... zdarza się co cztery lata, czyli raczej rzadko. Z takiej okazji nie mogłem więc nie skorzystać i mimo natłoku różnego rodzaju spraw, musiałem zamieścić mini-posta w przestępny dzień tego roku, który jak się okazuje jest również ważnym dniem dla melomanów muzyki operowej. Dokładnie 29 lutego 1792 roku urodził się bowiem sam Gioacchino Rossini, którego uwerturę do chyba najbardziej znanej opery "Wilhelm Tell" chciałem przy tej okazji zaprezentować. Będzie to oczywiście wersja na organy, ale podobnie jak dzisiejszy dzień bardzo nietypowa - bo na cztery ręce i cztery nogi.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą aranżacje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą aranżacje. Pokaż wszystkie posty
środa, 29 lutego 2012
środa, 14 września 2011
Norweski fol(i)k
Zupełnie absurdalne są miejsca i okoliczności, w których przypominają się nam różne, najczęściej bardzo dawno zasłyszane melodie. Wstajemy sobie przykładowo rano i zupełnie znienacka dopada nas jakaś absurdalna jak na tę porę dnia melodia albo piosenka, która w momencie, gdy mózg zorientuje się co jest grane i zada sobie pytanie: "skąd u licha o tej porze takie coś?", staje się najczęściej zmorą, która będzie nas prześladować cały dzień. Długo będziemy bowiem dochodzić genezy narodzin tego porannego cudeńka w naszej głowie. Znacie to doskonale, nieprawdaż?Tak oto nie dalej jak wczoraj podczas prozaicznej czynności mycia naczyń, dopadł mnie zupełnie niespodziewanie absurdalny w tym momencie, bo w przeciwieństwie do wykonywanej czynności bardzo subtelny, nastrojowy i liryczny motyw pochodzący z drugiej części jedynego koncertu fortepianowego Edwarda Griega. Dlaczego właśnie on i właśnie wtedy? Być może woda lecąca delikatną strużką z kranu skojarzyła mi się z charakterystycznymi pasażami? Może kiedy pierwszy raz usłyszałem ten utwór, jadłem coś z talerza, który swym kształtem i nadrukiem przypominał talerze, które aktualnie posiadam? A może źródło mej reminiscencji leży w najdalej jak to tylko możliwe oddalonych rejonach związanych z moją osobą, czyli w brzuchu mojej Mamy? Może to tam pierwszy raz usłyszałem tę melodię, a teraz zupełnie przypadkowo wystąpiło jakieś niekontrolowane zwarcie na synapsach, które wspaniałomyślnie przypomniało mi tamte chwile?
Dzisiaj już wiemy, że słuchanie muzyki w ciąży ma prawdopodobnie bardzo dobry wpływ na nienarodzone jeszcze dziecko, ułatwiając mu w przyszłości naukę mówienia, kształtując gust muzyczny oraz słuch. Rozwodzimy się nad tym, czy Mozart jest lepszy niż setki innych kompozytorów, bo w jego muzyce łatwiej o wysoką jakość dźwięku i szeroki zakres częstotliwości. Sugerujemy przyszłym mamom, by słuchały śpiewów gregoriańskich, których rytm zbliżony do naturalnego rytmu oddechowego ludzkiego organizmu, odpręży i nauczy prawidłowego oddychania.Może niektóre z tych teorii wydają się być przesadzone, ale pewny jest dobroczynny wpływ muzyki na ludzkie, także nienarodzone jeszcze życie. I to jest chyba w tym wszystkim najważniejsze, a nie dochodzenie, czy pokrewieństwo rytmu bicia serca płodu w łonie matki z rytmami w muzyce jest największe u Mozarta, Bacha, czy może Czajkowskiego i tylko jako takie jedynie słuszne. Każda muzyka, która potrafi swoim pięknem przekazać nawet niewielki ładunek emocjonalny, a co w tym stanie najważniejsze - nie spowoduje u przyszłej matki również odruchów wymiotnych, będzie wskazana, a może nawet idealna.
Dlatego pomyślałem sobie, że skoro już na tapetę zupełnie przypadkowo wpadł koncert fortepianowy Griega, mimo iż przecież fortepian i organy to dwa przeciwległe, bardzo daleko oddalone od siebie bieguny, trzeba znaleźć jakąś możliwość zaprezentowania go na blogu.
