Pokazywanie postów oznaczonych etykietą transkrypcje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą transkrypcje. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 września 2015

Uwaga! Nadciąga chopinowska nawałnica

Jak pewnie wiadomo nieco bardziej zorientowanym w muzyce klasycznej melomanom, co pięć lat w czasie kiedy liście na drzewach się czerwienią a kasztany tłuką spacerujących w parku po głowach, nadciąga do naszego kraju chopinowska nawałnica. Chopin jest wtedy wszędzie i o każdej porze w ilościach całkiem sporych. W tym roku będzie go jeszcze więcej, bo można będzie rozkoszować się livem na YouTube oraz w modnych ostatnio aplikacjach na urządzenia mobilne. Rzesze pianistycznie wyszkolonych muzyków z całego świata przebierać będzie sprawnie paluszkami po czarno-białych klawiaturach, ukazując Chopina w indywidualnych, raczej niepowtarzalnych interpretacjach... nie ukrywajmy - najpierw przede wszystkim dla jury, a dopiero potem licznie zgromadzonym miłośnikom naszego utalentowanego rodaka. Wszyscy się wtedy będą zastanawiać, co poniektórzy nawet spierać, czy aby tempo mazurka było słuszne, czy pedalizacja w polonezie dobra, a to rubato zastosowane w nokturnie było aby chopinowskie, czy może nie za bardzo? Sport narodowy, taka nasza olimpiada muzyczna, tyle że nie co cztery, a co pięć lat.

W związku z tym musimy się troszkę do tego wydarzenia przygotować. Zaproszę Was zatem na sporą dawkę Chopina w wydaniu organowym. Transkrypcja to bardzo trudne zadanie dla wykonawcy, bo to głównie od niego będzie zależało, czy coś istotnego się nie zgubi, czy nie zatraci się charakter kompozycji. Mamy tu przecież zupełnie inną akustykę i dynamikę dźwięku. Czasami trzeba zatem wolniej, żeby właśnie nie zatracić konstrukcji, nie pogubić istotnych dźwięków, które występując tylko w komplecie dadzą ten jedyny chopinowski wyraz i niepowtarzalną harmonię. Chociaż szybko też się da, proszę:



Skoro już przy preludiach jesteśmy, to jeszcze jedno, wolniej i bardziej jesiennie:



Teraz jak to się mówi "polecimy klasyką", z pewnymi dodatkami od pana organisty, które niekoniecznie mi tutaj odpowiadają, ale w jury będą się "bawić" inni...



Trochę walca do potańczenia... chociaż tutaj bardziej do rozjechania:



A propos rozjeżdżania:



A może w ogóle w ramach konkursu powinna się odbywać "runda na organach"? Byłoby coś nowego, przyjemnego... o tak jak tu:



A na koniec polska klasyka. Byłoby zapewne bardziej sympatycznie gdyby się pani parę razy polonez nie wykoleił, ale to nie konkurs, to tylko koncert na żywo więc przymykamy ucho...



Da się? Da się! I to jeszcze jak. Organy doskonale radzą sobie w oddawaniu klimatu przeznaczonych przecież na fortepian utworów, dodając im dodatkowych smaczków, barw, czasami zupełnie innych niż tych wydobywanych ze strun uderzanych młoteczkami. Udanego Chopina 2015!

piątek, 14 sierpnia 2015

Muzyka Organowa 2.0 - letni obiad z deserem

Nadszedł czas. Tak, nadszedł najwyższy czas na nową odsłonę Muzyki Organowej. W związku z tym nieco faktów:

Fakt 1: Długo było Wam dane czekać na ten moment, wiem. Ale jak to się mówi: "dłuższe czekanie, lepsze śniadanie". Czas już zatem wreszcie skończyć z tymi blogowymi wakacjami! Mam nadzieję, że od teraz "nasza współpraca układać się będzie, jak to się mówi, jak po tak zwanym, przysłowiowo maśle" (cyt. Zmiennicy), a czas tęsknoty za muzyką organową zleciał Wam równie szybko, jak ta Bachowska Fuga "giemol" w rękach mojego ukochanego muzycznego wariata, oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu:



Skomentuję tylko krótko i dosadnie z góry przepraszając za tak zwane wyrażenie: ależ on popierdala tymi paluszkami i nogam(i/y)...

Fakt 2: Uwaga jestem głodny! Gryzł nie będę, ale odczuwam niesamowity głód konieczności dzielenia się z Wami moimi nowymi muzycznymi odkryciami, których przez rok trochę się uzbierało. Razem z nimi zgromadziło się trochę przemyśleń na temat muzyki organowej i innych utworów ze skarbca muzyki klasycznej (choć wolę chyba określenie "muzyki niepopularnej lub nieoklepanej"), w których ten cudowny instrument jest tylko, albo aż towarzyszem w podróży dźwięków. Mam nadzieję, że teraz przerwy w moim nasycaniu tego głodu będą już krótsze niż rok, w którym dane mi było funkcjonować na tymże głodzie.

Fakt 3: W związku z powyższym dzisiejszą muzyczną ucztę wzbogacą jeszcze dwie kolejne perełki. Zacznę od znanej nam już z tego bloga młodzieży, która od tamtego czasu nie próżnowała i doskonale dzisiaj to udowadnia. Wracamy do młodego, holenderskiego i bardzo utalentowanego - myślę, że można już powiedzieć - artysty, który zabierze nas dzisiaj w czesko-amerykańską wizję "Z Nowego Świata". Przed Państwem cudownie brzmiący instrument, przetranskrybowana pierwsza część dziewiątej Symfonii Dvořáka oraz Gert van Hoef i kryptoreklama znanej marki obuwia:



Za komentarz do powyższego posłużą mi kupy... yyyyyy lub jak kto woli sterty, zatrzęsienia, lawiny, z którymi mamy tu do czynienia. Przede wszystkim zalewa nas tu ogrom włożonego wysiłku i pracy w przygotowaniu rejestracji (doboru głosów), doskonale oddającej charakter tego romantycznego Dvořákowego majstersztyku. Doskonale słychać tu przecież całą orkiestrę i jej poszczególne sekcje. Pozazdrościć trzeba także temu młodemu muzykowi olbrzymiej wyobraźni i wrażliwości muzycznej. Niesamowitą lekkością gry oraz umiejętnością interpretacji, czyli właściwego spojrzenia na poszczególne przewijające się w utworze tematy i ich różnorodność (skoczność kontra dramatyzm), trafia w sam środek mojej muzycznej tarczy. Zaznaczyć trzeba też rolę marki "najki", która tym samym miała swój wkład w szerzeniu kultury...

