Znowu mała przerwa w dostawie organowych uniesień, ale dziecię się nam narodziło, więc święta po Świętach w mojej rodzinie. Wybaczycie mam nadzieję, że wciąż nie udaje mi się naciągnąć danych nam na dzień 24 godzin o choćby jedną dodatkową chwilę. Ale obiecuję poprawę i zwiększę transfer organowych danych między nadawcą a odbiorcą.
Dzisiaj mało tekstu, ale za to więcej muzyki. Wiele razy udowadniałem Wam, że organy to król instrumentów. I raczej nie było z tym faktem problemu, każdy kto choć trochę zaprzyjaźnił się z tym instrumentem potrafi dostrzec jego wielkość i możliwości. Nie inaczej będzie w przypadku dzisiejszego tematu. Pokażę Wam bowiem, że organy to także wspomniany król nie tylko dlatego, że potrafi naśladować właściwie każdy instrument muzyczny, ale także dlatego, że świetnie odnajduje się też w naturze, a zwłaszcza w roli jej imitatora. W dużej mierze leży to oczywiście w kwestii grającego, ale bez możliwości instrumentu, nic by z tego nie wyszło. Zacznijmy od najpopularniejszego zwierzęcia kojarzącego się z lasem i naturą - kukułki. Tu przykładów od groma:
W doskonale chyba wszystkim znanym duecie ze słowikiem (i towarzyszeniem kilku innych instrumentów):
No to czas na wiewiórkę (i odrobinę naturalnego kaszlu słuchaczy):
Trochę deszczu i burzy:
Na koniec coś "oszałamniającego" - idziemy do lasu, a tam wszystko co w naturze, od dobrze znanej nam już kukułki, przez przelatujące owady, wiejący wiatr, aż po grzmienie burzy gdzieś w oddali. A wszystko to spięte Beethovenem. Krótkie cudo natury szanownego Pana Popławskiego, nie raz już tutaj prezentowanego:
A zatem organy? Naturalnie!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Corrette. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Corrette. Pokaż wszystkie posty
piątek, 4 marca 2016
wtorek, 20 grudnia 2011
Świąteczne strojenie organów
To już trzecie Święta na tym blogu. Był świąteczny minimalizm, świąteczny maksymalizm, a jeszcze ani razu nie stroiliśmy organów. Taki stan rzeczy jest niedopuszczalny. Ale dzięki naszemu kochanemu językowi polskiemu organy możemy na szczęście stroić na kilka sposobów, uwzględniając podział na wykonywaną czynność oraz rodzaj tychże organów. Po pierwsze możemy zatem zawezwać fachowca, który przy pomocy swoich magicznych narzędzi, niczym magik wyreguluje wszystkie niedociągnięcia w sekcji głosów językowych (to taka przedświąteczna zabawa z [bagatela] nawet kilkuset piszczałkami - co oczywiście uzależnione jest od instrumentu). Po drugie możemy także stroić organy niedosłownie - czyli wieszając na piszczałkach trochę bombek, świątecznych zabawek i oczywiście girlandy. To również może być dla niektórych przyjemne zajęcie... tylko często wgramolenie się na samą górę może być kłopotliwe, a i walory estetyczne mogą okazać się w końcowym efekcie nieco wątpliwe. Po trzecie i to chyba dla nas przed świętami najważniejsze, możemy stroić wszystkie nasze wewnętrzne organy. Bo czy nie będzie przyjemnie, kiedy to nereczki będą funkcjonowały poprawnie, płucka będą oddychały pełną parą, a zadowolone serducho będzie nam wyznaczało poprawny rytm w naszej najpierw przedświątecznej, świątecznej i ostatecznie poświątecznej rzeczywistości? Oto co będzie nam zatem potrzebne do wykonania tego świątecznego strojenia organów:- szczypta zwolnienia tempa, zarzucenia zabiegania, odwleczenia w czasie wykonania niekoniecznie niezbędnych teraz czynności,
- garść radości i uśmiechu, ale takiego szczerego, a nie udawanego i przyklejanego na twarz, bo tego wymaga etykieta,
- odrobina czerwonego wina (to dla tego serducha), a jeżeli czujemy również, że podregulowania wymagają nereczki, możemy pokusić się na szklaneczkę grzanego korzennego piwka,
- wreszcie zestaw pielęgnacyjny dla duszy i umysłu - w tym roku polecam coś francuskiego, ale również z polskim akcentem:
1. Alexandre Guilmant w bardzo polskim wydaniu - Introdukcja i wariacje na temat polskiej kolędy "W żłobie leży".
Kilka spojrzeń na ten sam temat:
2. Claude Balbastre - Joseph est bien Marié.
3. Michel Corrette - Joseph est bien Marié.
4. Alexandre Guilmant - Joseph est bien Marié.
5. Louis-Claude Daquin - Noel sur les anches.
I na koniec ponownie coś polskiego:
6. Felix Nowowiejski - Fantazja polska.
Udanego strojenia, a potem spokojnych, radosnych i rodzinnych Świąt!
