Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bach. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 maja 2016

Sonatowe tapetowanie

Czas najwyższy na wiosenno-letnie remonty. Zajmiemy się zatem odświeżeniem naszego muzycznego pokoju, kładąc na jego ścianach zupełnie nowe tapety. W tym sezonie niech będą modne tapety sonatowe. Rozwijamy pierwszą rolkę, ciaptamy klejem i sru na ścianę. Naszym oczom wyłania się następujący obraz:



Piękny, bogaty w ornamenty, mieniący się imitacjami powtarzający się wzorek w rytmie sonaty C-dur niejakiego Justina Heinricha Knechta (1752-1817) - niemieckiego kompozytora i organisty. Jest przyjemna dla ucha melodia, jest pomysł i charakterystyczny dla tamtych czasów styl sonaty organowej. Wszystko gra i świetnie leży na naszych opatrzonych do tej pory muzycznie ścianach. Z Niemiec błyskiem siekiery przeskakujemy do Włoch i sięgamy po kolejną rolkę sonatowej tapety z tego samego okresu. No to kleim:



Włoski brylant w pełni. Lśni, migocze tysiącem barw, doskonale komponuje się z poprzednią tapetą. Ale już pod nasze wiaderko z klejem do tapet toczy się dla odmiany o wiele grubsza i cięższa rolka:



Niemiecka precyzja i kunszt romantyzmu reprezentowanego przez pana Augusta Gotfryda Rittera - współtwórcy dzieł muzycznych określanych mianem organowej sonaty romantycznej. A jeżeli współtwórcy, to nie może zabraknąć również drugiego kolegi, który znał się na rzeczy tak samo dobrze:



Romantycznie zrobiło się na naszej muzycznej ścianie. No to do kolekcji trzeba nam teraz tylko "odrobinę" tapety wykonanej ze stali potrójnie hartowanej, która niczym walec wtoczy się na naszą ścianę robiąc spustoszenie wśród dziur po gwoździach i wszelkich nierównościach wynikających z niezbyt udanej roboty poprzedniej ekipy remontowej:



Ufff... Toż to istny majstersztyk pana Guilmant'a. Ile tu się dzieje. To właściwie nie jedna, a kilkadziesiąt ciężkich maszyn wtoczyło się na nasze ściany. Cud, że jeszcze stoją. A skoro takie wytrzymałe, poddajmy je jeszcze jednej próbie wytrzymałościowej za sprawą Juliusa Reubke i jego buldożera w postaci słynnej, inspirowanej Lisztowym "Ad nos, ad salutarem undam" sonacie c-moll. Tu już nie będzie tak łatwo jak przed chwilą. Gotowi? Trzymajcie się mocno!



No to szczyt romantycznego repertuaru mamy już za sobą. Żyjecie jeszcze w tym sonatowym remoncie? Ledwo? No to odpocznijmy nieco:



Emocje nieco ostudzone, robota już prawie wykonana. No to na sam koniec, jako ostatnia rolka na naszej cudownie zapełnionej sonatowymi dźwiękami ścianie, wyląduje sam mistrz stylu barokowego, doskonałe dopełnienie całości:

Tapetowanie uważam za udane. Miejmy nadzieję, że żaden pas z naszych muzycznych tapet nie będzie się odklejał. No to co następne? Kuchnia?

czwartek, 10 grudnia 2015

Powiększanie organów

I znowu przedświąteczny szał zakupowy. Jedni z przyczepionymi długimi brodami jako święci Mikołajowie, drudzy z doklejonymi skrzydłami jako "aniołkowie", czy wreszcie trzeci "gwiazdorzący" - ale wszyscy zgodnie latający po sklepach wielkich galerii handlowych w jednym tylko celu - uszczęśliwienia najbliższych. Czasu coraz mniej, więc w cały ten proceder wkrada się pośpiech, który w połączeniu ze zdenerwowaniem wynikającym albo to z kończących się środków umożliwiających zakup, albo z niedostępności upragnionego towaru, tworzą efekt ogólnego zmęczenia. Przecież trzeba obdarowywać się czymś najlepszym i największym. I właśnie tym ostatnim jak zdążyliście się zorientować po tytule zajmiemy się dzisiaj.

Są największym muzycznym instrumentem, jaki kiedykolwiek udało się zbudować człowiekowi. Mają oficjalnie bagatela 33 tysiące i jeszcze 114 piszczałek (oficjalnie, bo podobno nie do końca wiadomo ile ich jest w rzeczywistości) składających się na 314 głosów i 7 manuałów. Są oczywiście wpisane na listę rekordów Guinnessa (obok największego organy te są jednocześnie najgłośniejszym instrumentem na świecie). Są także jednym z dwóch instrumentów na świecie posiadających 64-stopowy głos w sekcji pedałowej. Amerykańskie szaleństwo. Jeżeli kogoś nie przeraża możliwość ogłuchnięcia można sobie zafundować trochę Bacha z czarnej płyty:



Dlaczego z czarnej płyty? Bo są to największe organy na świecie, ale cały czas w odbudowie po huraganie, który w 1944 roku zniszczył znaczną część instrumentu. Zakończenie prac planowane jest na 2023 rok. To trochę za długo, żeby trzymać Was tutaj tyle czasu, dlatego przejdźmy od razu do największego, w pełni funkcjonalnego instrumentu (Wanamaker Organ), który jest w dodatku dość nietypowy. Dlaczego? Bo usytuowany jest w galerii handlowej. No i jesteśmy w domu. Mamy przed świętami dwa w jednym. Świąteczno - prezentowy i muzyczny ogrom, szaleństwo w zdwojonej dawce. Trochę mniej niż u poprzednika bo "tylko" 28 604 piszczałki, ale za to w 463 głosach, które w wybranym przez grającego zestawie będą umilać nam świąteczne szaleństwo zakupowe. Takie coś mogli wykoncypować tylko Amerykanie. (Na marginesie zastanawiam się czy dobór repertuaru może pomóc albo przeszkodzić w zakupie konkretnego produktu? "Czy te kolczyki w takim kolorze, lepiej mi leżą przy Bachu, czy może Widorze?") Posłuchajcie najpierw Franck'a w wykonaniu Daniela Rotha, a potem dla tych, co to mają czas przed świętami na słuchanie muzyki organowej wykonywanej na największych instrumentach tego świata, zapraszam na typowo świąteczny koncert z tego samego miejsca.





Osobiście wolę chyba nieco mniejsze instrumenty, zwłaszcza w innych niż centra handlowe i sale koncertowe miejscach. Moim zdaniem tylko instrumenty w kościołach mają duszę, której takim monstrualnym tworom trochę brakuje. Oczywiście można zobaczyć, posłuchać, zachwycić się tym ogromem, przełożyć to na pracę ludzi, którzy potrafili cały ten skomplikowany mechanizm ogarnąć i cały czas potrafią stroić oraz pielęgnować. Kosmos i szacunek. Ale nie dla mnie takie sztuczne powiększanie organów. I nie mówię, że najpiękniej brzmią tylko instrumenty mające nie więcej niż 15 głosów. Nie. Po prostu wolę, gdy instrument jest budowany - nazwijmy to - bardziej tradycyjnie, by od razu można było wyczuć duszę, doskonale zestrojone z miejscem unikatowe brzmienie, które potrafi zachwycić nie tylko ze względu na ogrom machinerii za nim stojącej, ale zwyczajnie ma w sobie to porywające "coś". A właśnie to "coś" bardzo często umyka nam w efekcie ubocznym nadmiarowości, ogromu, wielkości... Dokładnie w taki sam sposób, w jaki bardzo często zatracamy magię świąt. Życzę zatem, żeby ten czas radości nie przesłoniły Wam rekordy Guinnessa pobijane w kategorii największy prezent, najwięcej żarła, naj*, naj*, naj*...

A pod choinkę trochę świątecznego nastroju w wydaniu niepowiększonych organów:



piątek, 14 sierpnia 2015

Muzyka Organowa 2.0 - letni obiad z deserem

Nadszedł czas. Tak, nadszedł najwyższy czas na nową odsłonę Muzyki Organowej. W związku z tym nieco faktów:

Fakt 1: Długo było Wam dane czekać na ten moment, wiem. Ale jak to się mówi: "dłuższe czekanie, lepsze śniadanie". Czas już zatem wreszcie skończyć z tymi blogowymi wakacjami! Mam nadzieję, że od teraz "nasza współpraca układać się będzie, jak to się mówi, jak po tak zwanym, przysłowiowo maśle" (cyt. Zmiennicy), a czas tęsknoty za muzyką organową zleciał Wam równie szybko, jak ta Bachowska Fuga "giemol" w rękach mojego ukochanego muzycznego wariata, oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu:



Skomentuję tylko krótko i dosadnie z góry przepraszając za tak zwane wyrażenie: ależ on popierdala tymi paluszkami i nogam(i/y)...

Fakt 2: Uwaga jestem głodny! Gryzł nie będę, ale odczuwam niesamowity głód konieczności dzielenia się z Wami moimi nowymi muzycznymi odkryciami, których przez rok trochę się uzbierało. Razem z nimi zgromadziło się trochę przemyśleń na temat muzyki organowej i innych utworów ze skarbca muzyki klasycznej (choć wolę chyba określenie "muzyki niepopularnej lub nieoklepanej"), w których ten cudowny instrument jest tylko, albo aż towarzyszem w podróży dźwięków. Mam nadzieję, że teraz przerwy w moim nasycaniu tego głodu będą już krótsze niż rok, w którym dane mi było funkcjonować na tymże głodzie.