Ale dość już tych peanów nad młodzieżą, niech w spokoju rozwija swoje talenty i sprawia frajdę swoim odbiorcom. Była letnia zupa z Koopmana i lekkostrawne Dvořákowe drugie danie, czas zatem na deser. Słodki jak cholera, z masą bitej śmietany, ale za to ze sporą ilością pożywnych owoców i ciekawej kompozycji smaczków. Przed Wami jedno z moich wspomnianych muzycznych odkryć - polski Mozart z Gostynia, niejaki Józef Zeidler i jego Missa Pastorycja E-dur z 1786 roku:



Gdyby dać posłuchać tej perełki w miarę zorientowanemu muzycznie słuchaczowi, jest wielce prawdopodobne, że na pytanie "kto to taki?", odpowiedziałby właśnie: "no jak to, przecież to Mozart". A tu taka niespodzianka. To nie łon, toż to swój i doskonała propozycja na letnie upały. Słodziutka kompozycja, napisana z lekkością, wdziękiem i polotem przywodzącym na myśl mozartowskiego ducha, w której charakteru dodają delikatnie w tle przemykające się organy. Te raz tylko towarzyszą, raz podgrywają sobie zupełnie polsko brzmiący ruralistyczny temacik powtarzający się kilka razy w ciągu całych 30 minut muzycznego deseru, a innym razem udają znowu rozlegający się z kradzionego nieopodal samochodu alarm. Tak alarm. Pan Józef widać wielkim człekiem był, bo antycypować, czyli wyprzedzać swoją epokę niewielu było dane... I takich ludzi właśnie nam trzeba i o takich ludziach tutaj będziemy - mam nadzieję, że już częściej - prawić. Powrotów czas zacząć!

Pozdrawiam gorąco.

piątek, 24 maja 2013

Nader monotematyczny skryba

Przyznaję, że dziś kolejny raz mogę w Waszych oczach okazać się nader monotematycznym, "muzycznoorganowym" skrybą. Ale kurczę blade w tym przypadku naprawdę nie potrafię inaczej. Taka już moja przypadłość, że na pojawiające się imię i nazwisko tego mistrza interpretacji zaczyna się w mojej głowie niekontrolowany potok słów afirmujących muzyczny dorobek tego artysty. Im więcej zgłębiam ten niemały dorobek, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że na liście utworów, przy których przewija się nazwisko tego pana, nie ma ani jednej, dosłownie ani jednej złej, ba nawet choćby trochę nudnej, czy nieudanej interpretacji. Ten człowiek nie poplamił swojego muzycznego życiorysu jakimkolwiek nieprzemyślanym urzeczywistnieniem utworu. Każden jeden wykon (no co, trzeba być postępowym) - to majstersztyk, to brylant mieniący się milionem barw, to nieznośnie lekki byt. Każde nawet najmniejsze, w dodatku nigdy nieprzypadkowe muśnięcie klawisza sprawia, że ogarnia mnie poczucie... (teraz to może trochę źle zabrzmi, ale proszę mi wierzyć przemyślałem to określenie) wiecznego spokoju. I mam tu na na myśli spokój o... transmisję danych. Tak. W tym przypadku nadajnik jest zestrojony z odbiornikiem w stu procentach. Tu nie ma mowy o żadnych zakłóceniach. Jestem spokojny o każdą pojedynczą nutę, która za ułamek sekundy ożyje pod naciskiem jednego z 10 palców lub jednej z kończyn dolnych artysty i wryje się w moją muzyczną część mózgu. To niesamowite jak ta muzyka działa na mnie. Zastanawiam się tylko, czy tę przypadłość primo: da się leczyć i secundo: czy w ogóle trzeba ją leczyć. Dobrze mi z nią. To nieładnie życzyć komuś choroby, ale w tym przypadku wypada mi powiedzieć: zachorujcie na Tona Koopmana, jego wiecznie uśmiechniętą buzinkę, tak samo uśmiechnięte oczy i radość płynącą ze słuchania tej uduchowionej muzyki!

To właściwie mógłby być koniec mojego słowotocznego uwielbienia i początek słuchania muzyki, ale zabiorę Wam jeszcze jedną sekundę... może tercję. Trochę już minęło od początku tego bloga i aż dziw bierze, że do tej pory nie podzieliłem się z Wami poniższą kompozycją, będąca jedną z moich ulubionych i wdzięcznych. Utwór ulubiony - bo to połączenie dwóch największych: Vivaldiego z Bachem. Wdzięczny - bo jego granie i słuchanie, zwłaszcza takiego mistrzowskiego Koopmanowego wykonania, niesie ze sobą niesamowitą przyjemność, pozytywnie nastraja, umaja duszę, a wszystkie moll-e zamienia w Dur-y. "Dank u voor al meester!"

czwartek, 28 lutego 2013

Och, Karol 3!

W 1985 roku był "Och, Karol". Później w 2011 ktoś wpadł na "doskonały" pomysł i zrobił remake pod tytułem "Och, Karol 2". A dzisiaj ja proponuję Wam najnowszą odsłonę obrazu "Och, Karol" z numerkiem trzy w wersji audio VIP DELUXE dla koneserów. Jaka będzie różnica między moją produkcją a pozostałymi dwiema? Rzekłbym zasadnicza. Tam główną rolę odgrywa jeden gość otoczony naraz kilkoma babeczkami, tu jeden gość otoczony kilkoma mężczyznami.... choć to akurat nie ma większego znaczenia. Znaczenie ma natomiast inny fakt. Dwie pierwsze produkcje przedstawiają mizerną historyjkę, która za pomocą szklanego ekranu ma bawić i zarabiać miliony. Tu natomiast do odbioru wystarczy sama fonia. A skoro tytułowy bohater ma do tego na nazwisko Szymanowski, czyli stawiany jest na równi z Fryderykiem Chopinem, jako jeden z najwybitniejszych polskich kompozytorów, to fonia ta nie jest byle jaka. Gdy dodamy do tego jeszcze, że odtwórcą głównej roli jest sam pan Jan Bokszczanin, czyli organowy aktor z górnej półki, to będzie to już superprodukcja pretendująca do muzycznego Oscara - choć zapewne dla nieco węższego grona muzycznej publiczności (mam nadzieję, że się mylę).

