Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Popławski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Popławski. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 marca 2016

Zwycięzca śmierci



Chrystus Zmartwychwstał! Prawdziwie Zmartwychwstał!
A za wszelką zbędną treść niech posłuży muzyka:






piątek, 4 marca 2016

Organy - naturalnie

Znowu mała przerwa w dostawie organowych uniesień, ale dziecię się nam narodziło, więc święta po Świętach w mojej rodzinie. Wybaczycie mam nadzieję, że wciąż nie udaje mi się naciągnąć danych nam na dzień 24 godzin o choćby jedną dodatkową chwilę. Ale obiecuję poprawę i zwiększę transfer organowych danych między nadawcą a odbiorcą.

Dzisiaj mało tekstu, ale za to więcej muzyki. Wiele razy udowadniałem Wam, że organy to król instrumentów. I raczej nie było z tym faktem problemu, każdy kto choć trochę zaprzyjaźnił się z tym instrumentem potrafi dostrzec jego wielkość i możliwości. Nie inaczej będzie w przypadku dzisiejszego tematu. Pokażę Wam bowiem, że organy to także wspomniany król nie tylko dlatego, że potrafi naśladować właściwie każdy instrument muzyczny, ale także dlatego, że świetnie odnajduje się też w naturze, a zwłaszcza w roli jej imitatora. W dużej mierze leży to oczywiście w kwestii grającego, ale bez możliwości instrumentu, nic by z tego nie wyszło. Zacznijmy od najpopularniejszego zwierzęcia kojarzącego się z lasem i naturą - kukułki. Tu przykładów od groma:





W doskonale chyba wszystkim znanym duecie ze słowikiem (i towarzyszeniem kilku innych instrumentów):



No to czas na wiewiórkę (i odrobinę naturalnego kaszlu słuchaczy):



Trochę deszczu i burzy:



Na koniec coś "oszałamniającego" - idziemy do lasu, a tam wszystko co w naturze, od dobrze znanej nam już kukułki, przez przelatujące owady, wiejący wiatr, aż po grzmienie burzy gdzieś w oddali. A wszystko to spięte Beethovenem. Krótkie cudo natury szanownego Pana Popławskiego, nie raz już tutaj prezentowanego:



A zatem organy? Naturalnie!

wtorek, 21 stycznia 2014

Organowe szczytowanie

Dzisiaj będzie mowa o szczytach, szczytowaniu i zaszczytach. Zacznijmy od tych pierwszych. Jest ich chyba nieskończona ilość, bo można mówić na przykład o szczycie siły: tak ścisnąć złotówkę, żeby mówiąc delikatnie orzełek pobrudził się swoimi odchodami, albo o kulinarnym szczycie cierpliwości: kazać mężowi wyciskać cebulę przez zgniatacz do czosnku (ukłony w stronę Żony)... Każdy z nas osiągnął, a jeżeli jeszcze nie, to z pewnością kiedyś taki szczyt osiągnie. Ja robię to dzisiaj prezentując Wam organowy szczyt udawania Greka: nie pisać nic przez kilka miesięcy na popularnym (tu szczyt samopochwały) blogu organowym i udawać, że się nic nie stało. A więc, co u Was? Jak życie po Świętach i już w Nowym Roku?

W zręczny sposób przechodzimy do drugiego tematu - organowego szczytowania. Takowe można osiągnąć na wiele sposobów, ale ja pomogę Wam dzisiaj raczej tylko w jego muzycznym wymiarze. Wypadłem może z obiegu pisania, ale nigdy ze słuchania. Przez ten cały okres przewinęło się przez moje uszy całkiem sporo materiału - tego najlepszego, lepszego i trochę gorszego. Zaprezentuję dzisiaj tylko trzy wycinki z tego zestawu, ale za to jakże zróżnicowane. Ten pierwszy posłuży jako typowy przykład połączenia organowego szczytu bezczelności ze szczytowaniem i zaszczytami: tak bezczelnie dobrze grać na organach, prezentując swój bezczelnie Boski talent, wyczucie oraz harmonię duszy i dźwięków, żeby wszystkim słuchającym opadały na ziemię szczęki, kolana lub inne części ciała, zmuszając ich do nieustannego schylania się i ich podnoszenia, oddając przy tym ukłony zaszczytu. Okres jeszcze taki trochę poświąteczny więc nie mam oporów, żeby nie pierwszy już raz na tym blogu zaprezentować Wam Pana Arkadiusza Popławskiego (jak tak dalej pójdzie, trzeba będzie założyć jakąś specjalną kategorię lub dział...):



