H-moll jest niejako tonem cierpliwości, spokojnego wyczekiwania, zdania się na Opatrzność Bożą. Dlatego też skarga jego jest łagodną i nie przechodzi nigdy ani w obrażające sarkanie, ani nieznośne kwilenie. Aplikatura tonu tego jest we wszystkich instrumentach trudną, stąd też mało mamy w nim sztuk pisanych.
Tak oto rozpoczynamy kolejną wyprawę w świat tonacyj, dzisiaj ze względu na ogólne zmęczenie materiału, do pewnego wyrazu z opisu magicznie dokleiła mi się jedna litera, czyniąc ten świat cudownie zasMarkanym. Powyższą charakterystykę czytałem chyba dwa razy i za każdym razem zastanawiałem się, dlaczego jej autor ni stąd, ni zowąd przytacza nagle jakieś obrażające smarkanie. Co też jakiś katar może mieć wspólnego z tonacją h-moll? No i zaczęło się moje dociekanie. Pierwszy na tapetę poszedł koncert h-moll Johanna Gottfrieda Walthera, a właściwie Vivaldiego:
Rzeka łez spływała po twarzy Walthera siedzącego w rogu pokoju, w którym zwykł przebywać zawsze wtedy, kiedy miał ochotę doznawać duchowych uniesień. Najciemniejsza część domu sprzyjała rozmyślaniu nad sensem życia, wsłuchiwaniu się w każdą nutę, doszukiwaniu się Boga w każdej frazie: własnej lub jak było w tym przypadku kolegi po fachu. Wszystkim niepamiętającym tamte czasy przypomnę tylko, że wtedy nie znano jeszcze takich wynalazków jak gramofon, magnetofon, odtwarzacz CD, czy jakże przydatne w kwestii niewkurzania małżonki słuchawki. Wtedy muzykę wynosiło się z sali koncertowej zaszufladkowaną z tyłu głowy, a odsłuch polegał na sięgnięciu swą pamięcią w odpowiednią szufladkę z wirtualną płytą BD (od Brain Disc), nagraną z udziałem publiczności w wersji LIVE. Walther będąc kuzynem pana Jana z najbardziej na świecie muzycznie uzdolnionej rodziny na literę "B", przez to właśnie spowinowacenie nie miał problemów z uruchamianiem muzycznej machinerii w swojej głowie (podejrzewam, że spora część ludzi żyjąca w tamtych czasach nie miała z tym problemu, gdyż po prostu nie było innego wyjścia). Siedział więc wygodnie w swym fotelu przywołując usłyszany wcześniej koncert Antonia i przeżywał szlochając. Smarkanie roznoszące się po całym domu nie miało końca. Był to jednak płacz wzruszenia, żadne tam nieznośne kwilenie. Krzątająca się po domu małżonka, która mądrą kobietą była, bardzo często musiała przywoływać go w takich sytuacjach do psychicznego pionu. Uczyniła to i tym razem mówiąc: "weź się już tak nie maż, okaż trochę cierpliwości, zdaj się na Bożą Opatrzność, chwyć pióro i mimo trudnej aplikatury hamola napisz ten koncert na organy tak, by wszyscy zwykli ludzie również mogli usłyszeć i poznać jego piękno w kościele". Licząc się z jej zdaniem wziął się do roboty i w kilka chwil przy pomocy jednego pióra, trzech kluczy i trzech pięciolinii, powołał do nowego życia wszystkie wykorzystane przez Antoniego instrumenty, ale już w sposób umożliwiający zaprezentowanie ich za sprawą tylko jednego człowieka - organisty.