Co zatem usłyszymy wybierając dzisiejszą propozycję? Organową transkrypcję w formie miniaturowej pozytywki, w której gustownie zamknięto późnoromantyczną nastrojową etiudę ubraną w specyficzną dla tamtych czasów harmonikę. Do uruchomienia tego szykownego mechanizmu potrzebny jest jeszcze kluczyk. Jest nim sam Chopin i jego niebagatelny wpływ na twórczość Karola. Usiądźmy zatem wygodnie w naszych "kinodomowych" fotelach i dajmy się ponieść organowemu obojowi. Nie zapomnijmy mieć przy sobie zaproszenia, dziś na szczęście jeszcze z napisem WSTĘP WOLNY!

środa, 7 listopada 2012

On może + ona może = oni mogoł

W internecie aż roi się od baboli, czy jak kto woli językowych fąfli. I kiedy ktoś machnie się w ortografii słowa "gżegżółka", czy "rządny" albo "żądny" - bo trudny wybór zależny jest od kontekstu - to ja to jestem w stanie zrozumieć, ale pypcia można dostać, kiedy jednostki ludzkie nie za bardzo opanowawszy swój język ojczysty, wypisują innym, czytającym jednostkom ludzkim, trochę bardziej spowinowaconym z tymże językiem, takie oto przykładowe treści (dla oszczędzenia Wam nerwów podam tylko fragment opisu aukcji internetowej): "Zobacz inne moje przedmioty. Mogoł one pasować do tego zestawu."

Katar zalał komuś fragment mózgu odpowiedzialny za stosowanie wymysłu zwanego ortografią? Tragiczne i komiczne w jednym. Zauważyłem jednak na tym przypadku pewną prawidłowość, mój mózg automatycznie nastawia się chyba na tego typu kwiatki próbując odwrócić moją uwagę od takich ortograficznych, ciężkich przypadków, ponieważ pierwsze o czym pomyślałem widząc to cudo była... dynastia Mogołów. A stąd już tylko rzut beretem do "Grosso mogul", czyli słynnego koncertu D-dur Vivaldiego z drugiej dekady XVIII wieku. Ten znowu był punktem odniesienia dla naszego kochanego Pana Jana, który posiadając niesłychany dryg do organowych interpretacji dzieł innych mistrzów, bez zbytniego wysiłku przeniósł tę tryumfalną i energiczną melodię nawiązującą do ówczesnych wyobrażeń świata zachodniego o potędze XVI wiecznych władców Indii na tylko trzy pięciolinie.



I jak zwykle uczynił to doskonale, a mistrzostwo w dokonywaniu transkrypcji organowych jest jeszcze bardziej godne docenienia, ponieważ w przeciwieństwie do jego kolegów po fachu (Schütz, czy Händel), którzy podobnie jak on czerpali inspiracje we włoskiej, bardzo modnej ówcześnie kulturze, będącej kolebką stylu barokowego, pan Bach nigdy nie był w tym kraju. Jego wiedza dotycząca tego włoskiego stylu pochodziła jedynie z analizy partytur, dzięki czemu transkrybowane utwory nabierały nową, specyficzną formę. Ale czy tylko cel nadania utworowi nowego wyrazu przyświecał Bachowi podczas tworzenia zarówno tej, jak i innych transkrypcji organowych? Spekulacji w tym temacie jest tak wiele, jak wielu badaczy zechciało się w nim wypowiedzieć. Dotarłem między innymi do takich:
- autodydaktyka - przepisując obce partytury Bach miał poznawać najnowsze osiągnięcia w dziedzinie techniki kompozytorskiej (według mnie mało prawdopodobne),
- upowszechnienie literatury koncertowej,
- możliwość wykonywania fragmentów koncertu podczas mszy.

A ja nie będąc badaczem uważam, że taka praca sprawiała Jasiowi po prostu zwykłą frajdę. A to czy wówczas posiadał on do tego świadomość, że uczyni tym samym radochę muzycznym melomanom na całym ziemskim padole, których ilość idzie już w grube miliony (choć nie wiem, czy w tym przypadku nie dokonałem niedoszacowania), to już osobna kwestia i zagadka, której tutaj nijak nie rozwiążemy. Chociaż kto wie, może znajdą się tacy, którzy mogoł?

poniedziałek, 21 maja 2012

Wolfgang [L]amadeusz Mozart - czarodziejski flet i dwie kulki

Ciekawi mnie, czy lamy podobnie jak ludzie cierpią na brak weny? Wikipedia nic na ten temat nie mówi, ale mówi za to, że lama to udomowiony ssak parzystokopytny z rodziny wielbłądowatych, zwierzę socjalne z rozbudowanymi zachowaniami grupowymi (i to jak rozbudowanymi - oto najczęściej występujący rodzinny model: dominujący samiec i około 6 samic z młodymi), którego cechą charakterystyczną jest plucie w sytuacjach stresowych (pod to zachowanie można by akurat podpiąć również kilka innych ssaków, ale o tym może innym razem). Jest do tego zwierzęciem bardzo popularnym, na przykład niejaki Monty Python stworzył skecz na cześć lamy (Llamas). Od dzisiaj będzie jeszcze bardziej popularna - a to za sprawą Mozarta, jego czarodziejskiego fletu i dwóch kulek...

Co poniektórzy z bardziej sprośnymi myślami pewnie mówią sobie właśnie pod nosem: a to świntuch, wypisywać o takich rzeczach na takim poważnym (zazwyczaj) blogu... A my (w sensie ja autor, moja szalona wyobraźnia i niekonwencjonalne poczucie humoru) uwielbiamy się bawić takimi dwuznacznościami. Najpierw budujemy odpowiednie napięcie, kiedy to czytelnik już nie może się doczekać, co też wydarzy się z tymi kulkami i fletem Mozarta (w dodatku [L]amadeusza), mózgowe połączenia tworzą już szeroką autostradę, po której myśli czytelnika zaraz zaczną się rozpędzać, by jak najszybciej dotrzeć wprost do łóżka austriackiego kompozytora i spraw z nim związanych. Jak jeszcze takiemu czytelnikowi zdarzy się połączyć "te" sprawy ze wspomnianym rodzinnym modelem charakteryzującym lamy (zwłaszcza z fragmentem dotyczącym dominującego samca i jego sześciu samic), to przebieranie nogami, gryzienie paznokci i zaczerwienienie na twarzy mamy pewne jak w banku.

