Znowu mała przerwa w dostawie organowych uniesień, ale dziecię się nam narodziło, więc święta po Świętach w mojej rodzinie. Wybaczycie mam nadzieję, że wciąż nie udaje mi się naciągnąć danych nam na dzień 24 godzin o choćby jedną dodatkową chwilę. Ale obiecuję poprawę i zwiększę transfer organowych danych między nadawcą a odbiorcą.
Dzisiaj mało tekstu, ale za to więcej muzyki. Wiele razy udowadniałem Wam, że organy to król instrumentów. I raczej nie było z tym faktem problemu, każdy kto choć trochę zaprzyjaźnił się z tym instrumentem potrafi dostrzec jego wielkość i możliwości. Nie inaczej będzie w przypadku dzisiejszego tematu. Pokażę Wam bowiem, że organy to także wspomniany król nie tylko dlatego, że potrafi naśladować właściwie każdy instrument muzyczny, ale także dlatego, że świetnie odnajduje się też w naturze, a zwłaszcza w roli jej imitatora. W dużej mierze leży to oczywiście w kwestii grającego, ale bez możliwości instrumentu, nic by z tego nie wyszło. Zacznijmy od najpopularniejszego zwierzęcia kojarzącego się z lasem i naturą - kukułki. Tu przykładów od groma:
W doskonale chyba wszystkim znanym duecie ze słowikiem (i towarzyszeniem kilku innych instrumentów):
No to czas na wiewiórkę (i odrobinę naturalnego kaszlu słuchaczy):
Trochę deszczu i burzy:
Na koniec coś "oszałamniającego" - idziemy do lasu, a tam wszystko co w naturze, od dobrze znanej nam już kukułki, przez przelatujące owady, wiejący wiatr, aż po grzmienie burzy gdzieś w oddali. A wszystko to spięte Beethovenem. Krótkie cudo natury szanownego Pana Popławskiego, nie raz już tutaj prezentowanego:
A zatem organy? Naturalnie!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Händel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Händel. Pokaż wszystkie posty
piątek, 4 marca 2016
wtorek, 26 kwietnia 2011
Śrub śrub śrub
W ostatnim czasie tematy pojawiające się na blogu stały się bardzo powiązane z ważnymi dla mnie wydarzeniami, do których z całą - ogromną - pewnością zaliczę również to. Długo zastanawiałem się, czy w ogóle pisać cokolwiek w tej kwestii ponieważ sam temat, a przede wszystkim biznes, jaki na pojawiające się hasło "ślub" automatycznie się tworzy, powoduje u mnie efekt raczej... odwrotny. Postanowiłem jednak podzielić się z Wami swoimi odczuciami, by po pierwsze nadrobić blogowe zaległości, a po drugie chociaż trochę ulżyć sobie w codzienności przedślubnej. Dlaczego jest ona taka trudna? Otóż na każdym kroku trzeba uważać na nazwijmy to "ślubne hieny", które czyhają na biednych prawie zaślubionych, by przykręcić im "śrub śrub śrub" taką właśnie finansową śrubkę i znacznie uszczuplić wypchane przecież po brzegi portfele - nikt nie zakłada, że ktoś pragnie zawrzeć związek małżeński z ukochaną osobą nie dla tych wszystkich ciuchów, kwiatów, "Ave Marii", wesel i innych wystawności, że o modnym w ostatnim czasie wklejaniu swoich ślubnych zdjęć na "fejsbukach" nie wspomnę. Oto kilka autentyków ilustrujących jak wygląda proces o wdzięcznym tytule "śrub, śrub, śrub":1. Sklep z garniturami:
- W czym mogę pomóc?
- Poszukuję prostego, normalnego, raczej taniego garnituru. Może coś z tych?
- A na jaką okazję?
- Ślub. ("śrub, śrub, śrub")
- O nie! Proszę pana, tych garniturów nie może pan oglądać! [bo za tanie] To są garnitury robocze! [zapewne będzie to odgrywało ogromną rolę podczas najważniejszej dla nas samej ceremonii] Proszę zobaczyć te, świetny materiał prawda?
2. Kwiaciarnia:
- Chcieliśmy taki prosty bukiet z tylu a tylu tulipanów.
- Proszę bardzo, żaden problem, przygotujemy taki za ok. 50 złotych. A na jaką to okazję?
- Ślub. ("śrub, śrub, śrub")
- A to musimy mieć więcej czasu. To nie można tak byle jak. Bukiety ślubne [które niczym nie różnią się od normalnych, przynajmniej wg. naszych założeń] kosztują ok. 150 złotych.
3. Kancelaria parafialna I:
- Proszę o wszelkie dokumenty niezbędne do zawarcia związku małżeńskiego w innej parafii.