I uczynił to doskonale, nieprawdaż? Kwintesencja barokowej muzyki zamknięta w jednym instrumencie, a i wykonanie oraz brzmienie instrumentu na zaprezentowanym przeze mnie przykładzie nie pozostawiają nic do życzenia. W tym momencie można zgodzić się więc z autorem opisu tonacji (przymykając oczywiście oko na obrażające smarkanie), że dużo tu skargi, ale jak słusznie zauważył autor utrzymanej w łagodnej wymowie. I wszystko byłoby nadal takie piękne, gdyby nie kolejny utwór wzięty na warsztat - Toccata h-moll Eugène Gigout:
Czy słyszycie tutaj ową łagodność i cierpliwość mające charakteryzować tonację h-moll? Ja mam wręcz odwrotnie. Kiedy u Vivaldo-Walthera słychać to było doskonale, w tym przypadku do mojej głowy uderza raczej cały ogrom skarg i rozpaczliwego kwilenia. Nie potrafię spokojnie wyczekiwać finału, chciałbym żeby ta nawałnica czym prędzej się skończyła. Szczęśliwie tylko, że w tym przypadku jest to finał zwieńczony gromkim H-dur (nawiasem mówiąc najbardziej "rozstrojonym" tonem w mojej prywatnej charakterystyce tonacji). Jedno się tylko zgadza - moje oczy narażone na niesamowity podmuch wiatru wywołany wspomnianą nawałnicą, podobnie jak u Walthera zachodzą łzami, a to już tylko krok od obraźliwego s[m]arkania. No to jeszcze raz z dodatkową promocją młodych talentów:
Teraz to moje s[m]arkanie sięga zenitu, a do objawów zewnętrznych dołączyła w finale utworu dodatkowo gęsia skórka. Ciekawe czy domyślacie się, co ją spowodowało? Ale to temat na zupełnie osobny wpis o doznaniach raczej niezwiązanych z tonacjami a przestrzenią... choć jak już pewnie zdążyliście się przyzwyczaić, rzeczy z natury ze sobą niezwiązywalne, związuję od ręki. Wyczekujcie zatem wpisu o przestrzennym s[m]arkaniu w tonacji nie-h-moll.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą toccata. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą toccata. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 18 października 2012
piątek, 10 lutego 2012
Peżo? Mercedes? Reno!
Z wyborem nowego samochodu jest mniej więcej tak: zanim się ostatecznie wybierze, trzeba się przejechać by wypróbować sprawowanie podczas jazdy, ocenić funkcjonalność i przydatność wyposażenia, określić, czy będzie to Peugeot, Mercedes, czy Renault. Zupełnie podobnie rzecz ma się z wyborem muzyki. My "zrobiliśmy już trochę kilometrów" i wybór tej właściwej - organowej rzecz jasna - mamy już za sobą... A propos Renault, dzisiaj ponownie zaproponuję kolejną zabawę w listę jednego przeboju, tym razem z etykietką "Renaud".
(Pierwsze notowanie listy)
Zanim przejdziemy do głosowania, należy się kilka słów o tym, kim właściwie był pan "Reno". Albert Renaud - był organistą i kompozytorem okresu romantyzmu (1855-1924), który zaistniał na muzycznym rynku właściwie jako kompozytor tylko jednego przeboju - Toccaty d-moll, która będzie stanowiła podstawę dzisiejszej zabawy. Wszystkie krótkie notki biograficzne o nim pisane w języku angielskim głoszą, że był to "pupil" takich osobistości muzyki organowej jak Leo Delibes, Cesar Franck, Charles Gounod i Camille Saint-Saëns. Czy był faktycznie ich pupilem, czy tylko uczniem - trudno stwierdzić. Niemniej jednak nazwiska te świadczą o tym, że pan Albert musiał wykazywać spory talent w sferze muzycznej. Gdyby było inaczej, mógłby zapewne co najwyżej przewracać tym panom kartki.
Oto dzisiejsze propozycje:
WERSJA 1 - "slow"
WERSJA 2 - "medium"
WERSJA 3 - "fast"
Która wersja podobała Ci się najbardziej?
(Pierwsze notowanie listy)
Zanim przejdziemy do głosowania, należy się kilka słów o tym, kim właściwie był pan "Reno". Albert Renaud - był organistą i kompozytorem okresu romantyzmu (1855-1924), który zaistniał na muzycznym rynku właściwie jako kompozytor tylko jednego przeboju - Toccaty d-moll, która będzie stanowiła podstawę dzisiejszej zabawy. Wszystkie krótkie notki biograficzne o nim pisane w języku angielskim głoszą, że był to "pupil" takich osobistości muzyki organowej jak Leo Delibes, Cesar Franck, Charles Gounod i Camille Saint-Saëns. Czy był faktycznie ich pupilem, czy tylko uczniem - trudno stwierdzić. Niemniej jednak nazwiska te świadczą o tym, że pan Albert musiał wykazywać spory talent w sferze muzycznej. Gdyby było inaczej, mógłby zapewne co najwyżej przewracać tym panom kartki.Oto dzisiejsze propozycje:
WERSJA 1 - "slow"
WERSJA 2 - "medium"
WERSJA 3 - "fast"
Która wersja podobała Ci się najbardziej?
piątek, 9 kwietnia 2010
Alleluja i... od tyłu!