Żeby cały zabieg przyniósł pożądany efekt, wystarczy w kolejnym kroku już tylko odrzucić na bok sprośności i napisać po prostu o... wsłuchiwaniu się w uwerturę do opery "Czarodziejski flet" Mozarta, któremu towarzyszy zajadanie się ostatnimi dwiema, znalezionymi na dnie szuflady kulkami Mozarta (tzw. "Mozartkugel" [uwaga na ślinotok] - kuliste czekoladki z nadzieniem z pistacjowo-migdałowego marcepanu, oblanego nugatem, a z zewnątrz ciemną czekoladą... mhhhmmmm). Autor znalazł rozwiązanie na brak weny, jego poczucie humoru zostało dostatecznie połechtane, a czytelnik pozostaje z pytaniem na ustach: co tu u licha robi ta lama? W te pędy przyszło mi na myśl kilka możliwych odpowiedzi:
1. Jak wspomniane zostało na początku, lamy plują. Mógłbym na przykład w stresie wywołanym złością i niezadowoleniem z jakości interpretacji albo wykonania, pluć kulkami Mozarta po mieszkaniu. Tę zależność jednak odrzucam z racji faktu, że jest to wersja organowa, a tu rzadko mam do czynienia ze złością, prędzej z niezadowoleniem, ale to nie generuje u mnie na szczęście konieczności plucia.
2. Słuchając uwertury mógłbym wylegiwać się na lamiej skórze. To z racji przekonań jest zupełnie nieprawdopodobne, bliżej mi już do tego plucia.
3. Samce wykorzystywane są również do celów transportowych. Podobno mogą przenieść średnio około 30 kg na trasie 20 km. A gdyby im tak zwiększyć obciążenie, a skrócić trasę? Zakładając, że ważę powiedzmy 70 kg, taka lama mogłaby mnie ponieść kilka kilometrów, a ja w tym czasie mógłbym się delektować np. Mozartem (kulkami czy fletem, jak kto woli)... Nic z tego, maksymalna ładowność lamy - 45 kilogramów, więc pozostają mi dieta i spacerek.
4. Ostatecznie założyłem, że akurat ta lama jest zwierzęciem wyjątkowo wścibskim i po prostu lubi wtykać nos to tu, to tam...

Miłego [L]amadeusza... polecam zwłaszcza z kulkami!

czwartek, 8 lipca 2010

Chopin Open'er Festival 2010

Pierwsza wakacyjna odskocznia od codzienności już niestety za mną. Mało wypoczęty (bo było trochę skakania, przebierania nogami i kilka męczących przejazdów niezliczoną ilością autostrad przez cały nasz kochany kraj), przepełniony jednakże przeróżnymi doznaniami muzycznymi, wspomnę krótko o nietypowym jak na czas i miejsce wydarzeniu.

Będąc na tegorocznym festiwalu Open'er, nagle przemknęła mi przez głowę następująca myśl: ciekawe ilu organistów znajduje się wśród ponad 80-cio tysięcznej publiczności? No dobra, zwiększam prawdopodobieństwo: ilu wielbicieli muzyki organowej zagościło na tak rozmaitym muzycznie i kompletnie niezwiązanym gatunkowo festiwalu w Gdyni? Pewnym jest, że tych drugich było przynajmniej dwóch, a konkretniej nawet dwoje. Jaka myśl przeszła mi przez głowę w momencie, kiedy na scenie przed jednym z koncertów pojawił się fortepian i grający na nim kilka utworów Fryderyka Chopina sam Marek Drewnowski pewnie się domyślacie: ciekawe ilu fanów muzyki naszego wielkiego Polaka znalazło się pod sceną? Mikro szaleństwo i morze oklasków po występie artysty, dały mi jednoznaczną odpowiedź na to pytanie. Z całą pewnością mogłem stwierdzić, że wśród fanów Perl Jam, Cypress Hill, Massive Attack, Fatboy Slim, Grace Jones (pewien anglik rozbawił nas do łez szukając koncertu Nory Jones), Skunk Anansie, Archive i wielu wielu innych, byli i tacy, którym Chopin nie był obcy. Miło zatem, że także nasz Frycek zagościł na muzycznym firmamencie festiwalowych gwiazd.

Po dość długim powrocie do domu pomyślałem sobie, że skoro Chopin mógł zagościć na takim festiwalu, mógłby zaszczycić swą obecnością także mojego bloga. Zacząłem więc poszukiwania organowej muzyki Fryderyka (choć ta występuje niestety tylko w transkrypcjach). I tak oto natknąłem się na pewne ciekawe zjawisko - pan Cameron Carpenter, we wdzianku jak najbardziej odpowiadającym festiwalowej modzie, że o obuwiu nie wspomnę...



Pozwolicie jednak, że powyższego występu komentował nie będę, bo generalnie nie przepadając za takim cekinowym "pajacowaniem", musiałbym wyrazić się troszkę mało pochlebnie, a nie chcę tego robić ze względu na pana Chopina. Nagranie to pojawia się tu więc tylko dlatego, że jakoś tak skomponowało mi się z całą tą festiwalową koncepcją. A jako, że w tym muzycznym zakątku internetu nigdy nie było normalnie, posłuchajcie na koniec krótkiego preludium, które jak wiadomo powinno pojawić się na samym początku...

środa, 30 grudnia 2009

Charakterystyka tonacyi cz. 2 - "Mniej niż zero"

"Głęboka melancholia, skarga żałobna, jęki nędzy i tęsknota za grobem spoczywa w charakterze tego tonu".

Mając przed oczami taką charakterystykę tonacji f-moll, na pierwszy rzut wykonany jednym z nich, można by odnieść wrażenie, że autor tej to oceny miał - zgodnie z gusto a'la polacco - skłonności do przesadzania, generalizowania i zbyt nadmiernego wpychania w każdą możliwą szczelinę ulubionego przez większość rodaków patosu (nie mylić z potasem). Są przecież takie utwory, które może faktycznie przepełnione są melancholią, ale daleko im do skarg żałobnych, czy tęsknoty za miejscem wiecznego spoczynku. Przykładem może być Zima najbardziej znanego w historii świata rudego księdza, w której aż kipi od różnego rodzaju środków, zabiegów muzycznych, symboli i tak realistycznych dźwięków, że nawet przy 20 stopniach Celsjusza, których mamy sposobność zaznawać podczas słuchania, nasze ciepłe kapciochy przestaną nas wystarczająco ogrzewać, meble pokryją się szronem, a z radia u sąsiadów ustawionego na falach jakiejś popularnej stacji, popłynie w naszym kierunku refren "Mniej niż zero". I fakt, że nasz mózg dzięki wspaniałomyślnie działającym synapsom wytworzy iluzję malowanej muzyką zimy z uczuciem chłodnego dreszczyku na plecach, wcale nie zmusi nas do rozmyślania o tematach grobowych, no chyba, że takich na kształt "naszoklasowych". W zasadzie po oglądnięciu "takich cudów" wypadałoby wydać z siebie jęki prawdziwej nędzy, a zaraz po nich zaparzyć sobie herbatę i z powrotem oddać się muzyce Vivaldiego, która wnikając do najgłębszych warstw naszej osobowości, wbrew temu co pisze autor charakterystyki tonacyi, nawet w wersji f-moll może przenieść nas w świat o wiele bardziej piękniejszy, pogodniejszy, zdumiewający. Posłuchajcie i zobaczcie sami:



Taka jest moja bardzo subiektywna ocena charakterystyki tej tonacji. Myślę sobie, że nie da się chyba do końca jednoznacznie wyznaczyć granic odbierania i rozumienia muzyki, która - jak powiedział Oscar Wilde - "nigdy nie może wyjawić nam ostatecznej swej tajemnicy, dlatego też jest najdoskonalszym typem sztuki". Dla jednych faktycznie f-moll będzie kojarzyć się ze śmiercią i żałobą, dla innych zaś z życiem i radością - czymś zupełnie przeciwnym. I całe szczęście, że tak jest. Jakże byłoby nudno, gdybyśmy wszyscy jednakowo odbierali otaczający nas świat dźwięków.


Czym jest muzyka? Nie wiem.
Może po prostu niebem
Z nutami zamiast gwiazd.

Może mostem zaklętym
Po którym instrumenty
Przeprowadzają nas.

Wszystko - jak raz ktoś orzekł -
Muzyczne ma podłoże,
Nawet księżyca blask...


Ludwik Jerzy Kern

poniedziałek, 7 grudnia 2009

300 tysięcy talentów

W obliczu ostatnich wydarzeń związanych ze zwycięzcą polskiej edycji programu "Mam talent", internet zaczął kipieć od pytań w stylu: "a co on grał w drugim etapie?", "a jaki jest tytuł tej piosenki co ją zagrał w finale?", itp. Odpowiedzi na te pytania usłyszycie (dosłownie) już za chwilę (znaczy poniżej). Wcześniej jednak krótka refleksja w formie pytania. Zakładając sytuację, że ewentualne kwestie poprawności zliczania smsów, naginania wyników w taki sposób, by zgadzały się z oczekiwaniami osób albo firm mających głos w sprawie pominiemy albo jak kto woli spuścimy na nie zasłonę milczenia, czy nie macie wrażenia, że nasz kochany naród mądrzeje, skoro spośród między innymi latającej na linie otyłej chłopo-baby w stroju Pszczółki Mai, czy innych nietrafiających w dźwięki "piosenkarzy" potrafi wybrać człowieka, który faktycznie zgodnie z założeniem programu - no przynajmniej jego tytułu - ma talent?

Jak tak dalej pójdzie, moja bardzo nierealistyczna wizja 204-tej edycji popularnego programu "Masz talent? Masz Talent!" emitowanego w stacji TVN-organum z kościołów, które mimo braku środków udało się cudem uratować przed niszczącym działaniem czasu, faktycznie mogłaby mieć miejsce.

Rok 2212.
Setki organistek i organistów z całego kraju rywalizuje o 300 tysięcy talentów (polski Złoty zastąpiło Euro, które również niestety nie przeżyło, stąd pomysł ludzkości na powrót do starożytnych jednostek). Aby jednak móc ubiegać się o tę nagrodę i zaszczytny tytuł najbardziej utalentowanego Polaka roku, musieli spełnić tylko jeden warunek: przygotować repertuar składający się z trzech dwuminutowych utworów. I tak po wielu bojach do finału przeszło dwóch uczestników, którzy w eliminacjach powalili jury* na kolana swoją innowacyjnością. Pierwszy zagrał bowiem toccatę i fugę d-moll Bacha w nieco ponad 2 minuty pobijając jednocześnie rekord świata. Drugi zaś wykonał utwór organowy z XV-wiecznej tabulatury organowej od tyłu (ciekawostką był fakt, że w rezultacie zabrzmiał on identycznie jak jedno z preludiów Żeleńskiego). No i wreszcie mamy finał. Emocje sięgają zenitu (znaczy sklepienia prezbiterium), miliony widzów w domach przed plazmami HD (a co bogatsi również z opcją ADHD), finaliści siedzą już na swoich wygodnych, ergonomicznych ławkach ze specjalnie wyprofilowanymi oparciami. Wybija godzina zero (znaczy około 20:03), uczestnicy odpalają silniki swoich organowych bolidów i... w tym momencie gaśnie światło, zaraz po nim bledną i cichną domowe plazmy, opcja ADHD zanika a emocje delikatnie opadają do kościelnych krypt.


To tylko rezultat kosmatej wyobraźni autora, ale jeżeli faktycznie macie chrapkę na 300 tysięcy (przed opodatkowaniem oczywiście), zacznijcie lepiej już teraz naukę gry np. na organach i ćwiczenie przynajmniej samego Preludium g-moll Bacha (BWV 535) oraz Libertango Astora Piazzolli (przykłady poniżej), które jak wynika z aktualnego trendu powinny Wam zagwarantować sukces w kolejnej edycji programu, jeżeli nie w trzeciej, to może (jak dożyjecie) w dwieście czwartej. A jeżeli nie uda się Wam zdobyć głównej nagrody, to zawsze może jakieś biuro podróży zafunduje Wam wycieczkę (zapewne tylko w jedną stronę) do jakiegoś egzotycznego kraju, chociażby do takiego na literkę "F", słynącego z choroby, która dopada niektóre głowy państw, a swymi objawami bardzo przypomina rezultat przekroczenia alkoholowej granicy. Może do tego się Wam poszczęści i pilot pomyli drogę, efektem czego wylądujecie jednak w bogatszym kraju na literkę "H"... A tu nie pozostaje mi nic innego, jak tylko przytoczyć bezbłędną wypowiedź Stanisława Anioła: na "H" to może być Meksyk, to może być Teksas... Zaraz, to będzie w południowej, tam jest takich różnych krajów dużo. O! To może być Ohayo.