Podnosimy się z kolan, ale tylko na chwilę i przechodzimy do włoskiego przykładu makaronowego szczytu organowego: skomponować taki kawałek, żeby słuchaczowi zachciało się rosołu z makaronem... Hmmm... Jak widzicie u mnie niewiele się zmieniło, a więc do rzeczy. Włoszczyznę i makaron do tegoż rosołu za sprawą kompozytora rodem z Italii Giuseppe Gherardeschi'ego mamy zapewnioną... z natury. Teraz jeszcze kurak... Ja nie dam rady? Proszę. Rondo pana "Dziuzeppe" to nic innego jak tylko wiejska sielanka, słoneczko operuje, a ptactwo nielotne przechadza się po zielonej, jeszcze niewydeptanej, świeżo wyrośniętej, czekającej na wyskubanie trawki. Słyszycie jak sobie radośnie podskakują i gdakają? Ale jak to zwykle w życiu bywa taka idylla nie może trwać wiecznie, więc i tu nad jednym z kuraków zawisa widmo toporka. Słońce przykrywają chmurki, zrywa się wiatr a zza rogu wyłania się postać jakiegoś powiedzmy pulardowskiego mordercy. Spokojnie. Obraz mordu pan "Gerardeszi" cudownie ocenzurował pozostawiając słuchacza w sielance... i na rosołowym głodzie:



Wracamy do pozycji klęczącej z rękami rozpostartymi w geście poszukiwania szczęk tudzież czapek, które pospadały z głów podczas słuchania kolejnego majstersztyku. Jakże mogłoby w tej kategorii zabraknąć mojego Tona Koopmana i jego równie niezliczonej liczby organowych szczytów. Oto przykład na szczyt zabawy z komercją w świecie muzyki klasycznej: tak zagrać toccatę i fugę BWV565, żeby choć na jednym internetowym zakurzonym blogu móc zostać okrzykniętym organowym hipsterem (szczyt tego zaszczytnego tytułu osiąga pan Koopman moim zdaniem dokładnie w szóstej minucie i pięćdziesiątej dziewiątej sekundzie utworu). Ach jak przyjemnie jest móc znowu nacieszyć ucho tym organowym sucharem, tym organowym kotletem mielonym odgrzewanym wszędzie i przez wszystkich. Od dzisiaj zmieniam front. Gdy ktoś się mnie zapyta: czy impreza bez BWV565 może się udać, odpowiem: nie może! Ale moment, nie radujcie się przedwcześnie, bo mam warunek: wodzirejem musi być świetnie rozumiejący "fenomen" tego utworu Koopman, który w każdej sekundzie swojej gry doskonale robi wszystkich w trąbę. Uwielbiam takie organowe bambuko, po którym zagorzali fani i "znawcy" wychodzą, a ja jako jedyny, albo jeden z nielicznych wstaję i rozwiąźle biję brawo na stojąco. Posłuchajcie:



Krąży po internecie pewien szczyt fantazji: położyć się w kałuży, wsadzić pióro w tyłek i udawać żaglówkę. Ja życzę Wam jednak takiego oto szczytu fantazji: osiągnąć taki poziom absurdu, żeby jeszcze spróbować tu wrócić. Ukłony.