Niczym witaminy z grupy B stanowiące cenny element diety przyszłych mam, garść porządnego fol(i)ku norweskiego zapewne pozytywnie wpłynie na gromadki maluchów nasłuchujące dobrej muzyki w ich brzuchach. Przyszłym tatusiom ten sam kawał dobrej muzyki pozwoli ukoić skołatane nerwy nadszarpnięte myślami o wyprawkach dla noworodka, czy remontem i przygotowaniami pokoju dziecięcego. A wszystkim pozostałym, którzy ten temat mają już za sobą albo dopiero przymierzają się do niego i to jeszcze nie on jest tematem numer jeden, niech ta znaleziona w niezmierzonym oceanie internetu aranżacja koncertu Griega na organy i fortepian, mimo kilku potknięć wykonawców*, będzie ciekawym pomysłem na nucenie chociażby charakterystycznego motywu z pierwszej jego części podczas: stania w korku, golenia brody, ostatniego przed zimą koszenia trawnika, czy wreszcie prozaicznego mycia naczyń.
*
Wiadomo, że pomyłki zdarzają się nawet najlepszym podczas koncertów na żywo, ale trudno było mi nie wspomnieć o nich tylko dlatego, że największe potknięcie ma miejsce niestety w najważniejszym dla mnie momencie całego koncertu (5 minuta 19 sekunda) - podczas trzykrotnego powtarzania przez fortepian przepięknego motywu zapoczątkowanego przez orkiestrę (organy) już na samym początku drugiej części koncertu. Muszę przyznać, że podczas pierwszego słuchania tego koncertu, poczułem się jak dziecko, które przez całą Wigilię czekało na swój wymarzony prezent i w tym najbardziej wyczekiwanym momencie otwierania pięknie zapakowanego pudełka, zobaczyło, że w środku jest coś zupełnie innego. Sam wykonawca zdający chyba sobie sprawę ze swojego potknięcia w tak ważnym momencie, znacząco pokiwał tylko głową. Myślę jednak, że sam pomysł na wykonanie tego niełatwego przecież utworu w ten sposób, warty był posłuchania i zaprezentowania go tutaj.
środa, 10 sierpnia 2011
Wakacyjny trip marzeń
Idąc ostatnio jedną z ulic mego miasta i rozmyślając o tym, że blog ma już dwa lata i wypadałoby to zacne wydarzenie uczcić jakimś ciekawym postem, nagle wciśnięto mi do ręki ulotkę (dosłownie wciśnięto, bo zazwyczaj grzecznie dziękuję i odmawiam przyjęcia), która wręcz zmusiła mnie do napisania tego tekstu, a w której to ulotce biuro podróży zapraszało mnie na wakacyjny trip marzeń do... Od razu w głowie wyobraziłem sobie przeciwieństwo tak bardzo w ostatnim czasie obleganego przycisku "Lubię to" i niezwłocznie jedną z myśli w niego "kliknąłem". "Uwielbiam" bowiem, kiedy do naszego ojczystego języka wpychane są z każdej możliwej strony obcojęzyczne zwroty, wyrazy, nierzadko spolszczone dla konieczności zrozumienia przez innych, albo w celu uzyskania fajniejszego brzmienia, które jest bardziej "trendy" i "na topie". Czy nie ma w naszym języku piękniejszych odpowiedników? Czy to wstyd używać poprawnej polszczyzny? A może wreszcie słowo "podróż" w przeciwieństwie do słowa "trip", nie byłoby tak atrakcyjne dla potencjalnego klienta? Szczerze mówiąc, na zadane mi pytanie, gdzie się wybieram na wakacje, wolałbym osobiście odpowiedzieć, że wybieram się w podróż tam i tam, odbywam wędrówkę tam i tam, albo wreszcie dla kogoś bardziej zaznajomionego z językiem ojczystym - peregrynuję tam i tam. W tym przypadku będą zapewne tacy, którzy tripują tam i tam, albo zakupili tripa do... Istna degrengolada językowa.
