No i mamy Wielki Post. Przyszedł też czas na kolejny post na blogu. Wprawdzie do Wielkiego Piątku jeszcze daleko, ale wyobraźmy sobie, że jest właśnie Wielki Piątek 15 kwietnia 1729 roku. W kościele św. Tomasza w Lipsku gromadzi się tłum wiernych, którzy spragnieni muzycznych wzruszeń oczekują pierwszych, premierowych dźwięków mających lada moment popłynąć z instrumentów i gardeł chórzystów, kierowanych ręką mistrza Jana. W podobnych okolicznościach, tylko 196 lat później, w roku 1925 we francuskim kościele św. Sulpicjusza w Paryżu spod palców Charlesa-Marie Widora, a zaraz po nich z potężnych organów popłyną równie nieziemskie co niegdyś dźwięki, ale już nie tylko na chwałę ukrzyżowanego Jezusa, lecz również samego mistrza barokowej harmonii, który w zaskakujący sposób połączył historię pasyjną z medytacją, modlitwą, nabożnym ubolewaniem i duchowym uniesieniem. Pasja według św. Mateusza, bo o niej mowa, jest nie tylko nabożeństwem, ale przede wszystkim jednym z największych skarbów muzycznych w historii całej ludzkości, które napawają podziwem dla religijności i sztuki Bacha.
Nie dziwi więc fakt, że takie dzieło musiało doczekać się także wersji organowej, która moim zdaniem trafnie i doskonale oddaje dramatyczny, ale zarazem kontemplacyjny charakter kompozycji. Charles-Marie Widor i jego transkrypcja finałowej część Pasji, świetnie ukazują potęgę organów, które wydobywając najbardziej szlachetne dźwięki, przenoszą nas w zupełnie inną, niczym nieograniczoną rzeczywistość. Rysują pod powiekami obrazy komponujące się w historię mającą swój finał na Krzyżu.
Tak jak Chrystus w wielkim poniżeniu nabył sobie prawo do chwały i stał się dla sporej części z nas przykładem wiary, cierpliwości i wytrwałości w poświęceniu, tak muzyka Bacha, naznaczona bez wątpliwości Boskim palcem, stała się również dla wielu pokoleń nieocenionym i nieskończonym wzorem muzycznej modlitwy, zbiorem różnorodności, nieprzebranym bogactwem form, niewysychającym źródłem muzycznych znaczeń, mikrokosmosem pomysłów, skupiającym to co ważne z przeszłości muzyki, ale również otwierającym muzyce przyszłość.
Ktoś kiedyś mądrze powiedział, więc trudno się z tym nie zgodzić: "Bóg istnieje, bo istnieje muzyka Bacha. Albo to widzisz, albo nie".
PS. Lepsze doznania gwarantowane w momencie wybrania opcji "480p" w odtwarzaczu YouTube.
Człowiek to taka rozumna bestia, która w razie potrzeby lub pełnej mobilizacji potrafi szybko i sprawnie posiąść zdolność władania wieloma językami. Podobną zdolność niesamowitego operowania językami, tyle że organowymi - jak potocznie określa się rodzaj głosów organowych, które dzięki swej budowie potrafią naśladować charakterystyczne brzmienie trąbki, puzonu, czy klarnetu - posiadł jeden z kompozytorów zaliczanych do francuskiej szkoły organowej założonej w pierwszej połowie XVII wieku - Jean François Dandrieu.
W tymże XVII wieku z racji braku innego instrumentu, który mógłby dorównać organom w potędze i rozmaitości brzmienia, to właśnie organy uważane były za najbardziej godny instrument do odtwarzania i przekazywania wzniosłego charakteru sztuki. Gdy przysłuchamy się bogato zdobionemu Offertorium (inaczej Ofiarowanie) wspomnianego wcześniej Dandrieu, odkryjemy właśnie to jakże charakterystyczne dla tamtego okresu dążenie do prezentacji monumentalnego instrumentalnego stylu, który najwyższy rozwój osiągnął w utworach - nie mogło być inaczej - Jana Sebastiana Bacha.
Genialnym instrumentem w pełni oddającym zamysł kompozytora, założenia francuskiej barokowej muzyki organowej, ale przede wszystkim potęgę brzmienia głosów językowych jest przepiękny, 43 głosowy XVIII wieczny instrument bazyliki św. Marii Magdaleny w Saint-Maximin-la-Sainte-Baume. Pozastawiam Was zatem w objęciach imperium języków życząc muzycznego BON APPÉTIT!
PS. Lepsze doznania gwarantowane w momencie wybrania opcji "480p" w odtwarzaczu YouTube.