poniedziałek, 13 czerwca 2011
Charakterystyka tonacyi cz. 6 - "Czynność z NIE na końcu"
C-dur jest tonem zupełnie czystym, bez cechy, bez barwy, służy też do oddania niewinności, prostoty, naiwności, jakby niemowląt mowy.Babcia mojej żony często powtarzała swoim wnukom: "dłuższe czekanie, lepsze śniadanie". Wiadomo, że dzieciom mówiono o śniadaniu, jako najważniejszym posiłku w ciągu całego dnia, ale wszyscy trochę doroślejsi i bardziej zorientowani w jego miejsce wstawiali zupełnie inną czynność kończącą się na "nie", a zaczynającą na... No właśnie, to od czego się ta czynność zaczynała zależy tylko od okoliczności.
Dłuższe czekanie mamy (macie) już za sobą (bo zasłużony odpoczynek przecież mi się należał), pora więc na odpowiednie okoliczności, żeby poznać czynność z "nie" na końcu. Za materiał pomocniczy posłuży trzyczęściowy koncert organowy C-dur autorstwa pana Corrette, w dodatku Michała:
Część pierwsza: Allegro
Wiosna w pełni. Życie budzi się z zimowego marazmu. Słońce mocniej operuje, rozkwitają pąki kwiatów, zawiązują się owoce, ptaki radośniej drą swoje niedawno co przemrożone dzioby - jednym słowem sielanka. W tak pięknych okolicznościach przyrody... i tego... i niepowtarzalnej...* wiele tak zwanych "homo sapiensów" zewsząd atakowanych ogromną ilością pozytywnych bodźców, odkrywa w sobie konieczność dokonania entuzjastycznego porywu w stronę życia przez duże "Ż". Szwung związany z nagle obudzonym uniesieniem nadaje temu życiu przez duże "Ż" kierunek "Amory" - i w cale nie mam na myśli jakiejś miejscowości w naszym kochanym kraju, ani też pieszczotliwego określenia dla amortyzatorów samochodowych. Chociaż prawdę mówiąc z pieszczotami ma to coś wspólnego... Pominiemy teraz etap gonienia się po łące, uścisków na ławce oraz wszystkich serenad wyśpiewywanych pod oknami oblubienic i zajmiemy się wreszcie czynnością z "nie" na końcu...
Część druga: Andante
A tu niespodzianka. Zamiast piorunów z nieba, których co poniektórzy pewnie wyczekiwali, delikatna i zwiewna, przepełniona prostotą czy też wspomnianą w opisie tonacji naiwnością melodia, doskonale posłuży nam za cieniutki kocyk, którym jedną ręką nakryjemy czynność z "nie" na końcu a drugą zgasimy światło. Albo krócej mówiąc (oczywiście sugerowaną w opisie mową niemowlaka): bla bla bla...
Część trzecia: Allegro
Kto nie załapał albo wspomniany przed chwilą "kocyk milczenia" okazał się za gruby, ten ciapa i teraz trudno mu będzie odnaleźć się w końcowej opowieści, która kończy się słowami: "... i żyli już we trójkę długo i szczęśliwie".
* cytat z filmu "Rejs"
wtorek, 25 sierpnia 2009
Letnie burze
"Cztery pory roku" Vivaldiego niemal wszyscy znamy na pamięć a nagrań z różnorakimi interpretacjami tego arcydzieła nie sposób zliczyć. Jest w czym wybierać. Ale czy słyszeliście np. letnią burzę (Presto z koncertu g-moll "Lato") w transkrypcji organowej, w dodatku jeszcze z trzeszczącej płyty? Nie? To koniecznie posłuchajcie.