Tyle tytułem wstępu. Teraz kilka słów o wakacjach, na które notabene się wybieram, ale bez pośrednictwa wspomnianego biura, a już tym bardziej nie będzie to żaden trip... Chociaż wyprawa to będzie niemała, bo przede mną blisko 600km drogi... i to nawet polskiej drogi, którą będę musiał pokonać siedząc za kółkiem. Taki los. Parafrazując cytowany przez Anioła z serialu Alternatywy 4 rosyjski zwyczaj: "żeby wyjść, trzeba najpierw trochę posiedzieć", mógłbym powiedzieć: "żeby odpocząć, trzeba się najpierw sporo namęczyć". Ale za to potem... nasze ukochane morze, plaże, spacery i błogie lenistwo.
Przed przerwą wakacyjną zaproponuję Wam zatem coś bardzo w temacie samej wyprawy: bardzo ciekawa (choć sądząc po komentarzach pod filmem dla niektórych bardzo kontrowersyjna, bo wykonywana w kościele, gdzie zdaniem wielu takie melodie nie powinny być wygrywane, bo nie zostały namaszczone Boskim dotykiem), aranżacja znanego motywu z jeszcze bardziej znanego filmu Indiana Jones. Przecież przejazd naszymi drogami jest niczym wyprawa tego największego w historii kina poszukiwacza przygód. Do miłego!
wtorek, 15 marca 2011
Błyskawiczny Telemann
Walizki, kufry, kartony i pudła... makabryczna ilość pudeł, przy rozpakowywaniu których spędzam ostatnio całkiem sporo czasu, które śnią mi się po nocach, prześladują, stają mi się na tyle bliskie, że zaczynam już z nimi rozmawiać. Podczas jednej z takich właśnie "rozmów" z pudełkiem posiadającym wszystko mówiący napis "płyty", mignęła mi przed oczami data, która wskazywała, że dokładnie wczoraj i bagatela 330 lat temu przyszedł na świat Georg Philipp Telemann - słynny muzyk-samouk, lipski organista, kapelmistrz, jeden z najbardziej płodnych kompozytorów epoki baroku. Pomyślałem, że to całkiem miła okazja do zaprezentowania tutaj jego twórczości, tyciutkiego wycinka z jego ogromnej spuścizny. Pozwólcie jednak, że z racji wizji wielu długich wieczorów spędzonych na przeuroczych "rozmowach z pudełkami", tym razem prezentacja odbędzie się z prędkością błyskawicy, ale obiecuję w przyszłości bliżej przyjrzeć się tej intrygującej i jakże ciekawej muzyce. Biorąc pod uwagę słowa Händla: "Telemann to człowiek, który potrafi napisać motet na cztery głosy w mniejszym przeciągu czasu, niż większość ludzi byłaby w stanie napisać list" mam nadzieję, że tempo dzisiejszego posta odpowiadające umiejętnościom pana Telemanna, zostanie mi wybaczone. Lekarstwem na małą ilość słów niech będzie muzyka organowa w trzech odsłonach: chorału, aranżacji i "organów do towarzystwa".
piątek, 24 grudnia 2010
Świąteczny maksymalizm
Wesoły świąd!O tym wszechobecnym w okresie grudnia haśle pisałem już w zeszłym roku, namawiając wszystkich do spowolnienia, zadumania, czy wreszcie sięgnięcia po wynalazek minimalizmu. A co w tym roku? W tym roku przewrotnie sięgniemy po stworzone przeze mnie specjalnie na takie okazje określenie maksymalizmu - czyli "dużo dużo i jeszcze więcej, ale bez przesady".
Pozwólcie zatem, że dziś, u progu świątecznych szaleństw, zarzucę Was garścią propozycji: mało, średnio i jak najbardziej świątecznych. Skoro tak, to zacznę nie tak jak narzuca nam to Zbigniew Wodecki - "od Bacha", ale wręcz przeciwnie - od Mozarta. 5 grudnia obchodziliśmy 219 rocznicę śmierci, a 27 stycznia będziemy świętować 255 rocznicę urodzin tego wielkiego Austriaka. Pomyślałem sobie, że to dobra okazja do zaprezentowania Wam - nie pierwszy już raz na tym blogu - jego dokonań muzycznych, które niestety rzadko związane są z muzyką organową. Będzie to skonstruowana przez holenderskiego organistę Martina Mansa zabawka-mix, wpisująca się jak najbardziej w nurt mojego muzycznego maksymalizmu, improwizacyjna i żartobliwa zagadka na temat Mozarta pod wszystko mówiącym tytułem: "jaka to melodia?".