Fakt 3: W związku z powyższym dzisiejszą muzyczną ucztę wzbogacą jeszcze dwie kolejne perełki. Zacznę od znanej nam już z tego bloga młodzieży, która od tamtego czasu nie próżnowała i doskonale dzisiaj to udowadnia. Wracamy do młodego, holenderskiego i bardzo utalentowanego - myślę, że można już powiedzieć - artysty, który zabierze nas dzisiaj w czesko-amerykańską wizję "Z Nowego Świata". Przed Państwem cudownie brzmiący instrument, przetranskrybowana pierwsza część dziewiątej Symfonii Dvořáka oraz Gert van Hoef i kryptoreklama znanej marki obuwia:



Za komentarz do powyższego posłużą mi kupy... yyyyyy lub jak kto woli sterty, zatrzęsienia, lawiny, z którymi mamy tu do czynienia. Przede wszystkim zalewa nas tu ogrom włożonego wysiłku i pracy w przygotowaniu rejestracji (doboru głosów), doskonale oddającej charakter tego romantycznego Dvořákowego majstersztyku. Doskonale słychać tu przecież całą orkiestrę i jej poszczególne sekcje. Pozazdrościć trzeba także temu młodemu muzykowi olbrzymiej wyobraźni i wrażliwości muzycznej. Niesamowitą lekkością gry oraz umiejętnością interpretacji, czyli właściwego spojrzenia na poszczególne przewijające się w utworze tematy i ich różnorodność (skoczność kontra dramatyzm), trafia w sam środek mojej muzycznej tarczy. Zaznaczyć trzeba też rolę marki "najki", która tym samym miała swój wkład w szerzeniu kultury...

Ale dość już tych peanów nad młodzieżą, niech w spokoju rozwija swoje talenty i sprawia frajdę swoim odbiorcom. Była letnia zupa z Koopmana i lekkostrawne Dvořákowe drugie danie, czas zatem na deser. Słodki jak cholera, z masą bitej śmietany, ale za to ze sporą ilością pożywnych owoców i ciekawej kompozycji smaczków. Przed Wami jedno z moich wspomnianych muzycznych odkryć - polski Mozart z Gostynia, niejaki Józef Zeidler i jego Missa Pastorycja E-dur z 1786 roku:



Gdyby dać posłuchać tej perełki w miarę zorientowanemu muzycznie słuchaczowi, jest wielce prawdopodobne, że na pytanie "kto to taki?", odpowiedziałby właśnie: "no jak to, przecież to Mozart". A tu taka niespodzianka. To nie łon, toż to swój i doskonała propozycja na letnie upały. Słodziutka kompozycja, napisana z lekkością, wdziękiem i polotem przywodzącym na myśl mozartowskiego ducha, w której charakteru dodają delikatnie w tle przemykające się organy. Te raz tylko towarzyszą, raz podgrywają sobie zupełnie polsko brzmiący ruralistyczny temacik powtarzający się kilka razy w ciągu całych 30 minut muzycznego deseru, a innym razem udają znowu rozlegający się z kradzionego nieopodal samochodu alarm. Tak alarm. Pan Józef widać wielkim człekiem był, bo antycypować, czyli wyprzedzać swoją epokę niewielu było dane... I takich ludzi właśnie nam trzeba i o takich ludziach tutaj będziemy - mam nadzieję, że już częściej - prawić. Powrotów czas zacząć!

Pozdrawiam gorąco.

wtorek, 21 stycznia 2014

Organowe szczytowanie

Dzisiaj będzie mowa o szczytach, szczytowaniu i zaszczytach. Zacznijmy od tych pierwszych. Jest ich chyba nieskończona ilość, bo można mówić na przykład o szczycie siły: tak ścisnąć złotówkę, żeby mówiąc delikatnie orzełek pobrudził się swoimi odchodami, albo o kulinarnym szczycie cierpliwości: kazać mężowi wyciskać cebulę przez zgniatacz do czosnku (ukłony w stronę Żony)... Każdy z nas osiągnął, a jeżeli jeszcze nie, to z pewnością kiedyś taki szczyt osiągnie. Ja robię to dzisiaj prezentując Wam organowy szczyt udawania Greka: nie pisać nic przez kilka miesięcy na popularnym (tu szczyt samopochwały) blogu organowym i udawać, że się nic nie stało. A więc, co u Was? Jak życie po Świętach i już w Nowym Roku?

W zręczny sposób przechodzimy do drugiego tematu - organowego szczytowania. Takowe można osiągnąć na wiele sposobów, ale ja pomogę Wam dzisiaj raczej tylko w jego muzycznym wymiarze. Wypadłem może z obiegu pisania, ale nigdy ze słuchania. Przez ten cały okres przewinęło się przez moje uszy całkiem sporo materiału - tego najlepszego, lepszego i trochę gorszego. Zaprezentuję dzisiaj tylko trzy wycinki z tego zestawu, ale za to jakże zróżnicowane. Ten pierwszy posłuży jako typowy przykład połączenia organowego szczytu bezczelności ze szczytowaniem i zaszczytami: tak bezczelnie dobrze grać na organach, prezentując swój bezczelnie Boski talent, wyczucie oraz harmonię duszy i dźwięków, żeby wszystkim słuchającym opadały na ziemię szczęki, kolana lub inne części ciała, zmuszając ich do nieustannego schylania się i ich podnoszenia, oddając przy tym ukłony zaszczytu. Okres jeszcze taki trochę poświąteczny więc nie mam oporów, żeby nie pierwszy już raz na tym blogu zaprezentować Wam Pana Arkadiusza Popławskiego (jak tak dalej pójdzie, trzeba będzie założyć jakąś specjalną kategorię lub dział...):



Podnosimy się z kolan, ale tylko na chwilę i przechodzimy do włoskiego przykładu makaronowego szczytu organowego: skomponować taki kawałek, żeby słuchaczowi zachciało się rosołu z makaronem... Hmmm... Jak widzicie u mnie niewiele się zmieniło, a więc do rzeczy. Włoszczyznę i makaron do tegoż rosołu za sprawą kompozytora rodem z Italii Giuseppe Gherardeschi'ego mamy zapewnioną... z natury. Teraz jeszcze kurak... Ja nie dam rady? Proszę. Rondo pana "Dziuzeppe" to nic innego jak tylko wiejska sielanka, słoneczko operuje, a ptactwo nielotne przechadza się po zielonej, jeszcze niewydeptanej, świeżo wyrośniętej, czekającej na wyskubanie trawki. Słyszycie jak sobie radośnie podskakują i gdakają? Ale jak to zwykle w życiu bywa taka idylla nie może trwać wiecznie, więc i tu nad jednym z kuraków zawisa widmo toporka. Słońce przykrywają chmurki, zrywa się wiatr a zza rogu wyłania się postać jakiegoś powiedzmy pulardowskiego mordercy. Spokojnie. Obraz mordu pan "Gerardeszi" cudownie ocenzurował pozostawiając słuchacza w sielance... i na rosołowym głodzie:



Wracamy do pozycji klęczącej z rękami rozpostartymi w geście poszukiwania szczęk tudzież czapek, które pospadały z głów podczas słuchania kolejnego majstersztyku. Jakże mogłoby w tej kategorii zabraknąć mojego Tona Koopmana i jego równie niezliczonej liczby organowych szczytów. Oto przykład na szczyt zabawy z komercją w świecie muzyki klasycznej: tak zagrać toccatę i fugę BWV565, żeby choć na jednym internetowym zakurzonym blogu móc zostać okrzykniętym organowym hipsterem (szczyt tego zaszczytnego tytułu osiąga pan Koopman moim zdaniem dokładnie w szóstej minucie i pięćdziesiątej dziewiątej sekundzie utworu). Ach jak przyjemnie jest móc znowu nacieszyć ucho tym organowym sucharem, tym organowym kotletem mielonym odgrzewanym wszędzie i przez wszystkich. Od dzisiaj zmieniam front. Gdy ktoś się mnie zapyta: czy impreza bez BWV565 może się udać, odpowiem: nie może! Ale moment, nie radujcie się przedwcześnie, bo mam warunek: wodzirejem musi być świetnie rozumiejący "fenomen" tego utworu Koopman, który w każdej sekundzie swojej gry doskonale robi wszystkich w trąbę. Uwielbiam takie organowe bambuko, po którym zagorzali fani i "znawcy" wychodzą, a ja jako jedyny, albo jeden z nielicznych wstaję i rozwiąźle biję brawo na stojąco. Posłuchajcie:



Krąży po internecie pewien szczyt fantazji: położyć się w kałuży, wsadzić pióro w tyłek i udawać żaglówkę. Ja życzę Wam jednak takiego oto szczytu fantazji: osiągnąć taki poziom absurdu, żeby jeszcze spróbować tu wrócić. Ukłony.

wtorek, 8 października 2013

Uważaj bo zrobisz komuś krzywdę Bachem

Nie pamiętam dokładnie okazji, ale była takowa, z racji której w naszym domu pojawiło się takie oto małe popiersie pana Jana SB. Stało dumnie na organach aż do momentu, kiedy nasz chodzący już efekt innej okazji (w tym momencie opada na ten wątek kurtyna milczenia) zaczął się do niego dobierać. Staje przed instrumentem i domaga się rozrywki krzycząc: "Ba! Ba! Ba!". Wtedy pan Bach przy pomocy rodziców (nie swoich, a tych od domagającego się malca) zstępuje z wysokości na ziemię i raduje małe, ale już jakże zgrabne rączki. Spaceruje po dywanie, przewraca się albo spektakularnie uderza głową o meble. Za pomocą urządzenia emitującego dźwięki zwanego tatą, zdarza mu się także porozmawiać z malcem na różne tematy. Śmiechu i radości wypływającej z jednej, niewielkiej, białej figurki jest tyle, że można nią całkiem solidnie zalać cały dom. Ale jest także druga strona medalu. Głowa pana Bacha jest odlana z całkiem wytrzymałego materiału, raczej odpornego na uderzenia wszelakie. A takowe również mają miejsce. Bachem jakże chętnie ciosa się w krzesło, stół, czy komodę, które przegrywają walkę odnotowując spore wgniecenia. Rzuca się nim niespodziewanie w bliżej nieokreślonym kierunku, szczęśliwie jeszcze na niewielką odległość, przez co ci posiadający choć odrobinę refleksu mają możliwość odskoczenia i uniknięcia odciśnięcia piętna twarzy barokowego mistrza na własnej facjacie. Wystarczy jednak chwila nieuwagi i spory guz murowany.

