Dokładnie 50 lat temu ten sympatyczny pan w kapeluszu z dużymi, nieco odstającymi uszami i wymalowanym w oczach brakiem pewności siebie i swoich wartości, opuścił ten świat, pozostawiając po sobie całkiem spory dorobek muzyczny: począwszy od sonat, pieśni, kantat, przez koncerty, balety, a na utworach orkiestrowych kończąc. Francis Poulenc - bo o nim właśnie mowa - był francuskim kompozytorem bez jakichkolwiek studiów muzycznych, ale muzykiem dojrzałym, bo urodzonym "z muzyką w głowie". Słychać to doskonale w dzisiejszym obszerniejszym niż zazwyczaj przykładzie muzycznym - koncercie na organy, kotły i smyczki g-moll. Jakiś czas temu przysłuchiwaliśmy się już podobnej większej formie muzycznej, w której organy odgrywały swoją niemałą rolę - symfonii "mało" organowej Camille'a Saint-Saensa. Dzisiejszy koncert jest jednak zupełnie inny. Tu da się słyszeć, że to właśnie organy wiodą prym przed orkiestrą, że to dzieło właśnie stworzone jest dla nich. We wspomnianej symfonii organy są jakby wtopione w orkiestrę, co jakiś czas wychylając delikatnie piszczałkę, no góra kilka piszczałek zza przysłowiowego rogu. U Saint-Saensa organy w całej kompozycji właściwie brzmią jednakowo, z podziałem na cicho lub głośno. U Poulenca co chwilę zmieniają barwę i swój charakter. Raz przebijają się przez kotły potężnym rykiem wszystkich dostępnych głosów, żeby za chwilę cichutko wykonać solową partię, dającą jednocześnie grającemu możliwość pokazania możliwości zarówno swoich, jak i instrumentu. Delikatnie wybijają się nieco chrapliwym brzmieniem języków ponad delikatnie płynącą partię smyczków. Przez takie właśnie zmiany brzmień i sposobu rejestracji instrumentu (sugerowane przez samego Maurice Duruflé, który to nawiasem mówiąc sam w 1938 roku zasiadł przy kontuarze organów podczas prawykonania tego dzieła), połączone ze specyficzną dla tamtych czasów francuską harmonią, odnosi się wrażenie, że bierzemy udział w jakiejś niesamowitej opowieści. I tak de facto jest. Ten ogrom żywiołowości i emocjonalności, zmiany nastroju i charakterystyczny klimat jaki Poulenc buduje w tym niemałym przedsięwzięciu muzycznym, są doskonałym odzwierciedleniem stanu jego duszy, nękających go ciągle wątpliwości i towarzyszących jego życiu wydarzeń: utraty swojego życiowego partnera, czy też swojego religijnego powrotu do chrześcijaństwa. Przez sporą część utworu daje się słyszeć charakterystyczny niepokój, jakby wyczekiwanie czegoś niewiadomego, może nadchodzących czasów wojny. Słuchacz pozostaje z taką niewiadomą do samego końca. Słysząc na koniec delikatne smyczkowe staccato sugerujące odliczanie czasu i wieńczące dzieło gwałtowne uderzenie w kotły, odnosi się wrażenie, że opowieść, w której się uczestniczy jeszcze się nie skończyła. Dlaczego? Może dlatego, że każda następna sekunda, minuta, czy dni zbliżające nas do pewnego końca, są dla nas jedną wielką niewiadomą, której nikt nie jest w stanie odgadnąć, czy przewidzieć?
Taka jest moja aktualna interpretacja, którą dzielę się dzisiaj z Wami. Zapewne mniej lub bardziej zgodna z Waszymi, ale też taka, która w miarę bardziej uważnego wsłuchiwania się w ten utwór będzie prawdopodobnie ewoluowała. Poulenc doskonale maluje na tym muzycznym płótnie wystarczająco duży i zróżnicowany obraz, że każdy może wyczytać z niego coś zupełnie innego, być może wręcz kontrastującego z przytaczaną przeze mnie wszechobecną niepewnością (bo są przecież momenty piękne, zwiewne, skoczne, przepełnione pozytywnymi emocjami). I to właśnie mnie urzekło i stanowi moim zdaniem o wielkości tej muzyki. Polecam!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koncert. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koncert. Pokaż wszystkie posty
środa, 30 stycznia 2013
czwartek, 18 października 2012
Charakterystyka tonacyi cz. 7 - "Obrażające s[m]arkanie"
H-moll jest niejako tonem cierpliwości, spokojnego wyczekiwania, zdania się na Opatrzność Bożą. Dlatego też skarga jego jest łagodną i nie przechodzi nigdy ani w obrażające sarkanie, ani nieznośne kwilenie. Aplikatura tonu tego jest we wszystkich instrumentach trudną, stąd też mało mamy w nim sztuk pisanych.