Przyszła wiosna, a wraz z nią powód do kichania, łzawienia, smarkania, nieżytów (na szczęście tylko nosa) i temu podobnych wiosennych dolegliwości alergicznych. Kiedy "chwalę" się wszem i wobec moją alergią, słyszę najczęściej dwa rodzaje komentarzy. Jedni mówią po prostu: "no cóż, taki los, musisz nauczyć się z tym żyć". Inni, najczęściej nieco starsi, stawiają natomiast pytanie w stylu: "gdzie tam temu waszemu zurbanizowanemu pokoleniu do tego, które zaznało wojny i które o czymś takim jak alergia w ogóle nie słyszało?". No i mają rację, tylko czy to człowiek ma jakiś wpływ na to, że urodził się tam, gdzie się urodził i nabył to, co nabył?Podobny los, no może z tą tylko różnicą, że występujące objawy są zgoła inne od tych alergicznych, spotyka mnie kiedy mam okazję słuchać sławetnej Toccaty i (najczęściej) Fugi d-moll pana Jana, zwanej - a jakże - arcydziełem muzyki organowej. Przepraszam teraz wszystkich "fanów" tej kompozycji, ale ja nazwałbym ją raczej wytworem pozbawionego własnego gustu społeczeństwa, które omamione opiniami kilku "fachowców", grzęźnie w mieliźnie takich właśnie poglądów, nie potrafiąc samodzielnie odnaleźć w ogromnej skarbnicy dzieł organowych Bacha, chociażby jednego utworu, który prawdziwie by ich wzruszył i wywołał milion razy większe wrażenie niźli wspomniana toccata.
Czasami zastanawiam się, co spowodowało, bądź kto spowodował, że to właśnie ten pierwszy motyw (słynne ozdobniki "ta-da-da" grane w podwójnej oktawie) stał się obok początkowych dźwięków V symfonii Beethovena, najbardziej rozpoznawanym motywem na świecie? Nie ulega wątpliwości, że utwór ten, jak wszystkie skomponowane przez Bacha jest udany, ale dlaczego do licha to on ma być tym, bez którego w mniemaniu większości "prawdziwych muzycznych melomanów", koncert organowy obejść się nie może?
Śmieszą mnie potwornie dyskusje na temat tego, czy wykonawca dobrze wykonał ten, czy inny fragment, czy miał prawo dodać w tym właśnie miejscu ozdobnik, czy mógł tu zwolnić, a tam przyspieszyć, nie mówiąc już o doborze głosów... Nic dziwnego, że takie dysputy mają i pewnie będą miały miejsce nadal. Przecież każda próba przekazania słuchaczowi czegoś innego, świeżego, zaskakującego, w tak "wyświęconym" utworze, który w bliżej nieokreślony sposób wyniesiony został na muzyczne ołtarze, jest niczym innym, jak tylko samobójstwem wykonawcy, próbą targnięcia się na własną muzyczną karierę.
Tytuł posta w kontekście mojej skromnej opinii o tym utworze, powinien wszystkim cierpiącym na tę samą alergiczną dolegliwość, podpowiedzieć pewien sposób na zaprzyjaźnienie się z tym bachowskim samograjem. Niech na koncertach rozbrzmiewają zupełnie inne Toccaty i Fugi, a BWV565 zostawmy właśnie dla dzwonków w telefonach, dla amerykańskich świąt Halloween, gier, filmów fabularnych, czy wreszcie dla wszystkich zagubionych muzycznych sierot naszego globu.
Zatem: Alleluja i... od tyłu!
niedziela, 16 sierpnia 2009
Moje krople Bacha
Zupełnie przez przypadek natknąłem się ostatnio na informację o leczniczych kroplach Bacha, które według ludzi wypowiadających się na ich temat, mają stanowić remedium na zaburzone emocje oraz wypaczone cechy osobowości. Mają pomagać chorym w powrocie do równowagi psychofizycznej. Nie wiem, czy demiurg tychże kropli doktor Edward Bach był w jakikolwiek sposób (poza nazwiskiem oczywiście) powiązany z "naszym Jaśkiem", nie wiem także, czy krople te faktycznie działają leczniczo, ale podobne działanie dostrzegam w "muzycznych kroplach" Jana Sebastiana Bacha, który "wynalazł je" prawie dwa stulecia wcześniej przed Edkiem. I nie będę jedynym przyjmującym takie stanowisko. Wielu bowiem twierdzi, że muzyka mistrza baroku może być niezastąpionym lekarstwem na masę chorób, które dotykają nas zagonionych ludzi XXI wieku. Jeżeli tylko uda nam się odnaleźć odpowiedni dla nas "gatunek kropli" (wybrany utwór bądź ich zestaw) oraz "określoną ilość" (sposób dawkowania), niczym leczniczy balsam mogą ukoić skołatane nerwy, zmniejszyć nasze obawy, zaspokoić niepokoje, usunąć zwątpienie, przygnębienie, etc...