Myślę sobie, że ta niewielka figurka i związane z nią wyżej opisane przygody, to szczęśliwie jedyna sytuacja, w której Bach mógłby wyrządzić komuś krzywdę i to z winy leżącej po stronie opiekunów miotacza (w przypadku nader upierdliwych właścicieli tych na pozór niewinnych małych Bachów wina leżałaby zapewne po stronie producenta, który w pudełku nie umieścił dodatkowo kasku ochronnego). Dlaczego? A dlatego, że choć zarówno figurka, jak i muzyka Bacha mają ze sobą coś wspólnego, bo potrafią niszczyć mury oraz nabijać guzy (w pierwszym przypadku autentyczne, w drugim "muzyczne"), to niesamowita moc wypływająca z precyzyjnie na pięciolinii postawionych nutek jest na tyle oczywista, że żaden desperat nie byłby nią w stanie zrobić krzywdy nikomu, nawet osobnikowi skazanemu na muzyczną chłostę. A kolejnym dowodem świadczącym o wspominanym już kiedyś pozytywnym działaniu tej ponadczasowej muzyki niech będzie muzyczny zestaw ośmiu krótkich, pochodzących z młodzieńczego okresu weimarskiego (skoro jesteśmy już w temacie związanym z najmłodszym pokoleniem wiernych fanów Bacha), ale jakże cudownych i jak zwykle w przypadku mistrza wyrafinowanych fug poprzedzonych oczywiście błyskotliwymi preludiami.

Informacja dla tych, którzy przyzwyczajeni są słuchać tych kompozycji w kolejności od C-dur do B-dur informuję, że poniższa playlista z przyczyn ode mnie niezależnych ułożona została w odwrotnej kolejności... Ale piszę to tylko tak na marginesie, żeby przypadkiem nie oberwać za to od takiego rozjuszonego delikwenta jakimś przelatującym Bachem. Miłego słuchania.

środa, 3 lipca 2013

Białe na czarnym

Widząc dzisiejsze nagranie, przypomniał mi się raczej mało śmieszny kawał, w którym ktoś pyta, dlaczego na organowej klawiaturze są białe i czarne klawisze, a drugi ktoś odpowiada, że na białych to się gra na ślubach, a na czarnych na pogrzebach. Pomyślałem sobie, że ktoś kto wymyślił ten dowcip chyba nie widział klawiatury jak ta z dzisiejszej poniższej muzycznej propozycji. Tutaj bowiem statystycznie rzecz ujmując grałoby się w większości tylko na pogrzebach, bo czarno na białym widać, że więcej do muzycznego powiedzenia mają właśnie czarne. Z powyższego dowcipu "uśmialiśmy się" jak mniemam chyba wszyscy, więc część humorystyczną dzisiejszego wpisu moglibyśmy mieć odbębnioną. Ale będzie zupełnie inaczej. Teraz swój dowcip opowie sam pan Bach.


Dowcip zaczyna się pojedynczą linią melodyczną w formie uroczego pasażyku, który to wznosi się i opada, by już po chwili przejść do pedału i towarzyszyć salwom śmiechu, czyli przewijającym się przez całe preludium i fugę powtarzanym dźwiękom, raz pojedynczym, drugi raz w postaci akordów. Te rytmicznie powtarzane nuty to nic innego jak tylko chichot ubawionego po pachy własną kompozycją Bacha. Słuchając tego utworu mam wrażenie, że Bach albo był pod wpływem czegoś (choć kto wie, może nawet kogoś), albo robi sobie z nas wszystkich jaja. Najlepiej słychać to w samym końcu fugi (6:53), kiedy śmiech zamienia się w chwilę niepewności, a Bach zadaje sobie i nam pytanie, czy aby ten trwający przez cały utwór rechot był na miejscu? Ta niepewność w ułamku sekundy zmienia się w jeszcze większą salwę chachania. To tylko pokazuje, że być najbardziej na świecie natchnionym przez samego Boga człowiekiem, nie oznacza tylko potrzeby komponowania samych patetycznych, przejmujących dzieł, w których koniecznie trzeba zawrzeć jakiś mądry przekaz. Tu nie czarne jest na białym lecz białe na czarnym. Przynajmniej ja w tej całkiem sporej kompozycji nie znalazłem jakiegoś wzniosłego tematu, który kompozytor chciałby zaprezentować. A czy to przypadkiem nie jest tak, że również przez takie okraszone nieustannym chichotem dźwięków skoczne dzieła możemy stale być bliżej Boga? Wzniosłe kompozycje owszem są jakże istotne, ale potrzeba nam także trochę luzu i uśmiechu żeby zupełnie nie zwariować. Życzę Wam takiej właśnie wakacyjnej przerwy od patosu.



PS. Ależ piękny ten instrument, nieprawdaż? Dla wszystkich, którzy nie tylko lubią posłuchać, ale także pooglądać organy i to nie tylko z zewnątrz, polecam całą czteropłytową kolekcję BBC.

piątek, 24 maja 2013

Nader monotematyczny skryba

Przyznaję, że dziś kolejny raz mogę w Waszych oczach okazać się nader monotematycznym, "muzycznoorganowym" skrybą. Ale kurczę blade w tym przypadku naprawdę nie potrafię inaczej. Taka już moja przypadłość, że na pojawiające się imię i nazwisko tego mistrza interpretacji zaczyna się w mojej głowie niekontrolowany potok słów afirmujących muzyczny dorobek tego artysty. Im więcej zgłębiam ten niemały dorobek, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że na liście utworów, przy których przewija się nazwisko tego pana, nie ma ani jednej, dosłownie ani jednej złej, ba nawet choćby trochę nudnej, czy nieudanej interpretacji. Ten człowiek nie poplamił swojego muzycznego życiorysu jakimkolwiek nieprzemyślanym urzeczywistnieniem utworu. Każden jeden wykon (no co, trzeba być postępowym) - to majstersztyk, to brylant mieniący się milionem barw, to nieznośnie lekki byt. Każde nawet najmniejsze, w dodatku nigdy nieprzypadkowe muśnięcie klawisza sprawia, że ogarnia mnie poczucie... (teraz to może trochę źle zabrzmi, ale proszę mi wierzyć przemyślałem to określenie) wiecznego spokoju. I mam tu na na myśli spokój o... transmisję danych. Tak. W tym przypadku nadajnik jest zestrojony z odbiornikiem w stu procentach. Tu nie ma mowy o żadnych zakłóceniach. Jestem spokojny o każdą pojedynczą nutę, która za ułamek sekundy ożyje pod naciskiem jednego z 10 palców lub jednej z kończyn dolnych artysty i wryje się w moją muzyczną część mózgu. To niesamowite jak ta muzyka działa na mnie. Zastanawiam się tylko, czy tę przypadłość primo: da się leczyć i secundo: czy w ogóle trzeba ją leczyć. Dobrze mi z nią. To nieładnie życzyć komuś choroby, ale w tym przypadku wypada mi powiedzieć: zachorujcie na Tona Koopmana, jego wiecznie uśmiechniętą buzinkę, tak samo uśmiechnięte oczy i radość płynącą ze słuchania tej uduchowionej muzyki!

To właściwie mógłby być koniec mojego słowotocznego uwielbienia i początek słuchania muzyki, ale zabiorę Wam jeszcze jedną sekundę... może tercję. Trochę już minęło od początku tego bloga i aż dziw bierze, że do tej pory nie podzieliłem się z Wami poniższą kompozycją, będąca jedną z moich ulubionych i wdzięcznych. Utwór ulubiony - bo to połączenie dwóch największych: Vivaldiego z Bachem. Wdzięczny - bo jego granie i słuchanie, zwłaszcza takiego mistrzowskiego Koopmanowego wykonania, niesie ze sobą niesamowitą przyjemność, pozytywnie nastraja, umaja duszę, a wszystkie moll-e zamienia w Dur-y. "Dank u voor al meester!"

poniedziałek, 25 marca 2013

Gra o Tron... ale przez duże T

Dożyliśmy takich czasów, że wszyscy teraz grają: jeden w coś, drugi o coś, a trzeci gra kogoś zupełnie innego niż w rzeczywistości jest. Dzieciaki strzelają rozzłoszczonymi ptakami do świń, dorośli zaś mają te swoje Forexy. Szukają tylko sposobu na to by jak najwięcej ugrać, nierzadko kosztem innych (ale to mało istotne), przywdziewając najczęściej maski mające na celu zmylić przeciwnika w tej grze o... No właśnie o co? O wirtualne cyferki na kontach bankowych, mających tylko przełożenie na stałe podnoszenie komfortu życia z przyszpiloną etykietką "tu i teraz"? O te nasze współczesne wygody, bez których ludzie jeszcze nie tak dawno potrafili się obejść? Czy to gra warta świeczki? Czy rzeczywiście chcemy te wszystkie tablety, ajfony, rezydencje, fury i tony obowiązkowo markowych ciuchów uczynić naszym życiowym testamentem? Czy to faktycznie tylko o to chodzi? Niestety coraz częściej i coraz więcej ludzi, niesionych na fali propagandy takiego właśnie stylu życia, ma i zapewne będzie miało problem odpowiedzieć sobie na takie pytanie. Zaproponuję dzisiaj coś, co może tę odpowiedź nieco ułatwi - "Gra o Tron... ale przez duże T", robiąca furorę wśród wielu adeptów muzyki, doskonale wymyślona i zaprojektowana przez samego pana Bacha, którego to osoba będzie dzisiaj w centrum (a może nawet w epicentrum, bo szykuje się niemałe trzęsienie ziemi).

"Von deinen Thron tret'ich hiermit" to z pozoru proste preludium chorałowe, które zamieszało ostatnio bardzo w mojej prywatnej hierarchii dzieł organowych pana Jana. Zamykam oczy i słucham. Pozwalam wszystkim dźwiękom ułożonym w doskonałą całość, która swym kunsztem kontrapunktu sięga zenitu, wtargnąć do mojego organizmu i dotrzeć do wszystkich jego zakamarków. Im bardziej oddaję się tej muzyce i wsłuchuję się w te jakże krystalicznie czyste dźwięki, które powstawały podobno już na łożu śmierci kompozytora, tym bardziej ogarnia mnie takie zupełnie dziwne i niewytłumaczalne poczucie spokoju. Jedna po drugiej, wszystkie kotłujące się myśli będące skutkiem ubocznym współczesnego życia w biegu, magicznie odpływają. Nabieram przekonania, że te wszystkie gry, w które nas ten dzisiejszy świat wciąga są zupełnie nieistotne. I to jest niesamowite!