- [pomijam gesty i parsknięcia pani z kancelarii, będące wyrazem ewidentnego niezadowolenia, że owieczki uciekają do innej zagrody i tam postanawiają złożyć "dobrowolną" ofiarę] Ksiądz proboszcz ustalił cennik. I tak za akt chrztu, bierzmowania oraz przekaz pobierana jest opłata 80 złotych. ("śrub, śrub, śrub")
4. Kancelaria parafialna II:
- No to terminy i wszystkie kwestie mamy załatwione.
- Cieszymy się bardzo.
- To teraz państwo chcieliby pewnie złożyć "dobrowolną" ofiarę. Przyjęło się w naszej parafii, że jednak ofiara ta wynosi nie mniej niż 500 złotych. ("śrub, śrub, śrub")
Takich przykładów śrubowania można by jeszcze mnożyć, zwłaszcza gdy w grę wchodziłyby wesele, fotograf, kosmetyczka, fryzjer, limuzyna...
Jest jeszcze jedna istotna kwestia związana ze ślubem, która również daje możliwość śrubowania oraz pole do popisu dla wszelkiej maści "fachowców-muzyków". Tak właśnie, muzyka podczas ceremonii, bo o tej weselnej nie będziemy wspominać... Tu pojawia się masa tak zwanych zespołów ślubnych, które swą "grą" uraczą dostojnych gości, no przynajmniej taki mają zamiar. (przykład) A goście przecież nie wyobrażają sobie ślubu bez tych - przepraszam za określenia, które teraz padną - wyświechtanych "marszy Wagnerowsko - Mendelsonowskich", modnych ostatnio motywów Rubikowych w przeróżnych aranżacjach, tudzież wszystkich możliwych "kombinacji AveMaryjnych": z trąbką, skrzypcami, fletem, harfą, piłą śpiewającą i oczywiście organami... marki Casio lub Yamaha. Wszystko (z wyjątkiem Rubika) z powyższego przykładu owszem, może być ładne, bo jest klasyczne, pod warunkiem oczywiście, że zostanie wykonane z klasą i odrobiną gustu.
Moim marzeniem jest jednak wypełnić tę najważniejszą chwilę muzyką nieco mniej "poobijaną" i skrzywdzoną. Wiem także, że rezygnując zupełnie ze "standardów" znacznie naraziłbym się niektórym obecnym gościom, dlatego muszę pójść na jakiś kompromis - wybrać coś, na co ludzie mniej muzycznie zorientowani nie będą się krzywić, ale zarazem coś jak najmniej związanego z etykietką "ślub". W związku z tym chodzi mi po głowie póki co taki oto zestaw "zamienników". Pewnie jeszcze nie raz się zmieni, bo znając życie okaże się, że ciocia Gienia i wujo Stachu mają alergię na Bacha i przecież nie wypada ich aż tak narażać...
niedziela, 8 listopada 2009
Wielojęzyczna sałatka a'la Händel
Wychodząc naprzeciw jesienno - zimowym zapotrzebowaniom na energię, spieszę z przepisem na prostą, ale jakże uniwersalną sałatkę a'la Händel. Oto tylko trzy niezbędne składniki: ombramaifu, gordonka oraz orgulje. No cóż... przyjrzyjmy się zatem bliżej tym składnikom.
Ombramaifu, a właściwie "Ombra mai fu" - brzmi wprawdzie jak nazwa japońskich grzybów, ale to nic innego, jak tylko aria otwierająca operę "Xerxes" i - jak zapewne powiedziałaby spora część dzisiejszej młodzieży - chyba najbardziej znany "kawałek" Jerzego Fryderyka Händla, tytułowany częściej po prostu jako Largo. Znany chyba przez wszystkich, na każdym zakątku naszego globu, wykonywany na wszystkich możliwych instrumentach, we wszystkich możliwych kombinacjach. Jednym dane jest go usłyszeć na ślubach (a biorąc pod uwagę bieżącą modę, kto wie czy także nie podczas rozwodów), innym na pogrzebach. Nie jest wprawdzie najlepszym materiałem na hit wśród dzwonków do telefonów komórkowych (no chyba, że dla totalnych maniaków), ale mimo to spora część ludzkości wałkuje go w kółko, kiedy tylko dopadnie ją chandra lub - dla przeciwwagi - przepełnia radość. W końcu docieramy także do tych, którzy tą muzyką po prostu się bawią i potrafią w niej odnaleźć inspirację. Taki składnik, tego możemy być pewni, uczyni z naszej sałatki dzieło uniwersalne... czyli arcydzieło.