Dla wszystkich, którzy poprawnie rozpoznają wszystkie sprytnie zmiksowane utwory Mozarta, mam oczywiście nagrodę - kieliszeczek "Finlandii", jakże maksymalistycznej kompozycji Jeana Sibeliusa w doskonałej aranżacji Markusa Wargh'a, który grając z taką lekkością oraz pewnością tego, że każde dotknięcie klawiatury jest przez niego w 100% przemyślane, udowadnia słuchaczom, że organy w konkursie różnorodności brzmień, nie mają sobie równych. Bo oto znowu za pomocą jednego człowieka, a konkretniej czterech kończyn i - co w tym przypadku bardzo dobrze słyszalne - mądrej oraz solidnie naoliwionej głowy, słyszymy dokładnie całą orkiestrę. Ale żeby nie być gołosłownym, proszę sobie porównać to wykonanie z oryginałem orkiestrowym.
Na koniec tego przedświątecznego kramu zapraszam na coś bardziej związanego z tym okresem i polskością: zapomniany, zakurzony, grywany niestety bardzo rzadko, znany większości tylko z faktu skomponowania melodii do słów Roty, chociaż swym wielkim talentem kompozytorskim i swą wirtuozerią z pewnością zasłużył sobie na ważne miejsce wśród polskich kompozytorów - Feliks Nowowiejski. Zapraszam na jedną z piękniejszych polskich fantazji bożonarodzeniowych - Fantazja "Boże Narodzenie w Prastarym Kościele Mariackim w Krakowie". Nagranie to jest mi tym bardziej bliższe sercu, ponieważ zostało wykonane przez Pana Jerzego Kuklę na "moich" organach katedralnych w Bielsku-Białej. Mam nadzieję, że ta właśnie interpretacja sprawi Wam dużo radości, której w połączeniu z dużą ilością zdrowia życzę wszystkim: czytelnikom i miłośnikom muzyki płynącej z nieodgadnionego wnętrza króla instrumentów! Wszystkiego!
poniedziałek, 7 czerwca 2010
Queen, Sting i Metallica po nowemu
Ktoś na pierwszy rzut ucha mógłby powiedzieć: "no Freddie Mercury to się pewnie teraz przewraca w grobie..." Ja dodałbym tylko: "chyba z zazdrości". Dlaczego? Już spieszę z wyjaśnieniem. W przerwie przygotowywania większego posta o pewnym poważnym utworze z kanonu muzyki organowej, za pomocą trzech metrów kabla i dwóch głośniczków na pałąku, magicznym sposobem wpadł mi do głowy muzyczny zamysł pewnego pana z sąsiednich niemieckich landów, który tymże świeżym i śmiałym przedsięwzięciem zahaczył o jakiś (ale nie byle jaki) zwój w moim mózgu, odpowiadający za słuch i płynące z niego zadowolenie. Owy pan muzyk (a wierne odwzorowania oryginałów - lub jeżeli ktoś woli w tempie Allegro.pl: orginałów, oraz ciekawe aranżacje partii poszczególnych instrumentów wraz z trafnie dobranymi głosami organowymi, świadczą o muzycznej supremacji artysty) wymyślił sobie, by instrument tak ściśle związany w naszych czasach zazwyczaj tylko z muzyką liturgiczną - to raz w tygodniu, lub raz na kilka miesięcy z koncertem niezrozumiałej i ciężkiej muzyki organowej, wykorzystać do nieco innych, rzekłbym niemoralnych celów rozrywkowych. Postanowił pobawić się Queenowską "Bohemian rhapsody" - jednym z najczęściej wymienianych utworów wśród tych najlepszych w historii muzyki popularnej, Stingowskim przebojem "Russians", czy wreszcie słynnym "Nothing else matters", bez którego fani zespołu Metallica obejść się nie mogą. Co z tego pomysłu wyszło? Oczywiście jak zwykle wyszło to, co wyjść miało: jeden instrument, a słychać w nim zarówno fortepian, gitary, bas, kotły, gongi, perkusję, jak i samych frontmanów - Freddiego i Stinga.
