasz kraj), załatwianie miliona papierków, doglądanie postępu prac oraz długie wieczory poświęcone podejmowaniu kolejnych decyzji... Odnoszę wrażenie, że moja doba ze standardowych 24 godzin zgubiła gdzieś 10, z czego w większości poświęconych zazwyczaj na odpoczynek i sen. W tym wszystkim i organów jakoś trochę ubyło. Niestety. Może trochę w myśl zasady: "coś za coś"? Stąd też dzisiejszy, oczyszczający mam nadzieję mnie trochę z zarzutów popełnienia blogowej zbrodni wpis, oczywiście o organach, których z takim towarzystwem jeszcze na tym blogu nie było.
Zwlekałem z tym przykładem bardzo długo, bo nie miałem pretekstu do jego prezentacji. Dzisiejszy wpis nadaje się moim zdaniem doskonale. U mnie burza zmian, tam burza w nieco innym wymiarze, ale najważniejszy fakt, że "za dzień, za dwa, za noc, za trzy...". No właśnie - słowa. Słowa samej Agnieszki Osieckiej (tu przy okazji podprogowo przekazuję ukłon w stronę Żony) wplecione kunsztownie w muzykę Krzysztofa Komedy przez Grażynę Auguścik, w połączeniu z organami doskonale zawiadowanymi przez Jana Bokszczanina, dają w ostatecznym rozrachunku zupełnie inny obraz znanego nam już dobrze utworu. Inny klimat, inny wydźwięk i przede wszystkim inny wymiar organów, które doskonale harmonizują z głosem i słowem. Dobrze, że powstają takie wnoszące trochę świeżości interpretacje. Takiej świeżości życzę Wam na najbliższy czas.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bokszczanin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bokszczanin. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 16 czerwca 2014
czwartek, 28 lutego 2013
Och, Karol 3!
W 1985 roku był "Och, Karol". Później w 2011 ktoś wpadł na "doskonały" pomysł i zrobił remake pod tytułem "Och, Karol 2". A dzisiaj ja proponuję Wam najnowszą odsłonę obrazu "Och, Karol" z numerkiem trzy w wersji audio VIP DELUXE dla koneserów. Jaka będzie różnica między moją produkcją a pozostałymi dwiema? Rzekłbym zasadnicza. Tam główną rolę odgrywa jeden gość otoczony naraz kilkoma babeczkami, tu jeden gość otoczony kilkoma mężczyznami.... choć to akurat nie ma większego znaczenia. Znaczenie ma natomiast inny fakt. Dwie pierwsze produkcje przedstawiają mizerną historyjkę, która za pomocą szklanego ekranu ma bawić i zarabiać miliony. Tu natomiast do odbioru wystarczy sama fonia. A skoro tytułowy bohater ma do tego na nazwisko Szymanowski, czyli stawiany jest na równi z Fryderykiem Chopinem, jako jeden z najwybitniejszych polskich kompozytorów, to fonia ta nie jest byle jaka. Gdy dodamy do tego jeszcze, że odtwórcą głównej roli jest sam pan Jan Bokszczanin, czyli organowy aktor z górnej półki, to będzie to już superprodukcja pretendująca do muzycznego Oscara - choć zapewne dla nieco węższego grona muzycznej publiczności (mam nadzieję, że się mylę).Co zatem usłyszymy wybierając dzisiejszą propozycję? Organową transkrypcję w formie miniaturowej pozytywki, w której gustownie zamknięto późnoromantyczną nastrojową etiudę ubraną w specyficzną dla tamtych czasów harmonikę. Do uruchomienia tego szykownego mechanizmu potrzebny jest jeszcze kluczyk. Jest nim sam Chopin i jego niebagatelny wpływ na twórczość Karola. Usiądźmy zatem wygodnie w naszych "kinodomowych" fotelach i dajmy się ponieść organowemu obojowi. Nie zapomnijmy mieć przy sobie zaproszenia, dziś na szczęście jeszcze z napisem WSTĘP WOLNY!
sobota, 22 września 2012
Saxorganowa tajemniczość
Od razu przyznam się bez bicia do tego, że saksofon nigdy nie należał do listy moich ulubionych brzmieniowo instrumentów. Gdyby ktoś zapytał mnie o pierwszą rzecz związaną z tym instrumentem jaka przychodzi mi do głowy, równie dobrze mógłbym odpowiedzieć: Lisa z Simpsonów oraz Candy Dulfer, która już jakiś czas temu wykonała popisowy numer z Davem Stewartem, bo gdybym miał odpowiedzieć na tak postawione pytanie zupełnie serio, chyba nie znalazłbym na nie szybko normalnej odpowiedzi. Dlaczego dopadła mnie przypadłość o nazwie "antysax"? Może dlatego, że ilekroć słyszę brzmienie tego instrumentu odnoszę wrażenie, że jest ono dla moich uszu jakieś "pumeksowate", zbyt szorstkie, zarazem zbyt miałkie, a co najważniejsze pozbawione tak ważnej dla mnie nutki tajemniczości (na przykład takiej, którą z całą pewnością posiada fagot), a która to w znacznym stopniu przyczynia się do generowania w moim organizmie większej ilości substancji dających poczucie przyjemności płynącej ze słuchania muzyki. Kiedy nie ma tej enigmatyczności, zwyczajnie czegoś mi brakuje. Dlatego nie lubię mieć wszystkiego podanego na muzycznej tacy, nie lubię kiedy wszystko jest takie ugładzone i oczywiste. Lubię się trochę "pobabrać" i "uciamtać" jak dziecko bawiące się swoimi pierwszymi w życiu posiłkami w papkowatej postaci.