Drugim składnikiem jest gordonka, a to z kolei w języku Węgrów nic innego, jak tylko najbardziej uduchowiony instrument smyczkowy świata - wiolonczela. Idąc tropem kabaretu Mumio zrobiłem małe porównanie, z którego wynika, że "wiolonczela jest instrumentum duży, choć nie tak wielki jak kontrybas. Podobnie jak kontrubas ma wiele elumenti, a najważniejszym elumentu nie jest podstuwak, tylko ślimak". W ten sposób podchwytliwie wracam do tematów kulinarnych: niczym smakowite francuskie ślimaki, boskie dźwięki płynące z wiolonczeli, wolnym ruchem wnikają w nasze uszy, delikatnie muskają wszystkie te nasze kowadełka, młoteczki, strzemiączka i błony, by dotrzeć wreszcie do trąbki Eustachiusza i wypieścić nasze zmysły tak namiętnie, że "mało ....* nie pęknie"!
I wreszcie na sam koniec, niejako wisienka na torcie lądują w naszej sałatce orgulje. A to znowu wymysł językowy Chorwatów, stworzony dla określenia instrumentu, który obok tak zwanych manuałów wyposażony jest zazwyczaj także w "klavijaturu na kojoj se svira nogama". Wiem, że nie muszę dodawać co to za instrument, ale dla niewtajemniczonych dodam jednak, że toż to nasze ukochane "organy piszczałkowate", bez których sałatka nie miałaby właściwego smaku.
Znamy więc już wszystkie składniki. Teraz tylko atiras (czyli po węgiersku transkrypcja), do niej niezbędny kirlaparato (zwykły kuchenny mikser w wydaniu esperanto) i zimowa, uniwersalna, międzynarodowa, odpowiednia na każdą porę dnia i nocy, na każdy rodzaj samopoczucia sałatka wzmacniająca gotowa. Zatem smacznego!
* Autor licząc na zrozumienie (bo tym razem nie będzie to utwór organowy) oraz inwencję i wrażliwość czytelników, zaprasza do wysłuchania poniższego utworu i wstawienia odpowiedniego rzeczownika w miejsce kropek.
** Pragnę także wyprowadzić z błędu czytelników tkwiących w przekonaniu o biegłym czy też jakimkolwiek władaniu przez autora językami węgierskim, chorwackim i esperanto, dziękując za okazaną pomoc Wikipedii.
Ombramaifu, a właściwie "Ombra mai fu" - brzmi wprawdzie jak nazwa japońskich grzybów, ale to nic innego, jak tylko aria otwierająca operę "Xerxes" i - jak zapewne powiedziałaby spora część dzisiejszej młodzieży - chyba najbardziej znany "kawałek" Jerzego Fryderyka Händla, tytułowany częściej po prostu jako Largo. Znany chyba przez wszystkich, na każdym zakątku naszego globu, wykonywany na wszystkich możliwych instrumentach, we wszystkich możliwych kombinacjach. Jednym dane jest go usłyszeć na ślubach (a biorąc pod uwagę bieżącą modę, kto wie czy także nie podczas rozwodów), innym na pogrzebach. Nie jest wprawdzie najlepszym materiałem na hit wśród dzwonków do telefonów komórkowych (no chyba, że dla totalnych maniaków), ale mimo to spora część ludzkości wałkuje go w kółko, kiedy tylko dopadnie ją chandra lub - dla przeciwwagi - przepełnia radość. W końcu docieramy także do tych, którzy tą muzyką po prostu się bawią i potrafią w niej odnaleźć inspirację. Taki składnik, tego możemy być pewni, uczyni z naszej sałatki dzieło uniwersalne... czyli arcydzieło.
Drugim składnikiem jest gordonka, a to z kolei w języku Węgrów nic innego, jak tylko najbardziej uduchowiony instrument smyczkowy świata - wiolonczela. Idąc tropem kabaretu Mumio zrobiłem małe porównanie, z którego wynika, że "wiolonczela jest instrumentum duży, choć nie tak wielki jak kontrybas. Podobnie jak kontrubas ma wiele elumenti, a najważniejszym elumentu nie jest podstuwak, tylko ślimak". W ten sposób podchwytliwie wracam do tematów kulinarnych: niczym smakowite francuskie ślimaki, boskie dźwięki płynące z wiolonczeli, wolnym ruchem wnikają w nasze uszy, delikatnie muskają wszystkie te nasze kowadełka, młoteczki, strzemiączka i błony, by dotrzeć wreszcie do trąbki Eustachiusza i wypieścić nasze zmysły tak namiętnie, że "mało ....* nie pęknie"!
I wreszcie na sam koniec, niejako wisienka na torcie lądują w naszej sałatce orgulje. A to znowu wymysł językowy Chorwatów, stworzony dla określenia instrumentu, który obok tak zwanych manuałów wyposażony jest zazwyczaj także w "klavijaturu na kojoj se svira nogama". Wiem, że nie muszę dodawać co to za instrument, ale dla niewtajemniczonych dodam jednak, że toż to nasze ukochane "organy piszczałkowate", bez których sałatka nie miałaby właściwego smaku.