W przeświadczeniu o wielkości tego dzieła, o jego poruszającym charakterze i jakimś tajemniczym przesłaniu z niego wypływającym nie jestem sam. Staram się ten fenomen wydobyć jednak bardziej duchowo, kiedy inni podchodzą do tego bardziej po ludzku, szukając rozwiązania tej łamigłówki chociażby w matematyce: liczby 14 i 41, które w germańskim alfabecie numerycznym odpowiadają sumie liter B.A.C.H. i J.S.BACH, są wpisane w strukturę utworu (pierwsza zwrotka składa się z 14 dźwięków, cała melodia chorału liczy ich 41, ostatnia nuta w górnym głosie przytrzymana jest przez 14 pulsacji rytmu itd.). Nie jestem przekonany, czy o to właśnie chodziło umierającemu Bachowi, który będąc już jedną nogą u Tronu Najwyższego zdawał "relację ze swego życia". Albert Schweitzer w swojej książce o Bachu tak napisał o tym utworze:
"głosy płyną tak naturalnie, że (...) nie dostrzega się kunsztu: ulega się całkowicie czarowi owych wspaniałych G-durowych harmonii. Zgiełk świata nie przenikał przez zasłonięte okna. Umierającego Bacha otaczała już harmonia sfer. Dlatego w jego muzyce nie ma śladu cierpienia: spokojne ósemki poruszają się już poza granicami ludzkich namiętności..."
Zapraszam do oderwania się na chwilę od gier wszelakich i poświęcenia niespełna pięciu minut tej niesamowicie transcendentnej MUZYCE, a przez to dać sobie szansę na odnalezienie dużej litery w "grze o Tron", w której główny bohater ma tylko jedno życie.

1. Najbliższa interpretacyjnie i brzmieniowo moim odczuciom wersja, jaką udało mi się znaleźć w sieci: http://www.youtube.com/watch?v=52RdshARXdg

2. Gustav Leonhardt:


3. Inne ciekawe brzmienie:


4. Wersja chóralna:

środa, 7 listopada 2012

On może + ona może = oni mogoł

W internecie aż roi się od baboli, czy jak kto woli językowych fąfli. I kiedy ktoś machnie się w ortografii słowa "gżegżółka", czy "rządny" albo "żądny" - bo trudny wybór zależny jest od kontekstu - to ja to jestem w stanie zrozumieć, ale pypcia można dostać, kiedy jednostki ludzkie nie za bardzo opanowawszy swój język ojczysty, wypisują innym, czytającym jednostkom ludzkim, trochę bardziej spowinowaconym z tymże językiem, takie oto przykładowe treści (dla oszczędzenia Wam nerwów podam tylko fragment opisu aukcji internetowej): "Zobacz inne moje przedmioty. Mogoł one pasować do tego zestawu."

Katar zalał komuś fragment mózgu odpowiedzialny za stosowanie wymysłu zwanego ortografią? Tragiczne i komiczne w jednym. Zauważyłem jednak na tym przypadku pewną prawidłowość, mój mózg automatycznie nastawia się chyba na tego typu kwiatki próbując odwrócić moją uwagę od takich ortograficznych, ciężkich przypadków, ponieważ pierwsze o czym pomyślałem widząc to cudo była... dynastia Mogołów. A stąd już tylko rzut beretem do "Grosso mogul", czyli słynnego koncertu D-dur Vivaldiego z drugiej dekady XVIII wieku. Ten znowu był punktem odniesienia dla naszego kochanego Pana Jana, który posiadając niesłychany dryg do organowych interpretacji dzieł innych mistrzów, bez zbytniego wysiłku przeniósł tę tryumfalną i energiczną melodię nawiązującą do ówczesnych wyobrażeń świata zachodniego o potędze XVI wiecznych władców Indii na tylko trzy pięciolinie.



I jak zwykle uczynił to doskonale, a mistrzostwo w dokonywaniu transkrypcji organowych jest jeszcze bardziej godne docenienia, ponieważ w przeciwieństwie do jego kolegów po fachu (Schütz, czy Händel), którzy podobnie jak on czerpali inspiracje we włoskiej, bardzo modnej ówcześnie kulturze, będącej kolebką stylu barokowego, pan Bach nigdy nie był w tym kraju. Jego wiedza dotycząca tego włoskiego stylu pochodziła jedynie z analizy partytur, dzięki czemu transkrybowane utwory nabierały nową, specyficzną formę. Ale czy tylko cel nadania utworowi nowego wyrazu przyświecał Bachowi podczas tworzenia zarówno tej, jak i innych transkrypcji organowych? Spekulacji w tym temacie jest tak wiele, jak wielu badaczy zechciało się w nim wypowiedzieć. Dotarłem między innymi do takich:
- autodydaktyka - przepisując obce partytury Bach miał poznawać najnowsze osiągnięcia w dziedzinie techniki kompozytorskiej (według mnie mało prawdopodobne),
- upowszechnienie literatury koncertowej,
- możliwość wykonywania fragmentów koncertu podczas mszy.

A ja nie będąc badaczem uważam, że taka praca sprawiała Jasiowi po prostu zwykłą frajdę. A to czy wówczas posiadał on do tego świadomość, że uczyni tym samym radochę muzycznym melomanom na całym ziemskim padole, których ilość idzie już w grube miliony (choć nie wiem, czy w tym przypadku nie dokonałem niedoszacowania), to już osobna kwestia i zagadka, której tutaj nijak nie rozwiążemy. Chociaż kto wie, może znajdą się tacy, którzy mogoł?

środa, 18 stycznia 2012

Gustav Leonhardt (1928-2012)

Łzawo zaczyna się ten nowy rok na organowym blogu (choć post miał być zupełnie inny, miał traktować o innej muzyce, o innej osobistości). Smutny jest zapewne również świat muzyki, który pozbawiony został kolejnej wielkiej postaci - dokładnie 16-go stycznia 2012 odszedł Gustav Leonhardt.

Wielka osobowość, wieczny muzyczny analityk stanowiący bardzo ważne ogniwo w łańcuchu osobistości związanych z muzycznym autentyzmem (o którym wspominałem nieco przy okazji prezentowania osoby Tona Koopmana). Klawesynista, organista, dyrygent, muzykolog, pedagog, kameralista i wreszcie wielokrotnie nagradzany za swoje muzyczne dokonania solista, który prawie do końca życia aktywnie brał udział w muzycznych przedsięwzięciach. Dzięki swej niesamowitej wyobraźni, potrafił przenosić słuchaczy w zupełnie inny świat nieszablonowej i jeszcze bardziej zadziwiającej muzyki barokowej, tworząc pozbawione efekciarstwa wysoce intelektualne interpretacje. Założył także własny zespół "Leonhardt Consort", z którym wykonywał i nagrywał bardzo zróżnicowany repertuar – od Monteverdiego po Bacha, który jak sam twierdził, wciąż pozostawał dla niego największym kompozytorem.



Dobrze, że ludzkości udało się wynaleźć odpowiednie narzędzia do zachowywania (nie tylko w ludzkiej pamięci) i odtwarzania w dowolnym momencie dokonań wielkich osobistości tego świata. Korzystajmy więc z tych możliwości i wśród zalewającej nas z każdej niemal strony komercji dostrzegajmy to, co naprawdę wartościowe, a taka zapewne jest muzyczna spuścizna Gustava Leonhardta.

środa, 2 listopada 2011

Ton Koopman - muzyczny erudyta

Przegapiłem. Biję się w piersi ponieważ przegapiłem urodziny mojego ulubionego odtwórcy dzieł barokowych - TONA KOOPMANA, który swoje 67 urodziny świętował 12 października. Już od dawna nosiłem się z zamiarem napisania w tym właśnie dniu trochę więcej o samym muzyku. Z przyczyn obiektywnych czynię to zatem trochę później.

Myślę, że z racji częstej obecności tego geniusza interpretacji na moim blogu, wypada wreszcie napisać o nim kilka słów. Przez jednych (wśród nich stawiam również swoją skromną osobę) ceniony za kunsztowność przekazu muzycznego płynącego z jego interpretacji, przez drugich posądzany o trywializowanie muzyki dawnej. Z jednej strony wielbiony za autentyzm w przedstawianiu muzyki barokowej, z drugiej zaś krytykowany za nadinterpretacje. Ton Koopman to jeden z najwybitniejszych współczesnych znawców muzyki barokowej (uznawany za niedościgłego mistrza interpretacji muzyki Jana Sebastiana Bacha), holenderski organista, klawesynista i dyrygent. Opracowane utwory popularyzuje jako solista oraz razem z The Amsterdam Baroque Orchestra i Amsterdam Baroque Choir, które to przez niego samego stworzone zespoły, należą do światowej czołówki wykonawców i interpretatorów muzyki dawnej. Wraz z innymi wielkimi nazwiskami - między innymi Jordi Savalem, Masaaki Suzuki, Gustavem Leonhardtem, jest przedstawicielem muzycznego autentyzmu, czyli tak zwanego historycznego wykonawstwa prezentującego muzykę poprzednich epok na oryginalnych instrumentach z wykorzystaniem historycznych technik, dla wiernego oddania ówczesnych środków artystycznego wyrazu. Dlatego też Koopman niechętnie wypuszcza się poza estetykę barokową.

Jeżeli do odtwarzacza włożycie którąkolwiek płytę z muzyką "dowodzoną" przez Koopmana, nie spodziewajcie się sztampowych interpretacji (tu nie ma mowy o powielaniu), oklepanych ozdobników (te zamieniają się w ornamentacje nie z tej ziemi), czy nudnego i nieciekawego brzmienia (to nie idzie w parze z Koopmanem). Organy pod jego władaniem swoim potężnym brzmieniem potrafią zarówno wzbudzać drżenie murów, jak również wydawać z siebie dźwięki delikatne i pełne słodyczy. Tu każde uderzenie klawisza, każdy wybrany z dostępnej palety danego instrumentu głos, wydają się być bardzo przemyślane.