Tak oto rozpoczynamy kolejną wyprawę w świat tonacyj, dzisiaj ze względu na ogólne zmęczenie materiału, do pewnego wyrazu z opisu magicznie dokleiła mi się jedna litera, czyniąc ten świat cudownie zasMarkanym. Powyższą charakterystykę czytałem chyba dwa razy i za każdym razem zastanawiałem się, dlaczego jej autor ni stąd, ni zowąd przytacza nagle jakieś obrażające smarkanie. Co też jakiś katar może mieć wspólnego z tonacją h-moll? No i zaczęło się moje dociekanie. Pierwszy na tapetę poszedł koncert h-moll Johanna Gottfrieda Walthera, a właściwie Vivaldiego:
Rzeka łez spływała po twarzy Walthera siedzącego w rogu pokoju, w którym zwykł przebywać zawsze wtedy, kiedy miał ochotę doznawać duchowych uniesień. Najciemniejsza część domu sprzyjała rozmyślaniu nad sensem życia, wsłuchiwaniu się w każdą nutę, doszukiwaniu się Boga w każdej frazie: własnej lub jak było w tym przypadku kolegi po fachu. Wszystkim niepamiętającym tamte czasy przypomnę tylko, że wtedy nie znano jeszcze takich wynalazków jak gramofon, magnetofon, odtwarzacz CD, czy jakże przydatne w kwestii niewkurzania małżonki słuchawki. Wtedy muzykę wynosiło się z sali koncertowej zaszufladkowaną z tyłu głowy, a odsłuch polegał na sięgnięciu swą pamięcią w odpowiednią szufladkę z wirtualną płytą BD (od Brain Disc), nagraną z udziałem publiczności w wersji LIVE. Walther będąc kuzynem pana Jana z najbardziej na świecie muzycznie uzdolnionej rodziny na literę "B", przez to właśnie spowinowacenie nie miał problemów z uruchamianiem muzycznej machinerii w swojej głowie (podejrzewam, że spora część ludzi żyjąca w tamtych czasach nie miała z tym problemu, gdyż po prostu nie było innego wyjścia). Siedział więc wygodnie w swym fotelu przywołując usłyszany wcześniej koncert Antonia i przeżywał szlochając. Smarkanie roznoszące się po całym domu nie miało końca. Był to jednak płacz wzruszenia, żadne tam nieznośne kwilenie. Krzątająca się po domu małżonka, która mądrą kobietą była, bardzo często musiała przywoływać go w takich sytuacjach do psychicznego pionu. Uczyniła to i tym razem mówiąc: "weź się już tak nie maż, okaż trochę cierpliwości, zdaj się na Bożą Opatrzność, chwyć pióro i mimo trudnej aplikatury hamola napisz ten koncert na organy tak, by wszyscy zwykli ludzie również mogli usłyszeć i poznać jego piękno w kościele". Licząc się z jej zdaniem wziął się do roboty i w kilka chwil przy pomocy jednego pióra, trzech kluczy i trzech pięciolinii, powołał do nowego życia wszystkie wykorzystane przez Antoniego instrumenty, ale już w sposób umożliwiający zaprezentowanie ich za sprawą tylko jednego człowieka - organisty.
I uczynił to doskonale, nieprawdaż? Kwintesencja barokowej muzyki zamknięta w jednym instrumencie, a i wykonanie oraz brzmienie instrumentu na zaprezentowanym przeze mnie przykładzie nie pozostawiają nic do życzenia. W tym momencie można zgodzić się więc z autorem opisu tonacji (przymykając oczywiście oko na obrażające smarkanie), że dużo tu skargi, ale jak słusznie zauważył autor utrzymanej w łagodnej wymowie. I wszystko byłoby nadal takie piękne, gdyby nie kolejny utwór wzięty na warsztat - Toccata h-moll Eugène Gigout:
Czy słyszycie tutaj ową łagodność i cierpliwość mające charakteryzować tonację h-moll? Ja mam wręcz odwrotnie. Kiedy u Vivaldo-Walthera słychać to było doskonale, w tym przypadku do mojej głowy uderza raczej cały ogrom skarg i rozpaczliwego kwilenia. Nie potrafię spokojnie wyczekiwać finału, chciałbym żeby ta nawałnica czym prędzej się skończyła. Szczęśliwie tylko, że w tym przypadku jest to finał zwieńczony gromkim H-dur (nawiasem mówiąc najbardziej "rozstrojonym" tonem w mojej prywatnej charakterystyce tonacji). Jedno się tylko zgadza - moje oczy narażone na niesamowity podmuch wiatru wywołany wspomnianą nawałnicą, podobnie jak u Walthera zachodzą łzami, a to już tylko krok od obraźliwego s[m]arkania. No to jeszcze raz z dodatkową promocją młodych talentów:
Teraz to moje s[m]arkanie sięga zenitu, a do objawów zewnętrznych dołączyła w finale utworu dodatkowo gęsia skórka. Ciekawe czy domyślacie się, co ją spowodowało? Ale to temat na zupełnie osobny wpis o doznaniach raczej niezwiązanych z tonacjami a przestrzenią... choć jak już pewnie zdążyliście się przyzwyczaić, rzeczy z natury ze sobą niezwiązywalne, związuję od ręki. Wyczekujcie zatem wpisu o przestrzennym s[m]arkaniu w tonacji nie-h-moll.