Pozostając w kontekście powyższego spostrzeżenia chcę podzielić się z Wami moim odkryciem - utworem lekarstwem, który to zawsze kiedy tylko dopada mnie - nazwijmy to - gorszy dzień, pozwala choć na chwilę oderwać się od przytłaczających myśli, natłoku spraw i załatwień. Pozwala choć na chwilę wysiąść z pędzącego pociągu oznaczonego tabliczką "rzeczywistość".
Wspomniałem, że na Toccatę i Fugę d-moll (BWV 565) mam uczulenie. To prawda. Na szczęście Bach popełnił jeszcze jedną Toccatę i Fugę d-moll, oznaczoną w katalogu dzieł kompozytora numerem 538 oraz dodatkowo określeniem "dorycka" (to drugie pochodzi od siedmiostopniowej skali muzycznej, którą jeszcze w średniowieczu ktoś mądry wymyślił do celów sakralnych). Dziś z całości zaproponuję Wam tylko monotematyczną, energiczną, napisaną w tonacji d-moll toccatę, w której pewnego rodzaju nienormalnością jest brak bemoli w zapisie określającym tonację, charakterystyczny właśnie dla skali doryckiej. Dzięki niej otrzymujemy niesamowite brzmienie charakteryzujące się zrównoważonym, ale zarazem poważnym i dostojnym charakterem.
To właśnie ten utwór jest dla mnie takim lekarstwem, takimi moimi kroplami Bacha. I w tym przypadku mogę powiedzieć, że bez wątpienia działają one leczniczo. Na efekty od chwili zastosowania (koniecznie głośnego) nie trzeba długo czekać, bowiem już po chwili "pacjent" odczuwa wyraźne cofanie objawów choroby. Można je bezpiecznie stosować zarówno u dorosłych, jak i u dzieci, czy nawet u niemowląt. Jest tylko niestety jeden poważny skutek uboczny - cholernie uzależniają! Ale takiego uzależnienia mogę Wam spokojnie życzyć, co niniejszym czynię.
Pozostając w kontekście powyższego spostrzeżenia chcę podzielić się z Wami moim odkryciem - utworem lekarstwem, który to zawsze kiedy tylko dopada mnie - nazwijmy to - gorszy dzień, pozwala choć na chwilę oderwać się od przytłaczających myśli, natłoku spraw i załatwień. Pozwala choć na chwilę wysiąść z pędzącego pociągu oznaczonego tabliczką "rzeczywistość".
Wspomniałem, że na Toccatę i Fugę d-moll (BWV 565) mam uczulenie. To prawda. Na szczęście Bach popełnił jeszcze jedną Toccatę i Fugę d-moll, oznaczoną w katalogu dzieł kompozytora numerem 538 oraz dodatkowo określeniem "dorycka" (to drugie pochodzi od siedmiostopniowej skali muzycznej, którą jeszcze w średniowieczu ktoś mądry wymyślił do celów sakralnych). Dziś z całości zaproponuję Wam tylko monotematyczną, energiczną, napisaną w tonacji d-moll toccatę, w której pewnego rodzaju nienormalnością jest brak bemoli w zapisie określającym tonację, charakterystyczny właśnie dla skali doryckiej. Dzięki niej otrzymujemy niesamowite brzmienie charakteryzujące się zrównoważonym, ale zarazem poważnym i dostojnym charakterem.
To właśnie ten utwór jest dla mnie takim lekarstwem, takimi moimi kroplami Bacha. I w tym przypadku mogę powiedzieć, że bez wątpienia działają one leczniczo. Na efekty od chwili zastosowania (koniecznie głośnego) nie trzeba długo czekać, bowiem już po chwili "pacjent" odczuwa wyraźne cofanie objawów choroby. Można je bezpiecznie stosować zarówno u dorosłych, jak i u dzieci, czy nawet u niemowląt. Jest tylko niestety jeden poważny skutek uboczny - cholernie uzależniają! Ale takiego uzależnienia mogę Wam spokojnie życzyć, co niniejszym czynię.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