Zanim zaproszę Was do posłuchania i tym razem również popatrzenia na samego mistrza (a ogląda się go równie przyjemnie, jak słucha), nie zgodzę się jeszcze z panią Elżbietą Chojnacką, która twierdzi, że "muzyką dawną zawładnął świat archeologii, w którym fetyszyzuje się instrument, a środki i sposoby wykonania stają się ważniejsze od samej muzyki". Czy takie twierdzenie jest zasadne, kiedy zestawi się je na przykład z tymi dwoma wykonaniami? Oceńcie sami:





Po ostatnim skrytykowaniu przeze mnie walorów muzycznych, których nie znalazłem w pewnym miejscu, liczę się z tym, że i tym razem znajdzie się ktoś, kto nie będzie się zgadzał z kolejną moją opinią, że Ton Koopman muzycznym erudytą jest.

wtorek, 26 kwietnia 2011

Śrub śrub śrub

W ostatnim czasie tematy pojawiające się na blogu stały się bardzo powiązane z ważnymi dla mnie wydarzeniami, do których z całą - ogromną - pewnością zaliczę również to. Długo zastanawiałem się, czy w ogóle pisać cokolwiek w tej kwestii ponieważ sam temat, a przede wszystkim biznes, jaki na pojawiające się hasło "ślub" automatycznie się tworzy, powoduje u mnie efekt raczej... odwrotny. Postanowiłem jednak podzielić się z Wami swoimi odczuciami, by po pierwsze nadrobić blogowe zaległości, a po drugie chociaż trochę ulżyć sobie w codzienności przedślubnej. Dlaczego jest ona taka trudna? Otóż na każdym kroku trzeba uważać na nazwijmy to "ślubne hieny", które czyhają na biednych prawie zaślubionych, by przykręcić im "śrub śrub śrub" taką właśnie finansową śrubkę i znacznie uszczuplić wypchane przecież po brzegi portfele - nikt nie zakłada, że ktoś pragnie zawrzeć związek małżeński z ukochaną osobą nie dla tych wszystkich ciuchów, kwiatów, "Ave Marii", wesel i innych wystawności, że o modnym w ostatnim czasie wklejaniu swoich ślubnych zdjęć na "fejsbukach" nie wspomnę. Oto kilka autentyków ilustrujących jak wygląda proces o wdzięcznym tytule "śrub, śrub, śrub":

1. Sklep z garniturami:
- W czym mogę pomóc?
- Poszukuję prostego, normalnego, raczej taniego garnituru. Może coś z tych?
- A na jaką okazję?
- Ślub. ("śrub, śrub, śrub")
- O nie! Proszę pana, tych garniturów nie może pan oglądać! [bo za tanie] To są garnitury robocze! [zapewne będzie to odgrywało ogromną rolę podczas najważniejszej dla nas samej ceremonii] Proszę zobaczyć te, świetny materiał prawda?

2. Kwiaciarnia:
- Chcieliśmy taki prosty bukiet z tylu a tylu tulipanów.
- Proszę bardzo, żaden problem, przygotujemy taki za ok. 50 złotych. A na jaką to okazję?
- Ślub. ("śrub, śrub, śrub")
- A to musimy mieć więcej czasu. To nie można tak byle jak. Bukiety ślubne [które niczym nie różnią się od normalnych, przynajmniej wg. naszych założeń] kosztują ok. 150 złotych.

3. Kancelaria parafialna I:
- Proszę o wszelkie dokumenty niezbędne do zawarcia związku małżeńskiego w innej parafii.
- [pomijam gesty i parsknięcia pani z kancelarii, będące wyrazem ewidentnego niezadowolenia, że owieczki uciekają do innej zagrody i tam postanawiają złożyć "dobrowolną" ofiarę] Ksiądz proboszcz ustalił cennik. I tak za akt chrztu, bierzmowania oraz przekaz pobierana jest opłata 80 złotych. ("śrub, śrub, śrub")

4. Kancelaria parafialna II:
- No to terminy i wszystkie kwestie mamy załatwione.
- Cieszymy się bardzo.
- To teraz państwo chcieliby pewnie złożyć "dobrowolną" ofiarę. Przyjęło się w naszej parafii, że jednak ofiara ta wynosi nie mniej niż 500 złotych. ("śrub, śrub, śrub")

Takich przykładów śrubowania można by jeszcze mnożyć, zwłaszcza gdy w grę wchodziłyby wesele, fotograf, kosmetyczka, fryzjer, limuzyna...

Jest jeszcze jedna istotna kwestia związana ze ślubem, która również daje możliwość śrubowania oraz pole do popisu dla wszelkiej maści "fachowców-muzyków". Tak właśnie, muzyka podczas ceremonii, bo o tej weselnej nie będziemy wspominać... Tu pojawia się masa tak zwanych zespołów ślubnych, które swą "grą" uraczą dostojnych gości, no przynajmniej taki mają zamiar. (przykład) A goście przecież nie wyobrażają sobie ślubu bez tych - przepraszam za określenia, które teraz padną - wyświechtanych "marszy Wagnerowsko - Mendelsonowskich", modnych ostatnio motywów Rubikowych w przeróżnych aranżacjach, tudzież wszystkich możliwych "kombinacji AveMaryjnych": z trąbką, skrzypcami, fletem, harfą, piłą śpiewającą i oczywiście organami... marki Casio lub Yamaha. Wszystko (z wyjątkiem Rubika) z powyższego przykładu owszem, może być ładne, bo jest klasyczne, pod warunkiem oczywiście, że zostanie wykonane z klasą i odrobiną gustu.

Moim marzeniem jest jednak wypełnić tę najważniejszą chwilę muzyką nieco mniej "poobijaną" i skrzywdzoną. Wiem także, że rezygnując zupełnie ze "standardów" znacznie naraziłbym się niektórym obecnym gościom, dlatego muszę pójść na jakiś kompromis - wybrać coś, na co ludzie mniej muzycznie zorientowani nie będą się krzywić, ale zarazem coś jak najmniej związanego z etykietką "ślub". W związku z tym chodzi mi po głowie póki co taki oto zestaw "zamienników". Pewnie jeszcze nie raz się zmieni, bo znając życie okaże się, że ciocia Gienia i wujo Stachu mają alergię na Bacha i przecież nie wypada ich aż tak narażać...





poniedziałek, 21 marca 2011

Bachomat

Pamiętałem o urodzinach Telemanna, nie mogłem więc zapomnieć o Jaśku naszym ukochanym! Dokładnie dzisiaj pierwszy dzień kalendarzowej wiosny, która podobnie jak pozostałe 3 pory roku już od 326 lat są po prostu bardziej: awangardowe, błyszczące, cacy, dorodne, emocjonujące, fantastyczne... *** (dotarłem tylko do "f", w miejsce gwiazdek proszę sobie wstawić dalszą listę przymiotników określających wszystkie pozytywy płynące z obecności na świecie muzyki geniusza Jana Sebastiana Bacha - lipskiego kantora).

No właśnie - kantora. W tym miejscu moja z natury nastawiona na różnego rodzaju zabawy słowne, przeinaczanie, pełna dziwnych pomysłów głowa znowu zaczęła "działać", w efekcie czego zrodził się projekt o wszystko mówiącym tytule: "BACH - Kantor wymiany ***" lub w skrócie po prostu "Bachomat". Projekt ten mógłby przynieść fortunę zwłaszcza, że nazwisko pana Jana znane jest przecież na całym świecie (dowodem niech będzie ilość języków wymienionych na liście Wikipedii, w których hasło "Johann Sebastian Bach" zostało opisane), a w miejsce gwiazdek wystarczy podstawić co tylko dusza zapragnie. Gigantyczne przychody z franczyzy murowane! Oto dwa przykłady zastosowania mego pomysłu:

BACH - Kantor wymiany myśli

Przy najbardziej uczęszczanych deptakach ustawiane są drewniane, okrągłe, muśnięte delikatnie kolorem fioletowym budki z migającym bannerem: "Nie wiesz co o tym wszystkim myśleć? Dobrze trafiłeś!". Zainteresowany wchodzi do środka, gdzie proszony jest o zajęcie miejsca w wygodnym fotelu i założenie słuchawek, z których wydobywa się losowo wybrany numerek zestawiony z prefiksem "BWV", na przykład Concerto G-dur (BWV 592). Wtłaczana do pustej od braku myśli głowy muzyka powoduje przejście klienta w stan specyficznej hipnozy. Wraz z leczniczą muzyką jego głowa nadziewana jest farszem wszelakich myśli, w efekcie czego po ok. 10 minutowej kuracji pacjent z uśmiechem na twarzy wstaje, dokonuje zapłaty (której wielkość uzależniona jest od stopnia świadomości albo raczej nieświadomości finansowej po hipnozie) i wypowiada tak dawno zapomnianą a jedynie sensowną myśl: "jakież to jest genialne a ten świat piękny!". Na zasadzie marketingu szeptanego powtarza tę myśl znajomym, którzy już po kilku dniach będą ustawiać się w kolejkach do Bachomatu, by móc również napełnić się potęgą myśli płynącą z muzyki Bacha.



BACH - Kantor wymiany przekleństw

Ileż to razy mamy straszną ochotę przeklinać na rządy aktualnie sprawujące władzę, na pogodę, która zawsze jest nie taka jak byśmy chcieli, na sąsiadów, którzy za głośno słuchają muzyki (z wyjątkiem oczywiście organowej), na korki, zbyt wysokie podatki i za małe zarobki, tu przerwę, bo mógłbym nie skończyć tej listy. Czasem zapominamy normalnych słów i nasz język staje się jednym wielkim zlepkiem różnego rodzaju "zajebistości". Pomocą służy mój kolejny pomysł. Na specjalnej klawiaturze w odseparowanej od publiki kabinie, delikwent odczuwający potrzebę nadużycia wyrazów na "k" i "ch", wpisuje zestaw przekleństw oraz dane adresata, a system automatycznie na podstawie specjalnie stworzonych algorytmów dobierze zestaw BWV, który zostanie wysłany do niego w tak zwanym zastępstwie. Jakże byłoby pięknie, gdyby zamiast rzucania mięsem i epitetami, rugania czy bluźnienia, mógł rozlec się np. zestaw BWV 575, 549 oraz 568.



Myślałem jeszcze nad pomysłem: "BACH - Kantor wymiany ogumienia" (biznes zwłaszcza w okresie zimowym i wiosennym), ale z racji niedopracowania szczegółów nie będę rozwijał tematu, tylko złożę szanownemu jubilatowi życzenia: ŻYJ NAM WIELKI KANTORZE BACHU 1000 LAT! i zadedykuję mu jego własną kompozycję...