Tak oto rozpoczynamy kolejną wyprawę w świat tonacyj, dzisiaj ze względu na ogólne zmęczenie materiału, do pewnego wyrazu z opisu magicznie dokleiła mi się jedna litera, czyniąc ten świat cudownie zasMarkanym. Powyższą charakterystykę czytałem chyba dwa razy i za każdym razem zastanawiałem się, dlaczego jej autor ni stąd, ni zowąd przytacza nagle jakieś obrażające smarkanie. Co też jakiś katar może mieć wspólnego z tonacją h-moll? No i zaczęło się moje dociekanie. Pierwszy na tapetę poszedł koncert h-moll Johanna Gottfrieda Walthera, a właściwie Vivaldiego:
Rzeka łez spływała po twarzy Walthera siedzącego w rogu pokoju, w którym zwykł przebywać zawsze wtedy, kiedy miał ochotę doznawać duchowych uniesień. Najciemniejsza część domu sprzyjała rozmyślaniu nad sensem życia, wsłuchiwaniu się w każdą nutę, doszukiwaniu się Boga w każdej frazie: własnej lub jak było w tym przypadku kolegi po fachu. Wszystkim niepamiętającym tamte czasy przypomnę tylko, że wtedy nie znano jeszcze takich wynalazków jak gramofon, magnetofon, odtwarzacz CD, czy jakże przydatne w kwestii niewkurzania małżonki słuchawki. Wtedy muzykę wynosiło się z sali koncertowej zaszufladkowaną z tyłu głowy, a odsłuch polegał na sięgnięciu swą pamięcią w odpowiednią szufladkę z wirtualną płytą BD (od Brain Disc), nagraną z udziałem publiczności w wersji LIVE. Walther będąc kuzynem pana Jana z najbardziej na świecie muzycznie uzdolnionej rodziny na literę "B", przez to właśnie spowinowacenie nie miał problemów z uruchamianiem muzycznej machinerii w swojej głowie (podejrzewam, że spora część ludzi żyjąca w tamtych czasach nie miała z tym problemu, gdyż po prostu nie było innego wyjścia). Siedział więc wygodnie w swym fotelu przywołując usłyszany wcześniej koncert Antonia i przeżywał szlochając. Smarkanie roznoszące się po całym domu nie miało końca. Był to jednak płacz wzruszenia, żadne tam nieznośne kwilenie. Krzątająca się po domu małżonka, która mądrą kobietą była, bardzo często musiała przywoływać go w takich sytuacjach do psychicznego pionu. Uczyniła to i tym razem mówiąc: "weź się już tak nie maż, okaż trochę cierpliwości, zdaj się na Bożą Opatrzność, chwyć pióro i mimo trudnej aplikatury hamola napisz ten koncert na organy tak, by wszyscy zwykli ludzie również mogli usłyszeć i poznać jego piękno w kościele". Licząc się z jej zdaniem wziął się do roboty i w kilka chwil przy pomocy jednego pióra, trzech kluczy i trzech pięciolinii, powołał do nowego życia wszystkie wykorzystane przez Antoniego instrumenty, ale już w sposób umożliwiający zaprezentowanie ich za sprawą tylko jednego człowieka - organisty.