* W jury zgodnie z wielopokoleniową tradycją zasiedli: Maurycy Maria Chyliński (vel ONA) - wybitny piosenkarz dance-pop-rocka, Zofia Foremniak - znana aktorka wcielająca się w rolę pielęgniarki w serialu "Na dobre i na złe - powrót klonów" oraz Kuba Wojewódzki - stary ciałem, ale świetnie "zakonserwowany" i przede wszystkim młody duchem dziennikarz muzyczny.

czwartek, 19 listopada 2009

Rachmaninoff vodka

Zadajcie komuś jedno proste pytanie: kim był Rachmaninow? Pierwszą myślą, jaka zapewne sporej części ankietowanych wpadnie do głowy będzie: "a tak, to ten od wódki. Straszny bimber, ale całkiem nieźle kopie... znaczy się ja nie piłem, ale słyszałem od kolegów". Drugiej części będzie dzwonić w głowie (i nie będzie to zapewne symfonia chóralna "Dzwony", którą nawiasem mówiąc Rachmaninow popełnił), ale skojarzyć to nazwisko z konkretnym utworem będzie im raczej trudno. Prawdę mówiąc sam nie wiem dlaczego tak jest, skoro nie tak dawno, bo w 1892 roku ten rosyjski kompozytor wymyślił świetny sposób na sławę i zaistnienie w świecie muzyki. Wystarczyła do tego "zaledwie" umiejętność budowania dramatyzmu i napięcia w swoich utworach. Dlaczego jednak jego muzyka tak rzadko gości w naszych głośnikach i jego niegdysiejsza popularność raczej maleje? A może to po prostu niezbyt odpowiedni czas na zadawanie takiego pytania? Może w obliczu zbliżającej się zimy i w sytuacji, kiedy nie będzie nam (w większości przypadków) dane spędzić mroźnych dni w domu na Teneryfie, mieszkaniu na Bałkanach, czy też mocząc nogi w wodach Mikronezji, automatycznie ciągnie nas do rozgrzewających trunków i nie myślimy wtedy o muzyce?

Jako, że nie chcę namawiać nikogo do regularnego spożywania alkoholu, zaproponuję Wam, mam nadzieję, równie dobry sposób na rozgrzanie w te zimne popołudnia i wieczory - utwór "hit", który z założenia miał skazać Rachmaninowa na sukces, przepełnione dramatyzmem, niezliczoną ilością kotłujących się dźwięków i zabiegów preludium fortepianowe cis-moll op.3 nr 2, oczywiście w wydaniu na organy.

niedziela, 8 listopada 2009

Wielojęzyczna sałatka a'la Händel

Wychodząc naprzeciw jesienno - zimowym zapotrzebowaniom na energię, spieszę z przepisem na prostą, ale jakże uniwersalną sałatkę a'la Händel. Oto tylko trzy niezbędne składniki: ombramaifu, gordonka oraz orgulje. No cóż... przyjrzyjmy się zatem bliżej tym składnikom.

Ombramaifu, a właściwie "Ombra mai fu" - brzmi wprawdzie jak nazwa japońskich grzybów, ale to nic innego, jak tylko aria otwierająca operę "Xerxes" i - jak zapewne powiedziałaby spora część dzisiejszej młodzieży - chyba najbardziej znany "kawałek" Jerzego Fryderyka Händla, tytułowany częściej po prostu jako Largo. Znany chyba przez wszystkich, na każdym zakątku naszego globu, wykonywany na wszystkich możliwych instrumentach, we wszystkich możliwych kombinacjach. Jednym dane jest go usłyszeć na ślubach (a biorąc pod uwagę bieżącą modę, kto wie czy także nie podczas rozwodów), innym na pogrzebach. Nie jest wprawdzie najlepszym materiałem na hit wśród dzwonków do telefonów komórkowych (no chyba, że dla totalnych maniaków), ale mimo to spora część ludzkości wałkuje go w kółko, kiedy tylko dopadnie ją chandra lub - dla przeciwwagi - przepełnia radość. W końcu docieramy także do tych, którzy tą muzyką po prostu się bawią i potrafią w niej odnaleźć inspirację. Taki składnik, tego możemy być pewni, uczyni z naszej sałatki dzieło uniwersalne... czyli arcydzieło.

Drugim składnikiem jest gordonka, a to z kolei w języku Węgrów nic innego, jak tylko najbardziej uduchowiony instrument smyczkowy świata - wiolonczela. Idąc tropem kabaretu Mumio zrobiłem małe porównanie, z którego wynika, że "wiolonczela jest instrumentum duży, choć nie tak wielki jak kontrybas. Podobnie jak kontrubas ma wiele elumenti, a najważniejszym elumentu nie jest podstuwak, tylko ślimak". W ten sposób podchwytliwie wracam do tematów kulinarnych: niczym smakowite francuskie ślimaki, boskie dźwięki płynące z wiolonczeli, wolnym ruchem wnikają w nasze uszy, delikatnie muskają wszystkie te nasze kowadełka, młoteczki, strzemiączka i błony, by dotrzeć wreszcie do trąbki Eustachiusza i wypieścić nasze zmysły tak namiętnie, że "mało ....* nie pęknie"!

I wreszcie na sam koniec, niejako wisienka na torcie lądują w naszej sałatce orgulje. A to znowu wymysł językowy Chorwatów, stworzony dla określenia instrumentu, który obok tak zwanych manuałów wyposażony jest zazwyczaj także w "klavijaturu na kojoj se svira nogama". Wiem, że nie muszę dodawać co to za instrument, ale dla niewtajemniczonych dodam jednak, że toż to nasze ukochane "organy piszczałkowate", bez których sałatka nie miałaby właściwego smaku.

Znamy więc już wszystkie składniki. Teraz tylko atiras (czyli po węgiersku transkrypcja), do niej niezbędny kirlaparato (zwykły kuchenny mikser w wydaniu esperanto) i zimowa, uniwersalna, międzynarodowa, odpowiednia na każdą porę dnia i nocy, na każdy rodzaj samopoczucia sałatka wzmacniająca gotowa. Zatem smacznego!



* Autor licząc na zrozumienie (bo tym razem nie będzie to utwór organowy) oraz inwencję i wrażliwość czytelników, zaprasza do wysłuchania poniższego utworu i wstawienia odpowiedniego rzeczownika w miejsce kropek.



** Pragnę także wyprowadzić z błędu czytelników tkwiących w przekonaniu o biegłym czy też jakimkolwiek władaniu przez autora językami węgierskim, chorwackim i esperanto, dziękując za okazaną pomoc Wikipedii.

piątek, 9 października 2009

Oczy szeroko... zamknięte

Pozostając w nurcie utworów metafizycznych, chciałbym zaproponować Wam kolejne ponadczasowe arcydzieło, które przy niewielkim wysiłku wyobraźni i z pomocą kilku wskazówek, zaczaruje nas oraz wprawi w stan ekstazy, w której dreszcze przeszywające całe ciało będą gwarantowane i pewne. Pewne jak coś tajemniczego i zagadkowego, co nigdy nas nie ominie. Coś, co ma nad nami i wszelkim stworzeniem absolutną władzę. Coś, czego nie potrafimy i nigdy nie będziemy potrafili oszukać. Wreszcie coś, wobec czego wszyscy stajemy się równi. Panie i panowie, miejcie oczy szeroko... zamknięte. Przed nami przeciwwaga ukochanego przez nas życia - ŚMIERĆ - w swoim tajemniczym tańcu.