I oto trzymam w ręce okładkę płyty a zdziwienie moje sięga zenitu, bo to chyba pierwszy raz, kiedy saksofon po pierwsze mnie nie nudzi, po drugie pasuje, a po trzecie nawet interesuje i zaskakuje, czym nieco zmienia moje dotychczasowe wyżej opisane podejście do tegoż instrumentu. Czy to dlatego, że występuje w duecie z organami? Odpowiedź na to pytanie znałem już po pierwszych dźwiękach płynących z zupełnie przypadkowo nabytej płyty "NEW POLISH MUSIC for saxophone and organ" Jana Bokszczanina i Pawła Gusnara. Pana Jana poznałem już przy okazji płyt z muzyką ulubionego Mariana Sawy, więc wiedziałem, że od tej strony płyta mnie nie rozczaruje. Jedyną niewiadomą był pan Paweł, a właściwie wspomniany saksofon. I właśnie o dziwo i ta strona płyty mnie absolutnie urzekła. Posłuchajcie jej fragmentu: "Mały szkic" Miłosza Bembinowa.
Dobrze brzmi taki duet, prawda? Pięknie uzupełniają się te dwa brzmienia. Są wprawdzie momenty, kiedy charakterystyczna maniera saksofonu trochę mi przeszkadza, ale to drobnostka, bo całość jest bardzo kompletna. Im więcej słucham tej płyty (Marian Sawa brzmi absolutnie nieziemsko), skłaniam się ku stwierdzeniu, że szufladkowanie danego instrumentu zupełnie nie ma sensu (tu apel do tych, którzy bez namysłu wsadzają organy do szufladki z napisem: "niedzielna liturgia i tyle"). Bałem się zestawienia moich ukochanych organów z tak zaszufladkowanym przez mnie (przyznaję, również zupełnie bez sensu) saksofonem. Kupowałem płytę ze sceptycznym nastawieniem: posłucham i pewnie odłożę do płyt zaprzyjaźnionych z zakurzoną częścią płytoteki. Ale już wiem, że będzie inaczej, a czy jest tak właśnie dzięki organom? Mogę z całą pewnością powiedzieć, że tak. Uważam, że to one tworzą specyficzny klimat, doskonale uzupełniają obraz malowany dźwiękami saksofonu, raz towarzysząc, a raz przewodząc myśli kompozytora. To dzięki nim ten bezduszny do tej pory dla mnie "chrapliwy" saksofon przestaje być krzykliwym stworem, dostaje nowego nieznanego mi dotąd brzmienia, wzbogaconego właśnie o wspominaną tajemniczość. W tym wydaniu ten duet mi odpowiada i z całą pewnością sięgnę jeszcze nie raz do podobnych nagrań. Polecam.
I oto trzymam w ręce okładkę płyty a zdziwienie moje sięga zenitu, bo to chyba pierwszy raz, kiedy saksofon po pierwsze mnie nie nudzi, po drugie pasuje, a po trzecie nawet interesuje i zaskakuje, czym nieco zmienia moje dotychczasowe wyżej opisane podejście do tegoż instrumentu. Czy to dlatego, że występuje w duecie z organami? Odpowiedź na to pytanie znałem już po pierwszych dźwiękach płynących z zupełnie przypadkowo nabytej płyty "NEW POLISH MUSIC for saxophone and organ" Jana Bokszczanina i Pawła Gusnara. Pana Jana poznałem już przy okazji płyt z muzyką ulubionego Mariana Sawy, więc wiedziałem, że od tej strony płyta mnie nie rozczaruje. Jedyną niewiadomą był pan Paweł, a właściwie wspomniany saksofon. I właśnie o dziwo i ta strona płyty mnie absolutnie urzekła. Posłuchajcie jej fragmentu: "Mały szkic" Miłosza Bembinowa.
Dobrze brzmi taki duet, prawda? Pięknie uzupełniają się te dwa brzmienia. Są wprawdzie momenty, kiedy charakterystyczna maniera saksofonu trochę mi przeszkadza, ale to drobnostka, bo całość jest bardzo kompletna. Im więcej słucham tej płyty (Marian Sawa brzmi absolutnie nieziemsko), skłaniam się ku stwierdzeniu, że szufladkowanie danego instrumentu zupełnie nie ma sensu (tu apel do tych, którzy bez namysłu wsadzają organy do szufladki z napisem: "niedzielna liturgia i tyle"). Bałem się zestawienia moich ukochanych organów z tak zaszufladkowanym przez mnie (przyznaję, również zupełnie bez sensu) saksofonem. Kupowałem płytę ze sceptycznym nastawieniem: posłucham i pewnie odłożę do płyt zaprzyjaźnionych z zakurzoną częścią płytoteki. Ale już wiem, że będzie inaczej, a czy jest tak właśnie dzięki organom? Mogę z całą pewnością powiedzieć, że tak. Uważam, że to one tworzą specyficzny klimat, doskonale uzupełniają obraz malowany dźwiękami saksofonu, raz towarzysząc, a raz przewodząc myśli kompozytora. To dzięki nim ten bezduszny do tej pory dla mnie "chrapliwy" saksofon przestaje być krzykliwym stworem, dostaje nowego nieznanego mi dotąd brzmienia, wzbogaconego właśnie o wspominaną tajemniczość. W tym wydaniu ten duet mi odpowiada i z całą pewnością sięgnę jeszcze nie raz do podobnych nagrań. Polecam.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