Zanim posłuchacie tych ciekawostek muzycznych, rzucę tylko krótką konkluzją: dobrze, że są ludzie pokroju Patricka Gläsera, którzy w taki właśnie innowacyjny sposób chcą zachęcić innych jeżeli nie do pokochania, to przynajmniej do polubienia organów. Instrumentu, który w momencie wydania odpowiedniego, dla odmiany nie pisemnego, a ręcznego polecenia służbowego, świetnie potrafi oddać klimat ballady operowej, fragmentów a capella, czy wreszcie elementów hard rocka.
PS. Ciekawy jestem, jak taki występ byłby przyjęty (o ile w ogóle) przez "szefów" niektórych naszych polskich parafiji...
poniedziałek, 31 sierpnia 2009
W rytmie "Antychrysta"
Poprzednim razem po cichu i prawie niezauważalnie przemyciłem pierwszą na blogu transkrypcję organową, rozpoczynając tym samym całą serię takowych. Na pierwszy ogień poszedł Vivaldi. Dzisiaj na tapetę bierzemy bliskiego Vivaldiemu (oczywiście w sensie epokowym) Händla. Ten to rozpocznie kolejną serię, w której organy będą tworzyły drugi plan, tło, czyli po prostu akompaniament.
Od momentu ukazania się na dużym ekranie filmu "Antychryst", niebiańska aria Almireny "Lascia ch'io pianga" z II aktu opery Rinaldo Händla, wszystkim mającym okazję oglądnąć film Larsa von Triera może kojarzyć się zapewne z 4-minutowym czarno-białym majstersztykiem z prologu i epilogu albo z innymi... rzekłbym bardzo "innymi", kontrowersyjnymi scenami z tego trudnego i zapewne nie dla wszystkich zrozumiałego filmu. Ale nie o filmie mowa, a o muzyce. Jeżeli zatem ktoś po oglądnięciu tego filmu odczuwa pewnego rodzaju alergię, niechęć, czy wręcz odrazę do wspomnianej arii, spieszę z muzycznym substytutem lub jak kto woli zamiennikiem. Będzie to - a jakże - wersja z akompaniamentem organowym. W efekcie zastosowania takowego wysłuchamy zgoła innego utworu, który nabierze zupełnie odmiennego od oryginału charakteru. Utworu, który już nie musi kojarzyć się nam przykładowo z (uwaga teraz przytoczę jedną scenę z filmu) łechtaczką obcinaną nożyczkami LIVE.
Wszystkich zainteresowanych niewiedzących odsyłam do filmu a pozostałych do posłuchania innej wersji arii. Zapytacie, czy ta aranżacja jest wersją lepszą? Zapytujcie, bo ja w tym miejscu i tak sprytnie wymigam się od odpowiedzi tradycyjnym: "wszystko to kwestia gustu".
Dla porównania polecam także wersję z oryginalną instrumentacją.
Od momentu ukazania się na dużym ekranie filmu "Antychryst", niebiańska aria Almireny "Lascia ch'io pianga" z II aktu opery Rinaldo Händla, wszystkim mającym okazję oglądnąć film Larsa von Triera może kojarzyć się zapewne z 4-minutowym czarno-białym majstersztykiem z prologu i epilogu albo z innymi... rzekłbym bardzo "innymi", kontrowersyjnymi scenami z tego trudnego i zapewne nie dla wszystkich zrozumiałego filmu. Ale nie o filmie mowa, a o muzyce. Jeżeli zatem ktoś po oglądnięciu tego filmu odczuwa pewnego rodzaju alergię, niechęć, czy wręcz odrazę do wspomnianej arii, spieszę z muzycznym substytutem lub jak kto woli zamiennikiem. Będzie to - a jakże - wersja z akompaniamentem organowym. W efekcie zastosowania takowego wysłuchamy zgoła innego utworu, który nabierze zupełnie odmiennego od oryginału charakteru. Utworu, który już nie musi kojarzyć się nam przykładowo z (uwaga teraz przytoczę jedną scenę z filmu) łechtaczką obcinaną nożyczkami LIVE.
Wszystkich zainteresowanych niewiedzących odsyłam do filmu a pozostałych do posłuchania innej wersji arii. Zapytacie, czy ta aranżacja jest wersją lepszą? Zapytujcie, bo ja w tym miejscu i tak sprytnie wymigam się od odpowiedzi tradycyjnym: "wszystko to kwestia gustu".
Dla porównania polecam także wersję z oryginalną instrumentacją.
Subskrybuj:
Posty (Atom)