I uczynił to doskonale, nieprawdaż? Kwintesencja barokowej muzyki zamknięta w jednym instrumencie, a i wykonanie oraz brzmienie instrumentu na zaprezentowanym przeze mnie przykładzie nie pozostawiają nic do życzenia. W tym momencie można zgodzić się więc z autorem opisu tonacji (przymykając oczywiście oko na obrażające smarkanie), że dużo tu skargi, ale jak słusznie zauważył autor utrzymanej w łagodnej wymowie. I wszystko byłoby nadal takie piękne, gdyby nie kolejny utwór wzięty na warsztat - Toccata h-moll Eugène Gigout:
Czy słyszycie tutaj ową łagodność i cierpliwość mające charakteryzować tonację h-moll? Ja mam wręcz odwrotnie. Kiedy u Vivaldo-Walthera słychać to było doskonale, w tym przypadku do mojej głowy uderza raczej cały ogrom skarg i rozpaczliwego kwilenia. Nie potrafię spokojnie wyczekiwać finału, chciałbym żeby ta nawałnica czym prędzej się skończyła. Szczęśliwie tylko, że w tym przypadku jest to finał zwieńczony gromkim H-dur (nawiasem mówiąc najbardziej "rozstrojonym" tonem w mojej prywatnej charakterystyce tonacji). Jedno się tylko zgadza - moje oczy narażone na niesamowity podmuch wiatru wywołany wspomnianą nawałnicą, podobnie jak u Walthera zachodzą łzami, a to już tylko krok od obraźliwego s[m]arkania. No to jeszcze raz z dodatkową promocją młodych talentów:
Teraz to moje s[m]arkanie sięga zenitu, a do objawów zewnętrznych dołączyła w finale utworu dodatkowo gęsia skórka. Ciekawe czy domyślacie się, co ją spowodowało? Ale to temat na zupełnie osobny wpis o doznaniach raczej niezwiązanych z tonacjami a przestrzenią... choć jak już pewnie zdążyliście się przyzwyczaić, rzeczy z natury ze sobą niezwiązywalne, związuję od ręki. Wyczekujcie zatem wpisu o przestrzennym s[m]arkaniu w tonacji nie-h-moll.
poniedziałek, 13 czerwca 2011
Charakterystyka tonacyi cz. 6 - "Czynność z NIE na końcu"
C-dur jest tonem zupełnie czystym, bez cechy, bez barwy, służy też do oddania niewinności, prostoty, naiwności, jakby niemowląt mowy.Babcia mojej żony często powtarzała swoim wnukom: "dłuższe czekanie, lepsze śniadanie". Wiadomo, że dzieciom mówiono o śniadaniu, jako najważniejszym posiłku w ciągu całego dnia, ale wszyscy trochę doroślejsi i bardziej zorientowani w jego miejsce wstawiali zupełnie inną czynność kończącą się na "nie", a zaczynającą na... No właśnie, to od czego się ta czynność zaczynała zależy tylko od okoliczności.
Dłuższe czekanie mamy (macie) już za sobą (bo zasłużony odpoczynek przecież mi się należał), pora więc na odpowiednie okoliczności, żeby poznać czynność z "nie" na końcu. Za materiał pomocniczy posłuży trzyczęściowy koncert organowy C-dur autorstwa pana Corrette, w dodatku Michała:
Część pierwsza: Allegro
Wiosna w pełni. Życie budzi się z zimowego marazmu. Słońce mocniej operuje, rozkwitają pąki kwiatów, zawiązują się owoce, ptaki radośniej drą swoje niedawno co przemrożone dzioby - jednym słowem sielanka. W tak pięknych okolicznościach przyrody... i tego... i niepowtarzalnej...* wiele tak zwanych "homo sapiensów" zewsząd atakowanych ogromną ilością pozytywnych bodźców, odkrywa w sobie konieczność dokonania entuzjastycznego porywu w stronę życia przez duże "Ż". Szwung związany z nagle obudzonym uniesieniem nadaje temu życiu przez duże "Ż" kierunek "Amory" - i w cale nie mam na myśli jakiejś miejscowości w naszym kochanym kraju, ani też pieszczotliwego określenia dla amortyzatorów samochodowych. Chociaż prawdę mówiąc z pieszczotami ma to coś wspólnego... Pominiemy teraz etap gonienia się po łące, uścisków na ławce oraz wszystkich serenad wyśpiewywanych pod oknami oblubienic i zajmiemy się wreszcie czynnością z "nie" na końcu...
Część druga: Andante
A tu niespodzianka. Zamiast piorunów z nieba, których co poniektórzy pewnie wyczekiwali, delikatna i zwiewna, przepełniona prostotą czy też wspomnianą w opisie tonacji naiwnością melodia, doskonale posłuży nam za cieniutki kocyk, którym jedną ręką nakryjemy czynność z "nie" na końcu a drugą zgasimy światło. Albo krócej mówiąc (oczywiście sugerowaną w opisie mową niemowlaka): bla bla bla...
Część trzecia: Allegro
Kto nie załapał albo wspomniany przed chwilą "kocyk milczenia" okazał się za gruby, ten ciapa i teraz trudno mu będzie odnaleźć się w końcowej opowieści, która kończy się słowami: "... i żyli już we trójkę długo i szczęśliwie".
* cytat z filmu "Rejs"
Subskrybuj:
Posty (Atom)