środa, 16 lutego 2011

Charakterystyka tonacyi cz. 5 - "Bach do reperacji"

I stało się. Wzorcowo zakałapućkałem się w remont, pakowanie, rozkręcanie, przeprowadzkę, skręcanie, rozpakowywanie - choć do tego ostatniego to jeszcze długa droga. Korzystając z chwili odpoczynku przysiadłem sobie na jednym z pudeł wypakowanych po brzegi przeróżnymi książkami, ciuchami, nutami, płytami i pomyślałem: "trzeba to jakże ważne wydarzenie, które dotknęło, dotyka lub zapewne dotknie prawie każdego, uwiecznić jakoś na moim blogu". Szybko przewertowałem karty mej pamięci zawierającej katalog dzieł organowych Jana Sebastiana Bacha (oczywiście mam na myśli pamięć elektroniczną, własna w takich warunkach funkcjonuje nienajlepiej) i utknąłem na numerze 543. Dlaczego? Najpierw posłuchajcie.



Czy już sam początek nie jest jak katastrofa, którą na początku przypomina każdy większy remont i przeprowadzka? Wszystko co było do tej pory w miarę sensownie poukładane rozsypuje się jak domek z kart, spada w przepaść, resztkami sił próbując tylko wznieść się do poprzedniego poziomu. Gdzieniegdzie wśród gęstwiny kurzu i pyłu (tak, chodzi mi o ten z rozkuwanych ścian) przebija się malutkie światełko w tunelu, które w miarę upływu czasu staje się coraz wyraźniejsze dając tym samym nadzieję, że jeszcze tylko tydzień, dwa i wszystko wróci do normy. Ale światełko to przygasa, bo oto nadchodzi ekipa z maszynką do cyklinowania parkietów w postaci specyficznego, nacechowanego bardziej negatywnymi emocjami motywu fugi, który wraz z wwiercającym się niczym wiertarka udarowa w beton pedałem (zwłaszcza w zakończeniu) doskonale oddaje atmosferę panującą podczas reperacji mieszkania. A samo zakończenie to przecież ewidentna szlifierka kątowa z milionem rozbryzgiwanych dookoła iskier, charakterystycznym "metalicznym" brzmieniem i przebijającym się co chwilę młotkiem oraz meselkiem pana majstra.

No dobrze, to że nad naszym remontem zawisły ciemne chmury już wiemy, ale co z tonacyją, która zgodnie z tytułem posta miała być tutaj scharakteryzowana? A tu niespodzianka. Mam bowiem wrażenie, że znalazłem doskonały przykład, który nijak ma się do tej właśnie charakterystyki i świadczy albo o pomyłce autora tej definicji, albo o niesamowitym talencie pana Bacha, który z każdej, nawet najbardziej potulnej tonacji, potrafi wysupłać potwora. Oto ta krótka, ale konkretna charakterystyka:

"A-moll cechuje nabożnej kobiety miękki charakter i potulność".

Ja przepraszam, czy tutaj można usłyszeć nabożną kobietę, która w dodatku ma miękki charakter? Gdzie tu u licha potulność? Jeżeli to faktycznie ma być kobieta, to przypomina ona raczej istną bestię, która nie ma w sobie nic z łagodności, subtelności, czy nawet sympatyczności... A może ta subtelna kobieta wywarła swym "miękkim charakterem" taki wpływ na Jaśka, że nie wytrzymał i popełnił takie "udarowe" dziełko? Wiem wiem... Etap mojego życia, w którym obecnie się znajduję - nazwijmy to "napudełkowy" i związany z nim stan psychiczny, może wypaczać trochę pogląd na takie kwestie. Gdyby się bardzo postarać, w większości utworów pana Jana znajdę teraz kurz, dźwięk wiertarki, albo huk młota. Dlatego póki co przełknę może łyczek "amola" i obiecuję zbadać temat w nieco normalniejszych warunkach...

piątek, 10 grudnia 2010

W cieniu ojca?

Carl Philipp Emanuel Bach - drugi z synów Jana Sebastiana Bacha, we wczesnych zamierzeniach prawnik, a od 24 roku życia całkowicie oddany muzyce obywatel Niemiec, który posiadając te same geny co najbardziej utalentowany na świecie tatuś, mając w dodatku za ojca chrzestnego niejakiego Telemanna, nie mógł postąpić przecież inaczej, jak tylko poświęcić się komponowaniu (na koncie - wtedy jeszcze nie bankowym - prawie 900 utworów) oraz graniu na klawesynie i fortepianie (co docenili tacy wielcy jak Haydn, Mozart, Brahms, czy wreszcie Beethoven).

Niestety bardzo często zapominamy obecnie o utalentowanej muzycznie reszcie rodziny Bachów, stawiając na pierwszym miejscu (oczywiście nie ulega wątpliwości, że zasłużonym) pana Jana. Trzeba jednak zaznaczyć, że w czasach, kiedy tworzył wspominany dziś Carl Philipp Emanuel Bach, był on poważany bardziej niż ojciec.

Kompozycja, którą wybrałem na dziś, jest poniekąd odległa pod względem niektórych rozwiązań harmonicznych, a jednak tak ewidentnie przesiąknięta duchem i charakterem muzyki Jana Sebastiana, że bez specjalnych problemów można dostrzec koneksje rodzinne między panami, a zwłaszcza wpływ ojca na syna ("i Ducha Świętego" - chciałoby się dodać, a niewykluczone, że pan Jan mógł posiadać takowe układy z "Górą"). Utwory organowe w dorobku Carla nie stanowią jednak tak ważnej pozycji, jak wśród dzieł Jana, ale są ciekawą propozycją dla miłośników tego gatunku.

Posłuchajcie zatem najpierw bardzo ciekawej, niestety krótkiej fantazji, by zaraz po niej poczuć sympatię także do całkiem zgrabnego motywiku fugi (ciekawe, czy i Wam będzie się z czymś kojarzył), doskonale przeprowadzonego przez meandry różnorakich podchodów, przeobrażeń i innych muzycznych dziwolągów. Zgłębiając twórczość potomka słynnego kantora z Lipska, z całą pewnością można dojść do wniosku, że mamy do czynienia z trochę zaniedbanym współcześnie cudownym dzieckiem... po cudownym tatusiu.

wtorek, 9 listopada 2010

J.S.B - Reaktywacja

Idąc tropem obecnych trendów, które już początkiem listopada zaczynają serwować nam świąteczne promocje, mam takową i dla Was. Jeżeli ktoś z Waszych bliskich lubi muzyczne eksperymenty, polecam specjalny prezent w postaci dźwiękowej bomby o wszystko mówiącej nazwie "J.S.B - Reaktywacja" lub po prostu "Jedno Szybkie Budzenie". To zestaw, który może posłużyć jeżeli nie do zupełnego wskrzeszenia, to przynajmniej do wywołania obrotu w grobie samego Jana Sebastiana Bacha, a to - gwarantuję - wywoła u zainteresowanego wielkie... poruszenie i emocje. Niezbędne zatem będą:
1. "Szczypta" talentu.
2. Będący następstwem punktu pierwszego zgrabny motywik i pomysł na jego uwikłanie między dwie ręce, dwie nogi, 5 manuałów i 57 rejestrów.
3. "Niczego sobie" klasyczny francuski instrument składający się "zaledwie" z 4054 piszczałek, w tym koniecznie z głosem 32 stopowym.
4. Przynajmniej pięć minut przebierania palcami.

Oto przykładowy efekt zabiegu:



No i się porobiło... Tyle wystarczyłoby rzec i wszystko byłoby jasne, ale powiedzmy więcej. Jak sam autor improwizacji napisał, jest to divertimento w stylu barokowym. Gdy zaglądniemy do słownika i przełożymy na język współczesny oryginalnie wywodzące się z języka włoskiego znaczenie tego pojęcia, otrzymamy twór w stylu: "remix-składanka służąca zadowoleniu słuchacza".

Jest zabawa? Jest. Jest zadowolenie? Jest. Ale jest także mój ulubiony efekt kuli śnieżnej. Od samego początku słyszymy przecież, że cała ta kłębiąca się, a nawet narzucająca się naszemu narządowi słuchu, jakże harmonijna mieszanina dźwięków, momentami ostra wymiana zdań, wzbogacana stopniowo o nowe brzmienia, zmierza do konkretnego finału, w którym ukazuje się nam ogrom instrumentu i - bagatela - sprawność oraz ogromny talent grającego. Gdyby nie fakt ograniczoności głosów w instrumencie (albo pamięci na karcie kamery), grający mógłby pewnie kontynuować swoją zabawę w muzykowanie jeszcze przez dobre 10 minut... I to z hakiem. Są teraz pewnie tacy, którzy za samą jakość nagrania chętnie powiesiliby tego pana na tymże haku. A ja przekornie powiem tak: nawet stukające mechanizmy organów (wzmocnione nieco w nagraniu przez takie, a nie inne ustawienie kamery) nie przeszkadzają w słuchaniu tak zmyślnego cacka. Wręcz przeciwnie, dodają całości specyficznego zadziornego charakteru, który zapewne wywołałby jedną z poniższych, zamierzonych - sądząc zwłaszcza po ostatnim spojrzeniu grającego - reakcji mistrza baroku:

1. Powrót - oczywiście z zazdrości - do świata żywych celem wykorzystania tematu tejże improwizacji w swojej Fudze i powiedzenia wszystkim: I'll be Bach!
2. Z racji niemożności wykonania czynności z punktu pierwszego, uskutecznienie wszystko mówiącego obrotu o 180 stopni celem wskazania znanego wszystkim miejsca do pocałowania...

środa, 29 września 2010

Rękopis znaleziony w... Lipsku

Dawno już należny mi wakacyjny odpoczynek od zmagań z całoroczną rzeczywistością nie był tak bardzo wypełniony muzyką i doznaniami z niej płynącymi, jak właśnie w tym roku. A wszystko zaczęło się od wiadomości, że mój ukochany artysta z krainy muzyki "poza-organowej" odwiedzi niemiecki Lipsk, by razem ze swoją orkiestrą dać genialny - jak się później okazało - koncert. Nadarzyła się więc doskonała okazja do zobaczenia i usłyszenia mojego ulubionego Petera Gabriela, ale także odwiedzenia miasta, z którym nierozerwalnie związana jest postać samego Jana Sebastiana Bacha. Takiej okazji nie mogłem oczywiście przegapić. Bez zastanowienia skorzystałem z dobrodziejstw internetu i w rezultacie już po kilku dniach na moim biurku leżały bilety na koncert i pociąg (co ciekawe czeski, bo o połowę tańszy od naszego kochanego PKP) oraz rezerwacja w jednym z lipskich hotelików.

