Po wiadomym przyczynowo przestoju na blogu, powracamy do ulubionej, a w tym przypadku nieco mniej znanej muzyki organowej. Bo czy mówi Wam coś nazwisko Giovanni Battista Candotti (1809–1876), którego to dzisiaj bierzemy na stronę? Zapewne nie. Słucham sobie właśnie tych jego skocznych muzycznych wybryków przesyconych wpływem oper Rossiniego i zastanawiam się nad fenomenem naszego przedziwnego świata. Dlaczego bowiem ten dziewiętnastowieczny Włoch, prezbiter, organista i krytycznie wobec swoich dzieł nastawiony kompozytor muzyki chóralnej oraz organowej "utonął" w morzu uzdolnionych ludzi, którym tak jak jemu nie było dane w pełni zaistnieć w muzycznym świecie? Przychodzą mi do głowy takie oto trzy możliwości:1. Brak - jak to się dzisiaj mówi - parcia na szkło.
2. Okrutna i prosta prawda: "takie życie".
3. Teoria w formie otwartego pytania - a może jego dzieła nie były po prostu na tyle atrakcyjne, by przebić się przez niezliczone kompozycje tworzone przez setki, jak nie tysiące innych muzycznie naznaczonych ziemskich istot?
Co by to nie było, istotny jest jednak fakt, że wciąż są ludzie (jak choćby grający w poniższym przykładzie Stefano Barberino), którzy darzą nas takimi muzycznymi perełkami, poszukują urozmaicenia, czegoś odkrywczego, zapomnianego, zaskakującego. Mimo, że nie są to wielkich rozmiarów arcydzieła, którym nierzadko brakuje "tego czegoś" - choć na pewno nie walorów muzycznych - dają możliwość poznania innego dźwiękowego konceptu, oderwania się od muzycznej codzienności, która coraz częściej nas słuchaczy dotyka. Jakże fajnie jest, gdy na przykład podczas recitalu organowego możemy obok Bachów, Mozartów, Lisztów i innych Regerów (wymienieni bez istotnej przyczyny, kolejności, znaczenia) posłuchać wygrzebanych gdzieś z najdziwniejszych muzycznych zakamarków takich właśnie nieznanych ciekawostek, które dodają lekkości, mogą stanowić doskonały przerywnik między oklepanymi po wielokroć "standardami" (lub jak pisują niektórzy aukcjonariusze pewnego portalu, który dla ułatwienia a bez kryptoreklamy nazwę Adagio - "orginalnymi standartami"), do których tak przywykliśmy, że muzyczny świat bez nich nie istnieje. Jakże fajnie jest, gdy wykonawca daje nam możliwość otworzenia się na nową wartość sztuki. A co to właściwie jest? Oto odpowiedź w formie rejsowej parafrazy:
"Z tych moich rozważań wyłania się idea występów i... jakich jeszcze nie było. Stworzenia czegoś zupełnie nowego. Nowa wartość może powstać jako synteza różnorodnych sprzecznych ze sobą wartości. Jeżeli chcemy osiągnąć nową wartość, musimy doprowadzić do konfliktu między tym, co znane, a tym, co nieznane. Jeżeli znane, na przykład Bach, jest czymś pierwotnym, czyli tezą, to nieznane, na przykład Candotti jest jej antytezą, a synteza tym, co pragniemy osiągnąć. Gdy ktoś z nas czerpie ze znanych źródeł, reprezentuje tezę, jeśli ktoś z nas poszukuje, odkrywa i zaskakuje, reprezentuje antytezę. Chcąc stworzyć sztukę na naszą miarę, musimy zwiększyć w niej udział trafności i unikalności przedstawienia znanego, a dla antytezy i nieznanego. I to jest nowa strategia syntezy. I to jest nowa koncepcja sztuki."