Kolejny raz w niedługim odstępie czasu "wzięło mnie" na wałkowanie do znudzenia jednej z tysięcy kompozycji mistrza Bacha. I tak wałkując to nieskończenie rozciągliwe ciasto, którego głównym składnikiem są doskonale zorganizowane dźwięki, wpadłem na pewien pomysł, który być może przyczyni się do określenia rodzaju mej przypadłości i przebiegu ewentualnego zdrowienia, o ile takowe jest w ogóle możliwe.
Korzystając zatem z dwóch metod (obserwacja zachowań i wywiad), przedstawię najpierw Wam, a zaraz po Was całemu światu rezultat przeprowadzonego mini studium własnego przypadku w kontekście oczywiście pana Bacha. Całość eksperymentu poza wspomnianym Jaśkiem dotyczyć będzie jednego konkretu o wdzięcznie brzmiącej nazwie "Passacaglia". Ten to dziwoląg z nazwy to nic innego jak tylko kolejny wspaniały twór ludzkości, który swój rozkwit przeżywał w okresie baroku. Jego kwintesencją jest ostinato, czyli wielokrotnie powtarzany schemat melodyczny, zazwyczaj w niskim rejestrze.
O pomoc w realizacji mojego zmyślnego przedsięwzięcia, zwróciłem się do organizacji "TITS" (Transmigration In Time Seriously - z angielskiego coś o możliwości przenoszenia się na poważnie w czasie), która umożliwiła mi przeprowadzenie krótkiej rozmowy z samym protoplastą mojego chwilowego nazwijmy to muzycznego niedomagania. W pierwszej kolejności wziąłem zatem na tapetę takie oto cudo Dietricha Buxtehudego, a następnie przeszedłem do rozmowy.
JA: Panie Bach, jak pan się czuje nosząc jedno z najbardziej, jeżeli nie najbardziej znane nazwisko na świecie? BACH: Dobrze. [Nie wiem czego innego się spodziewałem...] JA: Chodzą słuchy, że Passacaglię c-moll napisał pan pod wpływem niejakiego Dietricha Buxtehudego? BACH: Posiadam dwa warianty odpowiedzi, proszę sobie wybrać: jako, że nie należę do zupełnie normalnych ludzi nakreśliłem to dziełko w około 12 minut na kolanie, słuchając przy tym nieco nudnych ciaccon Pachelbela, albo też jak pan woli wziąłem - swoją drogą bardzo udaną - Passacaglię Buxtehudego, przetransponowałem z d-moll - po naszemu mówiąc "zrobiłem demolkę" - zmieniłem kilka wariacji, ulepszyłem garstką ozdobników i wydłużyłem dodając fugę. [Dziwnym trafem pasowały mi obie wersje...] JA: Wielu znawców twierdzi, że ma pan jakieś układy z siłami wyższymi. Czy one również brały udział przy tworzeniu tego dzieła? BACH: Pan posłucha nagrania Tona Koopmana na organach Świętej Trójcy klasztoru w Ottobeuren. Tam zawarta jest odpowiedź na to pytanie. [W rzeczy samej.] JA: Czy zdawał pan sobie sprawę, że będzie to jedno z najznakomitszych dzieł w historii muzyki organowej, które doczeka się wielu transkrypcji orkiestrowych i fortepianowych, interpretacji jazzowych, czy wreszcie, że zostanie wykorzystane m.in. w filmie "Ojciec chrzestny"? BACH: Yyyyy... nie. [Znowu nie wiem czego się spodziewałem...] JA: Jak to się dzieje, że pańskie kompozycje przyciągają jak magnez, uzależniają, są jednocześnie lekarstwem na każdą chorobę, ale i prześladującą zmorą, która nie chce się odczepić? BACH: Przepraszam pana, ale muszę się rozłączyć, małżonka się niepokoi na drugiej linii...
Niestety nie otrzymałem odpowiedzi na najważniejsze pytanie, więc póki co diagnoza brzmiała: trafił muzycznie szurnięty a przede wszystkim dotknięty Bożym geniuszem (Bach oczywiście) na drugiego niezbyt normalnego. Przeszedłem zatem do obserwacji własnych zachowań, analizy przemyśleń i określenia sposobu odbierania bodźców. Oto materiał niezbędny do badania i jego efekt.