Zacznijmy jednak od narodzin "cudownego dziecka". Tak bowiem nazywano pewnego francuskiego bobasa, który w wieku 2 lat nabył umiejętność pisania i czytania. Nic więc dziwnego, że pierwszy koncert w wieku lat pięciu, czy też pierwsza symfonia skomponowana w wieku szesnastu lat, nie stanowiły żadnego problemu dla Camille Saint-Saëns'a, bo o nim właśnie mowa. Podobnie musiało być z poematem symfonicznym "Danse Macabre", który ten sam Kamil w roku 1874 naszkrobał jako ilustrację muzyczną do wiersza francuskiego poety Henry’ego Cazalisa.

Czy takie symfoniczne dzieło nie straci swojego charakteru, barwy i wyrazistości, kiedy wykona się go na jednym tylko instrumencie? Jeżeli tym instrumentem będą świetnie brzmiące organy, przy których zasiądzie najwyższej klasy organista, jakim z całą pewnością jest Raúl Prieto Ramírez, przekonacie się, że obraz ten z całą pewnością zachowa, a może nawet zwiększy swą wartość.

A oto kilka obiecanych wcześniej wskazówek, które zapewne bez problemu uda się Wam odnaleźć w poniższej transkrypcji organowej.

Wyobraźmy sobie głęboką ciszę, z której wyłania się zegar wybijający godzinę dwunastą. Słychać już ciche kroki nadchodzącej Śmierci, która skocznym dźwiękiem nawołuje duchy do tańca. Pojawia się świszczący wiatr, który zwiastuje nadejście upiorów. Te w towarzystwie tajemniczej melodii zaczynają swój walc. Wirujący motyw przeplata się wygrywany przez Śmierć na różnych instrumentach. Napięcie powoli narasta by ostatecznie wybuchnąć pełną mocą. Co chwilę słychać stukanie kości szkieletów. Pojawiają się nowe duchy, które dołączają do tego energicznego tańca. Po chwili muzyka powoli cichnie. Cisza ta to jednak tylko zwiastun kolejnej burzy, bowiem zjawy długo nie wytrzymują i ponownie rzucają się do opętanego walca. Wszystko nabiera szaleńczego rozpędu, by w rezultacie urwać się gwałtownie. Spłoszone upiory wycofują się, kolejny raz nastaje cisza, którą tym razem przerywa delikatne pianie koguta zwiastujące nadejście dnia rozpraszającego cienie nocy. Delikatna melodia, w której daje się jeszcze słyszeć pewnego rodzaju szemranie sugerujące odchodzące w zaświaty widma, z miejsca, w którym przed chwilą górowała upiorna atmosfera, przenosi nas w świat spokoju. Spokój ten trwał będzie jednak tylko do czasu, kiedy to Śmierć kolejny raz da znak zachęcający spoczywające w grobach szkielety do tajemniczego tańca.




Na marginesie polecam genialne dzieło średniowiecznego malarza Bernt'a Notke - "Taniec Śmierci" z kościoła św. Mikołaja w Tallinnie.

czwartek, 24 września 2009

"A po OWCY przychodzi dzień, a po BURZY spokój"

Dokładnie tak! Taki to fikuśny zabieg, w którym w miejsce "nocy" wskoczyła "owca" oraz 3 minuty ciszy wypełnionej bezbłędną transkrypcją organową wystarczą bowiem, by po ostatnich burzach oraz mojej niekonwencjonalnej owczej metamorfozie odnaleźć na mym blogu spokój, nieco normalniejszą atmosferę, czy nawet (jeżeli ktoś lubi i potrzebuje) jesienną zadumę...

Zanim zabrzmi ten swoisty "krzyk ciszy", dodam tylko kilka przemyśleń o nieco mrocznym utworze Erika Satie. Gnossienne n°1 - bo o nim mowa - w zamyśle kompozytora napisany został na fortepian. My zgodnie z założeniami bloga posłuchamy go w wykonaniu na organach marki Rieger-Kloss (uwielbiam niesamowite brzmienie tych instrumentów). Kiedy znalazłem tę transkrypcję, pojawiły się w mojej głowie pewne wątpliwości, czy aby kompozycja tak bardzo związana i kojarzona z fortepianem, będzie brzmiała równie nastrojowo w transkrypcji organowej. Aby stwierdzić, że wątpliwości te były zupełnie niepotrzebne, wystarczyło zaledwie kilka dźwięków, które delikatnie popłynęły w kierunku moich uszu. Grający Roberto Bertero doskonale wykorzystał możliwości brzmieniowe instrumentu uzyskując efekt, którego przyznam szczerze się nie spodziewałem. Kiedy to zagrany na fortepianie utwór wydaje się nieco monotonny, tu jest zgoła inaczej. Fortepianowe plumkanie tego samego motywu raz ciszej, raz głośniej przeradza się w niesamowity dialog prowadzony przez bliżej nieokreślone istoty. Statyczny dotąd świat dźwięków ożywa, pobudzając naszą wyobraźnię do pracy "na wyższych obrotach", a ta w sekundzie maluje pod powiekami takie właśnie niespodziewane obrazy. Jakie? Włączcie muzykę, zgaście światło (o ile to możliwe), usiądźcie wygodnie, zamknijcie oczy i patrzcie...

poniedziałek, 14 września 2009

Charakterystyka tonacyi cz. 1 - "Bezpieczne wypasanie owiec"

Aby w pełni zrozumieć przesłanie dzisiejszego posta będą potrzebne następujące rekwizyty:
- trochę zielonej, pachnącej trawy,
- dobra pogoda (to trochę poza nami),
- owcza wełna lub profesjonalny strój owcy,
- grupa koleżanek i kolegów przebranych za owce, ewentualnie lamy, jaki, kozy, etc.,
- wybrany z powyższej grupy kolega, najlepiej o spokojnym usposobieniu, przebrany w przeciwieństwie do pozostałych za pasterza,
- IPod z interesującym nas utworem.