Komentarz do tego jednego fragmentu ponadczasowego dzieła "Rudego księdza" będzie krótki, bo przecież słychać, że nasz król instrumentów radzi sobie doskonale również z takimi największymi "hitami" muzyki barokowej. Ekspresja, przestrzeń, nastrój składające się na cały ten "Vivaldowski majstersztyk" pozostają jak Bozia przykazała na swoim miejscu. Kto nie wysłyszał, że lato Roku Pańskiego 1725 musiało być bardzo burzowe ten gapa i powinien ponownie skorzystać z bardzo przemyślanej przez twórców odtwarzacza opcji "play".
Jak to u nas w kraju ostatnio bywa, po jednej burzy przychodzi kolej na kolejną. Tym razem nieco krótszą (bo Pani Marija Loncar Strohm gra bez powtórek), ale równie intensywną. Walące na lewo i prawo pioruny to efekt niczego innego, jak tylko położonej na najniższej oktawie pedału... deseczki. Tak tak, deseczki. Sugerując na swoim (chyba pierwszym na świecie) zapisie nutowym tego zjawiska atmosferycznego użycie takich właśnie odważnych zabiegów (do wspomnianego kawałka drewna dochodzi jeszcze ostatni akord utworu zagrany jak popadnie otwarymi dłońmi), można spokojnie powiedzieć, że Michel Corrette (1709 -1795) wyprzedził kilka epok. Zabiegi te kojarzą się nam przecież ze współczesnymi formami wykonywania "muzyki klasycznej"*. Na szczęście Corrette zdawał sobie sprawę z konsekwencji, jakie mógłby przynieść brak ich zastosowania. Zamiast wspomnianych piorunów usłyszelibyśmy raczej - cytując mojego kolegę - "takie pierdnięcia ze wzdęciem".
* Ujęcie muzyki klasycznej w cudzysłów ma sugerować, że autor powyższej wypowiedzi nie jest przekonany, czy aby współcześnie komponowaną muzykę, którą zgodnie z zamysłem "kompozytora" należy wykonywać pięściami, łokciami, czy też innymi częściami ciała na "d", wypada nazywać klasyczną. Autor nie ma nawet pewności, czy można ją nazywać muzyką, a "kompozytora"... kompozytorem.
Komentarz do tego jednego fragmentu ponadczasowego dzieła "Rudego księdza" będzie krótki, bo przecież słychać, że nasz król instrumentów radzi sobie doskonale również z takimi największymi "hitami" muzyki barokowej. Ekspresja, przestrzeń, nastrój składające się na cały ten "Vivaldowski majstersztyk" pozostają jak Bozia przykazała na swoim miejscu. Kto nie wysłyszał, że lato Roku Pańskiego 1725 musiało być bardzo burzowe ten gapa i powinien ponownie skorzystać z bardzo przemyślanej przez twórców odtwarzacza opcji "play".
Jak to u nas w kraju ostatnio bywa, po jednej burzy przychodzi kolej na kolejną. Tym razem nieco krótszą (bo Pani Marija Loncar Strohm gra bez powtórek), ale równie intensywną. Walące na lewo i prawo pioruny to efekt niczego innego, jak tylko położonej na najniższej oktawie pedału... deseczki. Tak tak, deseczki. Sugerując na swoim (chyba pierwszym na świecie) zapisie nutowym tego zjawiska atmosferycznego użycie takich właśnie odważnych zabiegów (do wspomnianego kawałka drewna dochodzi jeszcze ostatni akord utworu zagrany jak popadnie otwarymi dłońmi), można spokojnie powiedzieć, że Michel Corrette (1709 -1795) wyprzedził kilka epok. Zabiegi te kojarzą się nam przecież ze współczesnymi formami wykonywania "muzyki klasycznej"*. Na szczęście Corrette zdawał sobie sprawę z konsekwencji, jakie mógłby przynieść brak ich zastosowania. Zamiast wspomnianych piorunów usłyszelibyśmy raczej - cytując mojego kolegę - "takie pierdnięcia ze wzdęciem".
* Ujęcie muzyki klasycznej w cudzysłów ma sugerować, że autor powyższej wypowiedzi nie jest przekonany, czy aby współcześnie komponowaną muzykę, którą zgodnie z zamysłem "kompozytora" należy wykonywać pięściami, łokciami, czy też innymi częściami ciała na "d", wypada nazywać klasyczną. Autor nie ma nawet pewności, czy można ją nazywać muzyką, a "kompozytora"... kompozytorem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)