Nie zdążyłem się nawet zorientować kiedy to na kalendarzu pojawił się wrzesień i nastał tak bardzo wyczekiwany urlop. 11 dnia tego właśnie miesiąca przywitał nas (w sensie moją Ukochaną i mnie) potężny lipski dworzec kolejowy, a zaraz po nim cała reszta miasta żyjącego na każdym kroku postacią Jaśka. Czekoladki w formie piszczałek, strugaczki i ołówki z podobizną Bacha (oczywiście "made in China"), czy też koszulki z fragmentami jego zapisów nutowych, wszechobecne były niemal w każdym sklepie. Ale to przecież nieodłączny element dzisiejszego świata komercji. Starałem się jej wystrzegać ile tylko można. Wolałem bowiem nastawiać się na prawdziwą radość i doznania płynące z faktu zetknięcia się zarówno z miejscami, w których niegdyś żył i tworzył mistrz barokowej harmonii, jak również z przedmiotami z jego życia oraz - a może przede wszystkim z rękopisami, jako namacalnymi (oczywiście nie licząc dzielącej mnie od nich szyby) dowodami na istnienie tej Boskiej muzyki. Ogromne wrażenie wywarło więc na mnie spotkanie "na żywo" z charakterem jego pisma i sposobem zapisu muzycznej myśli, w którym z jednej strony można było dostrzec niesamowity artyzm każdej pojedynczej nuty, z drugiej zaś bałagan w postaci pokreślonych taktów, czy też luźnych notatek stawianych w dowolnym niemal miejscu.

Dopełnieniem mojego gargantuicznego zadowolenia płynącego zarówno z koncertu w lipskiej Arenie (na którym nawiasem mówiąc doskonale skompletowana New Blood Orchestra oczywiście z Peterem na czele, dała mistrzowski popis instrumentalno-wokalny [linki do fragmentów poniżej]), jak i z obecności w mieście Bacha, mogła być już tylko sposobność usłyszenia organów, na których niegdyś koncertował mistrz. I tak organy Sauera w kościele św. Tomasza (to te ze zdjęcia powyżej) dane mi było usłyszeć tylko przez chwilę podczas zakończenia niedzielnej uroczystości, ale za to w kościele św. Mikołaja przywitały mnie donośne i rewelacyjnie brzmiące 84 głosowe, dostojne organy Friedricha Ladegasta, na których ktoś aktualnie ćwiczył.
Połączenie doskonale rozchodzących się dźwięków z pięknym i nietypowym wnętrzem świątyni sprzyjało kontemplacji. Przeniosłem się w czasie wyobrażając sobie, jak niegdyś ta sama niebiańska muzyka płynęła wprost spod rąk i nóg* nieśmiertelnego już teraz Bacha. Z jednej strony zazdrościłem ówczesnym, którym dane było obcować z tym pięknem, a z drugiej byłem wdzięczny, że mimo upływu ładnego już przecież kawałka czasu, po dzień dzisiejszy zachowały się wspomniane wcześniej rękopisy, dzięki którym muzyka Bacha wciąż bierze udział w tworzeniu dalszej historii ludzkości, zachwycając nas swoją oryginalnością, pięknem i ponadczasowością, ot choćby jak poniższe (nawiasem mówiąc skomponowane w Lipsku) preludium chorałowe "Nun komm der Heiden Heiland".



* ciekawostką jest odwieczny spór naukowców, muzykologów i wszelkiego rodzaju znawców nad tym, czy Bach mógł z racji swojego niskiego wzrostu grać używając pięt, czy tylko samych czubów...



A oto obiecane linki do fragmentów koncertu "New Blood" Petera Gabriela (ze względu na lepszą jakość odeślę Was na koncert, który miał miejsce nieco później we Włoszech):

Digging in the dirt
Solsbury Hill
My Body is a cage

piątek, 23 lipca 2010

Charakterystyka tonacyi cz. 4 - "Piekielna fantazja"

"Oddaje niezadowolenie, przykrość, zgryźliwość z przyczyn zawodu doznanego, szamotanie się w zakreślonych granicach, słowem gniew i smutek".
Tak oto brzmi już - a może dopiero - czwarta charakterystyka tonacyi. Ciekawe, czy odgadniecie o jakiej tonacji mowa? Podpowiem Wam opowiadając o pewnym utworze stworzonym na pierwszy rzut ucha właśnie dla wyżej opisanej tonacji, którego autorem był sam pan Jan z Lipska (choć w tym przypadku bardziej pasowałoby mi określenie - pan Jan nie z tej ziemi). To utwór, który po dzień dzisiejszy stanowi dla mnie jedną z większych zagadek muzycznych tego świata. Pomyślałem więc, że to dobry pretekst by kompozycja, której interpretacja zawsze była dla mnie czymś odległym, zagościła na "liście przebojów" tego bloga.

Opis ten zacznę od pytania, które towarzyszy mi zawsze przy okazji ponownej próby zrozumienia tej piekielnej fantazji: czy istnieje jakiś klucz do rozumienia muzyki i jej interpretacji? Przecież niesłyszący także mają możliwość odbioru dźwięków poprzez wibracje, albo synestetycy dzięki wrażeniom smakowym, węchowym, czy też wzrokowym mogą również poznać piękno tej sztuki. Świetnym medium do zrozumienia muzyki bywają także obrazy. Nie mogłem więc tego nie wykorzystać.

J.S. Bach & J. Svankmajer

Z fantazją Bacha postanowiłem zmierzyć się w połączeniu z "wersją wizualną" Jana Svankmajera, czeskiego reżysera, jednego z najbardziej uznanych twórców animacji poklatkowych, nazywanego przez niektórych "alchemikiem surrealizmu", którego obraz może stanowić istotny klucz jeżeli nie do zrozumienia, to przynajmniej do podjęcia próby interpretacji zamierzeń twórcy... a właściwie chyba samego Najwyższego Twórcy.



Film ten już po pierwszym oglądnięciu wydał się być znakomitym drogowskazem na drodze prowadzącej do zrozumienia i odczuwania dzieła pana Bacha, stanowiąc swego rodzaju komunię między dźwiękiem, a obrazem. Dźwięki wdzierają się tu pomiędzy każdą klatkę filmową, są odzwierciedleniem każdego pęknięcia na murze, każdej kraty, każdego zamku, czy drutu. Obrazy przypominają mroczne więzienie kojarząc się tym samym z cierpieniem, albo torturą. Wręcz odczuwalny jest wilgotny, stęchły zapach ścian. Więzienie to - zgodnie z opisem tonacji - zdaje się pętać i ograniczać. Czy jednak pojawiający się motyw otwieranych drzwi a później korytarza stanowi perspektywę wolności? Czy ucieczka jest drogą uwalniającą z lochów? Przecież zaraz po wyjściu ponownie okalają nas mury, a okna przypominają oczy śledzące nasz każdy krok. Zdaje się, że doświadczamy spętania podobnego do tego z początku filmu. A może te ograniczenia są właśnie w nas, nasze świadome i nieświadome dysharmonie, nasze małe światy, małe więzienia?

Może właśnie dlatego pojawiają się w tym obrazie także pewne niejasne kwestie, jak chociażby wyrzucenie przez grającego zgniłego jabłka stojącego wśród innych. Dlaczego właśnie jabłko, a nie np. marchewka? Również wspomniany wcześniej motyw otwieranych drzwi nie współgra moim zdaniem z muzycznym tłem, w którym słychać charakterystyczny motyw sekcji pedału, ewidentnie zmierzający w dół, w głąb bliżej nieokreślonej otchłani, schodzący do piekieł. Przecież te niesamowite emocje emanujące z tego utworu muszą nieść ze sobą ogromną wartość stanowiącą istotny dla nas przekaz. Nie może być inaczej.

Marks twierdził, że byt wyznacza świadomość. Ja - trochę przekornie - powiem, że może jednak świadomość wyznacza byt? Przecież mamy tyle możliwości do kreowania otaczającej nas rzeczywistości. Chociaż w przypadku pana Bacha zasadniej może byłoby powiedzieć, że to muzyka wyznacza świadomość.



Powyższe wykonanie pojawia się tu także nieprzypadkowo. Należy bowiem do moich ulubionych - fantazja zagrana z tak oczywistą, wręcz tryskającą spod palców Koopmana lekkością, która doskonale wpisuje się w nurt różnego rodzaju kontrastów, tak bardzo charakterystycznych dla tej fantazji i tonacji g-moll. Z jednej strony ta lekkość, z drugiej zaś sam zagmatwany motyw fantazji, który nawet grany w piano przytłacza wszechobecną duchotą. Zaduch ten od czasu do czasu rozpraszany jest czy to poprzez zastosowanie przez Koopmana pauz, czy też zawieszeń na konkretnym dźwięku. Przystaje, jakby chciał zwrócić naszą uwagę na to co najistotniejsze, jakby chciał powiedzieć: o teraz! Posłuchaj... Słyszysz? To jest właśnie głos Boga.

Ilekroć słucham różnego rodzaju interpretacji tego utworu, notorycznie zadaję sobie pytanie: dlaczego u licha w tej piekielnej fantazji znajduje się tyle niewiadomych? Dlaczego jednego dnia, fantazja ta jest straszna, innego przytłacza swą ciężkością, a jeszcze innego staje się raczej obojętna, nic nie mówiąca, nie zwracająca uwagi słuchacza? W końcu różnice w zakończeniu: g-moll kontra G-dur (Koopman tym weselszym znowu kontrastuje z mroczną całością).