Znamy więc już wszystkie składniki. Teraz tylko atiras (czyli po węgiersku transkrypcja), do niej niezbędny kirlaparato (zwykły kuchenny mikser w wydaniu esperanto) i zimowa, uniwersalna, międzynarodowa, odpowiednia na każdą porę dnia i nocy, na każdy rodzaj samopoczucia sałatka wzmacniająca gotowa. Zatem smacznego!
* Autor licząc na zrozumienie (bo tym razem nie będzie to utwór organowy) oraz inwencję i wrażliwość czytelników, zaprasza do wysłuchania poniższego utworu i wstawienia odpowiedniego rzeczownika w miejsce kropek.
** Pragnę także wyprowadzić z błędu czytelników tkwiących w przekonaniu o biegłym czy też jakimkolwiek władaniu przez autora językami węgierskim, chorwackim i esperanto, dziękując za okazaną pomoc Wikipedii.
poniedziałek, 31 sierpnia 2009
W rytmie "Antychrysta"
Poprzednim razem po cichu i prawie niezauważalnie przemyciłem pierwszą na blogu transkrypcję organową, rozpoczynając tym samym całą serię takowych. Na pierwszy ogień poszedł Vivaldi. Dzisiaj na tapetę bierzemy bliskiego Vivaldiemu (oczywiście w sensie epokowym) Händla. Ten to rozpocznie kolejną serię, w której organy będą tworzyły drugi plan, tło, czyli po prostu akompaniament.
Od momentu ukazania się na dużym ekranie filmu "Antychryst", niebiańska aria Almireny "Lascia ch'io pianga" z II aktu opery Rinaldo Händla, wszystkim mającym okazję oglądnąć film Larsa von Triera może kojarzyć się zapewne z 4-minutowym czarno-białym majstersztykiem z prologu i epilogu albo z innymi... rzekłbym bardzo "innymi", kontrowersyjnymi scenami z tego trudnego i zapewne nie dla wszystkich zrozumiałego filmu. Ale nie o filmie mowa, a o muzyce. Jeżeli zatem ktoś po oglądnięciu tego filmu odczuwa pewnego rodzaju alergię, niechęć, czy wręcz odrazę do wspomnianej arii, spieszę z muzycznym substytutem lub jak kto woli zamiennikiem. Będzie to - a jakże - wersja z akompaniamentem organowym. W efekcie zastosowania takowego wysłuchamy zgoła innego utworu, który nabierze zupełnie odmiennego od oryginału charakteru. Utworu, który już nie musi kojarzyć się nam przykładowo z (uwaga teraz przytoczę jedną scenę z filmu) łechtaczką obcinaną nożyczkami LIVE.
Wszystkich zainteresowanych niewiedzących odsyłam do filmu a pozostałych do posłuchania innej wersji arii. Zapytacie, czy ta aranżacja jest wersją lepszą? Zapytujcie, bo ja w tym miejscu i tak sprytnie wymigam się od odpowiedzi tradycyjnym: "wszystko to kwestia gustu".
Dla porównania polecam także wersję z oryginalną instrumentacją.
Od momentu ukazania się na dużym ekranie filmu "Antychryst", niebiańska aria Almireny "Lascia ch'io pianga" z II aktu opery Rinaldo Händla, wszystkim mającym okazję oglądnąć film Larsa von Triera może kojarzyć się zapewne z 4-minutowym czarno-białym majstersztykiem z prologu i epilogu albo z innymi... rzekłbym bardzo "innymi", kontrowersyjnymi scenami z tego trudnego i zapewne nie dla wszystkich zrozumiałego filmu. Ale nie o filmie mowa, a o muzyce. Jeżeli zatem ktoś po oglądnięciu tego filmu odczuwa pewnego rodzaju alergię, niechęć, czy wręcz odrazę do wspomnianej arii, spieszę z muzycznym substytutem lub jak kto woli zamiennikiem. Będzie to - a jakże - wersja z akompaniamentem organowym. W efekcie zastosowania takowego wysłuchamy zgoła innego utworu, który nabierze zupełnie odmiennego od oryginału charakteru. Utworu, który już nie musi kojarzyć się nam przykładowo z (uwaga teraz przytoczę jedną scenę z filmu) łechtaczką obcinaną nożyczkami LIVE.
Wszystkich zainteresowanych niewiedzących odsyłam do filmu a pozostałych do posłuchania innej wersji arii. Zapytacie, czy ta aranżacja jest wersją lepszą? Zapytujcie, bo ja w tym miejscu i tak sprytnie wymigam się od odpowiedzi tradycyjnym: "wszystko to kwestia gustu".
Dla porównania polecam także wersję z oryginalną instrumentacją.
Subskrybuj:
Posty (Atom)