środa, 4 września 2013

Paranoja hipertranscendentalna

Do grudnia pozostało jeszcze trochę czasu, ale muzyczna bielska śmietanka miała przedsmak zimy już w wakacje. Trzykrotnie została zaszczycona obecnością pana Roberta Grudnia - jak możemy przeczytać na stronie artysty - znanego lubelskiego muzyka, solisty, producenta prestiżowych koncertów, spektakli i festiwali muzycznych, jednego z najchętniej zapraszanych koncertujących organistów w Polsce. I to ostatnie jak widać w przypadku mojego miasta by się zgadzało. Pana Roberta miałem już okazję słyszeć wcześniej, ale wtedy postanowiłem publicznie nie komentować moich przemyśleń na temat raczej komercyjnego występu z panem Agratiną. Z zamysłem zaznania potęgi muzyki organowej płynącej z tak pięknego i dobrze mi przecież znanego instrumentu, wybrałem się na pierwszy z trzech występów pana Grudnia. Kiedyś coś kazało mi milczeć. Teraz po ostatnich doznaniach z bielskiej katedry coś jednak zmusza mnie do wypowiedzenia kilku zdań na temat występu. O ile na przykład Purcell zagrany jakby z pamięci (choć z wyraźnymi jej zanikami), Ave Maria Schuberta zinterpretowana w zupełnie dziwaczny sposób i w dziwacznym tempie, Chopin z koszmarną artykulacją zagrany na bis zupełnie mnie nie poruszyły, o tyle już tańce pochodzące z Tabulatury Jana z Lublina chwilowo zaspokoiły mój ogromny niedosyt. Takie właśnie przeskoki ze strefy kiczu, jakby konieczności odbębnienia standardów, do całkiem przyjemnych rozwiązań brzmieniowych i ciekawych wykonań zupełnie mnie dezorientowały. Moje zagubienie w odbiorze ostatecznie wzmogły autorskie, jak ja to nazywam jednokopytne*, niezbyt wyrafinowane i raczej nieciekawe kompozycje pana Roberta. Zaniepokojony swoimi odczuciami po koncercie, zupełnie sprzecznymi - jak to zwykle w moim przypadku bywa - z odbiorem bielskiej publiczności, która jak zauważyłem ma w zwyczaju nagradzanie owacjami na stojąco każdy występ, niezależnie od jego poziomu artystycznego, postanowiłem poszperać trochę w internecie w poszukiwaniu jakiegoś dowodu na to, że może był to zły dzień pana Roberta, że może coś nie tak było z instrumentem, czy że wreszcie coś rozstroiło mój wbudowany odbiornik. Oczekiwałem nagrań artysty, w których przekaz i walory muzyczne, których tak brakowało mi po koncercie w bielskiej katedrze byłyby jasne, czytelne i na pierwszym miejscu. Znalazłem jednak nagrania, które pokazały mi, że taka mizeria artystyczna to swego rodzaju standard towarzyszący występom pana Roberta. Potwierdzenie znalazłem także w komentarzach innych słuchaczy, w znacznej większości brzmiących mniej więcej tak: "Nie ma to jak całoroczne koncerty Grudniowe gdzie się da i na czym da, albo kuriozalna transkrypcja utworu nie z tej epoki na instrumencie nie z tej epoki. Epokowe dokonanie od'tfu'rcze.", "'Organista' kompletnie ignoruje naturę instrumentu, na jakim ma grać.", "Pitupitupitupitu, improwizatorko-kompozytorska słabizna na miarę uczniaka.", "Bezsensowny gniot, improwizacja/utwór godna amatora! Widać po minie Pendereckiego, jak się zastanawia: co ja do cholery robię w tym cyrku...", "Po co ten internet zaśmiecać takimi przygłupiastymi pomysłami? Nie chodzi tylko o Chopina i o organy, ale o jakiś elementarny szacunek dla samych siebie... Dla mnie zdecydowanie ta mała dawka jest już niestrawna". Pełen szczerych chęci chciałem znaleźć to COŚ w interpretacjach i kompozycjach pana Grudnia, ale nie udało mi się. Może tak jest kiedy się człowiek nasłucha innych kompozycji będących zupełnymi przeciwieństwami takich (i tu również cytat) "Paranoi hipertranscendentalnych", którymi swoją publiczność raczy pan Robert. Może ta publiczność nie ma dostępu do internetu, albo w przeciwieństwie do mnie boi się wyrazić swoje zdanie. Ja w tym miejscu z publiczności tej niestety się wypisuję - mam do tego takie samo prawo, jak ci, którzy w niej są i zapewne pozostaną, bo gust i wymagania słuchacza względem artysty to bardzo indywidualna sprawa. Mój indywidualny odbiornik nastrojony jest jednak na odbiór muzyki oddalonej o 180 stopni, na przykład takiej:





* jednokopytne - w skrócie wszystko grane na jedno kopyto

piątek, 29 marca 2013

Droga Krzyżowa malowana dźwiękiem

Dzisiaj krótko: zapraszam na niesamowitą, zaskakującą, niepowtarzalną, natchnioną i wymowną MUZYKĘ organową. Karmię się nią od jakiegoś czasu i coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że po prostu zbędne będą tu wszelkie komentarze, pochwały, czy słowa uznania. Po prostu wystarczy oddać się tej sztuce i czerpać. Panie i panowie, czapki z głów!

czwartek, 10 stycznia 2013

Globalnie ocieplony klimat Świąt

Pamiętacie jeszcze czasy, kiedy to wszyscy straszyli nas tak zwaną dziurą ozonową? Jeden z prześmiewczych serwisów internetowych głosi nawet, że używanie dezodorantów mogło zdaniem naukowców oraz wielu ministrów środowiska powodować niebezpieczne przyciąganie tejże dziury. A ta będąc wielką, czarną i w dodatku pachnącą Domestosem potrafiła wciągać i pożerać ludzi, którzy nadużywali tego wspaniałego wynalazku poprawiającego stan tak zwanej higieny osobistej. Więc mieliśmy czasy, w których na przykład jazda zatłoczonym autobusem była trochę bardziej niekomfortowa niż aktualnie. Byli jednak zatwardziali zwolennicy stosowania dezodorantów na przekór sugestiom naukowców i to zapewne przez nich nastały kolejne czasy z tak zwanym efektem cieplarnianym. Efektem tego efektu jest znowuż straszenie przez ekologów z całego świata teorią, że to właśnie ten efekt przyczyni się do zagłady ludzkości, a nie tam jakieś kończące się kalendarze Majów. Jak do tego dołożymy jeszcze globalne ocieplenie klimatu, to w rezultacie możemy się spodziewać na przykład samoistnie wykluwających się jajek w lodówce, czy niekontrolowanych wypływów magmy z kanalizacji. Są na szczęście pozytywne aspekty: nie trzeba będzie używać tosterów, piekarników, czy elektrycznych grillów (grilli jeśli ktoś woli). To przecież niesie za sobą oszczędność prądu, która obok nieużywania dezodorantów niebagatelnie wpływa na zmniejszenie dziury ozonowej, efektu cieplarnianego, czy jak ktoś chce również globalnego ocieplenia.

W samym środku tego błędnego koła chciałem Wam umilić jeszcze jedną wadę wynikającą z tego nieustannego ocieplenia - kolejne Święta bez śniegu. Jak wszędzie, tak i tu utworzyły się zapewne dwa obozy rodaków: jedni zadowoleni, gdyż nie musieli się przejmować złymi warunkami na drogach podczas rodzinnych świątecznych wyjazdów. Drudzy źli i zmierzli, bo nie mogli sobie poskrzypieć butami idąc przed północą na Pasterkę, twierdząc przy tym ogólnie, że to kolejne Święta bez klimatu. A ja im na to - klimat jest zawsze, nawet jeśli jest nieco globalnie ocieplony. Wystarczy po prostu chcieć. Na przykład tak, jak chce się Panu Arkadiuszowi Popławskiemu umilać słuchaczom te trudne chwile Świąt bez śniegu (a poniższy przykład to tylko jeden z wielu dowodów na to, że nie są to tylko czcze słowa, lecz fakty poparte dodatkowo moim dwukrotnym osobistym doświadczeniem tego "chcenia" Pana Arkadiusza). Na początku tego Nowego Roku życzę więc wszystkim, żeby właśnie tak się nam chciało chcieć przez cały rok!