Ale o co chodzi? Zobaczcie i posłuchajcie sami:

Wpadła mi ostatnio w ręce starawa, ale świetna bo i świetnym językiem napisana "Charakterystyka tonacyi", w której takie oto ładne zdanie stoi:

"Każdy z tonów jest albo ubarwionym, albo i nie ubarwionym. Niewinność i prostotę przedstawiamy w tonach nieubarwionych, łagodne, melancholiczne uczucia w bemolowych, dziką i silną namiętność w tonach krzyżykowych".

Postanowiłem sprawdzić te ubarwienia, nieubarwienia oraz inne namiętności, analizując w miarę możliwości tonacja po tonacji wspomnianą charakterystykę. W drodze losowania, chociaż bardziej z racji ciekawej transkrypcji organowej, która wpadła mi pod myszkę, zaczynam od tonacji B-dur. W tej to tonacji (albo lepiej tonacyi) w 1713 roku przez pana Jana B. popełniona została aria "Sheep may safely graze" pochodząca z Kantaty BWV 208. Zgodnie ze wspomnianą charakterystyką tonacja ta powinna wyrażać "błogą i pogodną miłość bez burzy, czyste sumienie, nadzieję i spoglądanie ku lepszej przyszłości". Pozostając w kontekście tytułu arii (w wolnym tłumaczeniu "O bezpieczeństwie wypasania owiec") postanowiłem zrozumieć charakterystykę wybranej tonacji właśnie z punktu widzenia, chodzenia, leżenia i siedzenia owcy (chociaż nie jestem pewien, czy owca nabyła takową umiejętność).

Kiedy już więc kolegów przebierańców rozstawiłem pod drzewami a sam przyoblekłem się w owczą wełnę, stanąłem wszystkimi czterema[!] nogami na mięciutkim zielonym dywanie pokrywającym zbocze ulubionej góry a następnie załączyłem ulubionego IPoda (za sprawą naszego polskiego bezprzewodowego internetu, który powinien być wszędzie, a wszędzie go nie ma, YouTube tam niestety nie dotarł). I gdy tylko pierwsze dźwięki bachowskiej arii popłynęły do moich "zaczipowanych" owczych uszu poczułem się faktycznie takim szczęśliwym, spełnionym zwierzakiem u boku swojego dbającego o mnie, a zatem dobrego pasterza. Jako, że jestem "TEN OWIEC" wolałbym żeby to była pani pasterz, czyli PASTERKA[?]. Do Świąt jednak jeszcze daleko dlatego pozostanę po prostu przy pasterzu i nie będę roztrząsał "tych" kwestii (w ten sposób "czyste sumienie" mam załatwione). Słuchając tę niebiańską i ponadczasową muzykę do mojej małej owczej główki zastukała nagle błoga świadomość, że nigdy nie zostanę przerobiony na kotlet a moja cieplutka wełna nie zostanie ze mnie zdarta przed nadchodzącymi zimnymi nocami. Spoglądałem zatem w tą "lepszą przyszłość" z charakterystyki tonacyj, żyjąc nadzieją na niekończącą się idyllę. A co z "błogą i pogodną miłością bez burzy"? B-e-e-e, w sensie ba, zatroszczyli się o nią przechadzający się obok, beczący coś pod nosem sami tylko dobrzy znajomi oraz absolutnie świecące nade mną słońce, żadne tam pioruny walące z lewa i prawa jak kiedyś.



W ten oto sposób odkryłem co autor charakterystyki mógł mieć na myśli, ale przede wszystkim jak należy ją interpretować. Drżyjcie więc, pozostały mi jeszcze tylko 23 tonacyje...

Zupełnie na marginesie i zupełnie na poważnie, czy po wysłuchaniu powyższej wersji też odnieśliście wrażenie, że utwór ten brzmi jakby został napisany na organy z takim właśnie "owczym" głosem?

wtorek, 25 sierpnia 2009

Letnie burze

"Cztery pory roku" Vivaldiego niemal wszyscy znamy na pamięć a nagrań z różnorakimi interpretacjami tego arcydzieła nie sposób zliczyć. Jest w czym wybierać. Ale czy słyszeliście np. letnią burzę (Presto z koncertu g-moll "Lato") w transkrypcji organowej, w dodatku jeszcze z trzeszczącej płyty? Nie? To koniecznie posłuchajcie.



Komentarz do tego jednego fragmentu ponadczasowego dzieła "Rudego księdza" będzie krótki, bo przecież słychać, że nasz król instrumentów radzi sobie doskonale również z takimi największymi "hitami" muzyki barokowej. Ekspresja, przestrzeń, nastrój składające się na cały ten "Vivaldowski majstersztyk" pozostają jak Bozia przykazała na swoim miejscu. Kto nie wysłyszał, że lato Roku Pańskiego 1725 musiało być bardzo burzowe ten gapa i powinien ponownie skorzystać z bardzo przemyślanej przez twórców odtwarzacza opcji "play".

Jak to u nas w kraju ostatnio bywa, po jednej burzy przychodzi kolej na kolejną. Tym razem nieco krótszą (bo Pani Marija Loncar Strohm gra bez powtórek), ale równie intensywną. Walące na lewo i prawo pioruny to efekt niczego innego, jak tylko położonej na najniższej oktawie pedału... deseczki. Tak tak, deseczki. Sugerując na swoim (chyba pierwszym na świecie) zapisie nutowym tego zjawiska atmosferycznego użycie takich właśnie odważnych zabiegów (do wspomnianego kawałka drewna dochodzi jeszcze ostatni akord utworu zagrany jak popadnie otwarymi dłońmi), można spokojnie powiedzieć, że Michel Corrette (1709 -1795) wyprzedził kilka epok. Zabiegi te kojarzą się nam przecież ze współczesnymi formami wykonywania "muzyki klasycznej"*. Na szczęście Corrette zdawał sobie sprawę z konsekwencji, jakie mógłby przynieść brak ich zastosowania. Zamiast wspomnianych piorunów usłyszelibyśmy raczej - cytując mojego kolegę - "takie pierdnięcia ze wzdęciem".



* Ujęcie muzyki klasycznej w cudzysłów ma sugerować, że autor powyższej wypowiedzi nie jest przekonany, czy aby współcześnie komponowaną muzykę, którą zgodnie z zamysłem "kompozytora" należy wykonywać pięściami, łokciami, czy też innymi częściami ciała na "d", wypada nazywać klasyczną. Autor nie ma nawet pewności, czy można ją nazywać muzyką, a "kompozytora"... kompozytorem.