W ten oto sposób uświadomiłem sobie kolejny raz, że stuprocentowe zamierzenie Bacha jest dla nas chyba niemożliwe do odkrycia. Utwór ten ląduje więc z powrotem w pudełku z napisem: "Utwory porażające, dotykać, ale nie wnikać!". Jestem przynajmniej mądrzejszy o najważniejszy chyba wniosek. Najlepiej bowiem niczym organista w filmie Svankmajera, po prostu zatkać sobie usta jabłkiem i zacząć bez większego zastanawiania się i zbędnego zagłębiania słuchać, a najodpowiedniejsza interpretacja i wypływający z niej zamysł Bacha same urodzą się w naszych sercach, niekoniecznie owocując gniewem i smutkiem z opisu tonacji g-moll, czego Wam i sobie życzę.

piątek, 14 maja 2010

Charakterystyka tonacyi cz. 3 - "Chodź no stary do baru"

"G-dur. Wszystko co tchnie idyllą, sielanka, zaspokojona namiętność, wszelka wdzięczność czy za szczerą przyjaźń, czy za stałą miłość - słowem wszelkie łagodne a spokojne serca poruszenie, wybornie się daje w tonie tym wynurzyć. Żałować należy, że dla pozornej łatwości bywa dziś zaniedbywanym, nie zważając na to, że we właściwem rozumieniu nie ma ani trudnego, ani łatwego tonu, że wszelka mniemana trudność leży w pomyśle kompozytora".

O tym, czy przedwcześnie zmarły Nicolaus Bruhns (1665 - 1697) nie miał kłopotów alkoholowych nie wiemy, bo o takich ewentualnych przypadłościach nikt na szczęście dla zainteresowanego ani nie mówi, ani też nie pisze. Ten utalentowany muzyk, uczeń samego Buxtehudego, kompozytor, który stanął trochę w cieniu błyszczącej muzyki swego mistrza oraz Jaśka Bacha, ma w swoim dorobku sporo niczegowatych (dla niewtajemniczonych i ukierunkowanych na nowe trendy w mowie po prostu seksownych), a do tego wzniosłych kompozycji. A te, żeby nie było nudno, dodatkowo wzbogacone są przynajmniej jednym ciekawym "tworem" wpisującym się w nurt tak zwanych "dzieł po-alkoholowych" lub "utworów na-kacu". Te dwa utworzone przeze mnie pojęcia służą tylko i wyłącznie do katalogowania dzieł ewidentnie przesyconych procentowym natchnieniem.

Na marginesie dodam tylko (żebym nie został posądzony o jakąś stronniczość), że sam Bach posiada w tym moim katalogu przynajmniej kilka takich dzieł, ot chociażby pisane jakby "na gazie" Preludium C-dur BWV 547 lub Fuga A-dur BWV 536 z motywem, który Bach ewidentnie musiał usłyszeć przechodząc obok jakiegoś baru, w którym na dobre zabawiały się drobne pijaczyny, nieświadome tego, że ich wznoszona pod niebiosy pieśń wychwalająca walory życia w stanie upojenia, stanie się tematem jednego z nieśmiertelnych utworów największego muzycznego geniusza świata.

Spróbujcie zatem zestawić muzykę ze szkicem sytuacji, na bazie której mogło powstać Preludium G-dur idealnie wpasowujące się swoją sielskością we wcześniej przytoczony opis tonacji. Z jak zwykle trafnej, odkrywczej, świeżej i nietypowej gry mojego - nie ukrywam - ulubionego organisty "odtwarzacza" Tona Koopmana wyłania się taki oto obraz sytuacji, którą być może targany wyrzutami sumienia barokowy twórca Bruhns chciał się z nami podzielić.



(Jako, że wersja Tona Koopmana jest już niedostępna, polecam inną zaznaczając, że w związku z tym znaczniki czasowe podane poniżej troszeczkę się "rozjechały", ale kto sprawniejszy, ten połapie się o co i kiedy chodzi.



Poranną ciszę przerwał dzwonek telefonu. Nicolaus podniósł najpierw ciężką rękę, a zaraz po niej jeszcze cięższą słuchawkę telefonu (czy czegoś podobnego, co wówczas służyło ludzkości do porozumiewania się między sobą z odległości uniemożliwiającej bezpośredni kontakt wzrokowo-paszczowy). Bardzo rozweselony i donośny głos zapraszał go na piwo, zapewne niejedno. Rzucane cicho odpowiedzi Nicolausa sugerowały lekką niedyspozycję wynikającą z nadużyć dnia poprzedniego, ale po kilku wymianach zdań i namowach kolegów udało się ostatecznie ustalić czas i miejsce spotkania. Ofiara telefonicznej przemocy wstała zatem z łóżka i nieco zachwianą posturą (00:31) skierowała swoje kroki do łazienki. Od tej pory zaczął się istny maraton. Podpierając się raz lewą, raz prawą ręką o ściany Nicolaus zbliżył się do schodów, które jak zwykle stanęły na drodze do najbardziej upragnionego w tej chwili miejsca na ziemi. Zejście do łazienki z sypialni położonej na piętrze przeważnie wymagało nie lada zachodu. Tak było i tym razem (01:19).

Kiedy cała ta poranna ceremonia zakończyła się sukcesem i jakimś cudem osoba Nicolausa zjawiła się na spotkaniu, rozpoczęło się pochłanianie wykwintnych trunków. I tak na początek (02:00) pękło kilka butelczynek piwa jasnego, które pozwoliły zapomnieć o porannych stresach higienicznych. Kolejnym smakołykiem było piwo ciemne (03:16), które z gracją wtłoczone przez otwór gębowy, najpierw delikatnie musnęło ścianki przełyku, by ostatecznie uwieńczyć podróż w żołądku, pozostawiając tym samym swój ślad w centralnym ośrodku nerwowym. Ten z kolei pełniąc między innymi funkcje obronne, zadziałał prawidłowo (03:29) wywołując u Nicolausa konieczność odwiedzenia pewnego znanego doskonale miejsca. I znowu rozpoczęła się kolejna długa podróż (03:36), z tą tylko różnicą, że czasu na jej realizację było jakby mniej.

Ostatecznie się udało (03:58) i cel został osiągnięty. Rozpoczął się błogi stan wytchnienia (04:03), który zdradliwie okazał się bardzo krótkotrwały i w głowie Nicolausa poczęły wirować różne nienaturalne obrazy wymieszane z przebłyskami rzeczywistości (04:12), które powaliły go na podłogę. Nie wiedział już, czy to, że delektuje się ponownie zimnym trunkiem (04:24) jest autentycznością, czy wyimaginowanym stanem jego umysłu. Było to jednak nieistotne. Istotnym był błogi stan, idylla i sielanka, które panowały w jego nie-świadomości. I taki stan trwałby zapewne jeszcze wieki, gdyby nie donośny krzyk małżonki (05:57), który raptownie wyrwał go z sennego letargu: "Ty stary leniu, wstawaj wreszcie i weź się do jakiejś roboty! Kartofle czekają! Schody nie umyte! Non stop tylko śpisz i coś tam mamroczesz pod nosem, a potem wstajesz i bazgrolisz te swoje dziwolągi na papierze! Wstawaj leniu!!!"

Co miał robić? Wstał i ciesząc się z faktu, że był to tylko wymysł jego wyobraźni (choć tego do końca nie był pewien), spisał na kolanie to, co mu się przyśniło i zabrał się za obieranie ziemniaków...

piątek, 9 kwietnia 2010

Alleluja i... od tyłu!

Przyszła wiosna, a wraz z nią powód do kichania, łzawienia, smarkania, nieżytów (na szczęście tylko nosa) i temu podobnych wiosennych dolegliwości alergicznych. Kiedy "chwalę" się wszem i wobec moją alergią, słyszę najczęściej dwa rodzaje komentarzy. Jedni mówią po prostu: "no cóż, taki los, musisz nauczyć się z tym żyć". Inni, najczęściej nieco starsi, stawiają natomiast pytanie w stylu: "gdzie tam temu waszemu zurbanizowanemu pokoleniu do tego, które zaznało wojny i które o czymś takim jak alergia w ogóle nie słyszało?". No i mają rację, tylko czy to człowiek ma jakiś wpływ na to, że urodził się tam, gdzie się urodził i nabył to, co nabył?

Podobny los, no może z tą tylko różnicą, że występujące objawy są zgoła inne od tych alergicznych, spotyka mnie kiedy mam okazję słuchać sławetnej Toccaty i (najczęściej) Fugi d-moll pana Jana, zwanej - a jakże - arcydziełem muzyki organowej. Przepraszam teraz wszystkich "fanów" tej kompozycji, ale ja nazwałbym ją raczej wytworem pozbawionego własnego gustu społeczeństwa, które omamione opiniami kilku "fachowców", grzęźnie w mieliźnie takich właśnie poglądów, nie potrafiąc samodzielnie odnaleźć w ogromnej skarbnicy dzieł organowych Bacha, chociażby jednego utworu, który prawdziwie by ich wzruszył i wywołał milion razy większe wrażenie niźli wspomniana toccata.

Czasami zastanawiam się, co spowodowało, bądź kto spowodował, że to właśnie ten pierwszy motyw (słynne ozdobniki "ta-da-da" grane w podwójnej oktawie) stał się obok początkowych dźwięków V symfonii Beethovena, najbardziej rozpoznawanym motywem na świecie? Nie ulega wątpliwości, że utwór ten, jak wszystkie skomponowane przez Bacha jest udany, ale dlaczego do licha to on ma być tym, bez którego w mniemaniu większości "prawdziwych muzycznych melomanów", koncert organowy obejść się nie może?

Śmieszą mnie potwornie dyskusje na temat tego, czy wykonawca dobrze wykonał ten, czy inny fragment, czy miał prawo dodać w tym właśnie miejscu ozdobnik, czy mógł tu zwolnić, a tam przyspieszyć, nie mówiąc już o doborze głosów... Nic dziwnego, że takie dysputy mają i pewnie będą miały miejsce nadal. Przecież każda próba przekazania słuchaczowi czegoś innego, świeżego, zaskakującego, w tak "wyświęconym" utworze, który w bliżej nieokreślony sposób wyniesiony został na muzyczne ołtarze, jest niczym innym, jak tylko samobójstwem wykonawcy, próbą targnięcia się na własną muzyczną karierę.

Tytuł posta w kontekście mojej skromnej opinii o tym utworze, powinien wszystkim cierpiącym na tę samą alergiczną dolegliwość, podpowiedzieć pewien sposób na zaprzyjaźnienie się z tym bachowskim samograjem. Niech na koncertach rozbrzmiewają zupełnie inne Toccaty i Fugi, a BWV565 zostawmy właśnie dla dzwonków w telefonach, dla amerykańskich świąt Halloween, gier, filmów fabularnych, czy wreszcie dla wszystkich zagubionych muzycznych sierot naszego globu.

Zatem: Alleluja i... od tyłu!