Dawkując odpowiednio różne wersje utworu, zarówno te, które od początku wykonywane są przy użyciu organowego Pleno (te wolę bardziej), jak i te, które rozpoczynają się delikatnym brzmieniem, doszedłem do jednego prostego wniosku: utwór to majestatyczny i ponadczasowy! Porażająca swym rozmiarem kompozycja utrzymana w konwencji efektu kuli śnieżnej, rozpoczyna się bardzo niewinnie, stopniowo narasta stając się coraz potężniejszym i niebezpiecznym dla niewprawionego ucha tworem. W przeciwieństwie do spustoszeń jakie zazwyczaj niesie ze sobą ten efekt, w tym przypadku wszystko rozwiązuje się pozytywnie gromkim uderzeniem w C-dur. Słuchając wersji, w której podstawowy motyw muzyczny rozpoczyna się na delikatnych, ulotnych niemalże głosach, odniosłem wrażenie jakby ktoś chciał "pogilgać" Pana Boga po piętach. W wersji z potężnie brzmiącym, wwiercającym się niemalże w umysł motywem pedałowym, gilganie to sięgało przynajmniej po pachy. Łkające niemalże organy w końcowej części Passacaglii oraz Fudze, jeszcze bardziej ukazały imperium dźwięków, potęgę harmonii, możliwości człowieka naznaczonego niepowtarzalnym geniuszem. Ilekroć słucham, a przez to oczami duszy przyglądam się temu najlepiej na świecie oszlifowanemu diamentowi, odnoszę wrażenie, że niedostępne dla zwykłego śmiertelnika zazwyczaj bramy niebios, stają w tym przypadku otworem, przez który chociaż na chwilę możemy zanurzyć głowę i podziwiać zupełnie odmienną od naszej Niebiańską Planetę.
Czy Bach faktycznie mógł zdawać sobie sprawę z wielkości tworzonych dzieł, ale przede wszystkim ich wpływu na ludzi? Dając możliwość nieograniczonego zagłębiania się w tym magicznym świecie dźwięków i czerpania z niego nadzwyczajnych sił, czy jakiekolwiek zdrowienie jest mi/nam w ogóle potrzebne? Niestety, a może właśnie stety, odpowiedzi na tak postawione pytania to już bardzo indywidualna kwestia i każde studium przypadku będzie ściśle związane z subiektywnym odbiorem i rozumieniem muzyki.
W ostatnim czasie pojawiła się pewna okoliczność, którą postanowiłem wykorzystać jako pretekst do kolejnego wpisu. Biorąc pod uwagę fakt, że jesteście spostrzegawczymi czytelnikami niniejszego bloga, zapewne zauważyliście banner informujący o akcji pod wszystko mówiącym tytułem: "Blog Roku 2009". Przygoda z pisaniem o tym i o owym, ale zawsze związanym z muzyką organową (czasem w bardzo pokrętny sposób), rozpoczęła się w sierpniu właśnie owego 2009 roku. Dlaczego wtedy? Wtedy to bowiem w mojej głowie zaczął rodzić się pomysł, który wraz z szeregiem jakże ważnych elementów, wpłynął na zaistnienie tego dziwnego tworu w internecie. Powoli i małymi kroczkami przybywało stałych bywalców, którzy odnaleźli się w nierzadko kosmatych i zagmatwanych myślach autora (albo przynajmniej tak im się wydaje). To cieszy.
Wyżej przeze mnie wspomniana okoliczność to taka sprytna forma zabawy połączonej z dobrym uczynkiem. Możecie bowiem oddać głos na swój ulubiony blog, który Waszym zdaniem mógłby pretendować o miano najlepszego w roku 2009, a dochód z Waszych smsów przekazany zostanie na sfinansowanie rehabilitacji osób niepełnosprawnych.
Oczywiście nie będę teraz namawiał, czy co gorsza zmuszał kogokolwiek do wysyłania czegokolwiek gdziekolwiek, ale gdybyście uznali, że np: - "a co mi tam złotówka i dwadzieścia dwa grosze, wyślę", - "to w sumie całkiem fajny blog, wyślę", - "generalnie nie wiem o co w tym wszystkim chodzi, ale można pomóc potrzebującym, wyślę", zapraszam. SMS o treści H00209 na numer 7144 (1,22 zł brutto) do 21 stycznia 2010 do godziny 12:00.
A skoro każdy post ma być związany z muzyką organową, to na zakończenie dzisiejszego wywodu ni z gruchy ni z pietruchy poczęstuję Was utworem i wykonaniem zupełnie przeciwnie - bardzo z gruchy i pietruchy. Przed Państwem Gustav Leonhardt - muzykolog, nauczyciel, dyrygent, klawesynista i co dla nas ważne świetny organista, który na organach "Nowego Kościoła" w Amsterdamie wykona Preludium g-moll Dietricha Buxtehudego. Utwór, który na pierwszy rzut ucha będzie zapewne wydawał się dla większości chaotyczny przez co może trochę mniej zrozumiały. A w rzeczywistości uwierzcie mi jest zupełnie odwrotnie. Ta na pozór ciężka do ogarnięcia kotłowanina dźwięków to istny porządek, przepiękna harmonia, misternie ułożony Boski plan charakterystyczny dla epoki baroku. Zapytacie, jak w ogóle się w tym wszystkim odnaleźć? Na początek proponuję wrażliwe ucho, trochę wyobraźni i... słuchać, słuchać i jeszcze raz słuchać. Gwarantuję, że w tej sposób poznacie przyjemność odkrywania z każdym kolejny raz wałkowanym taktem czegoś nowego i zaskakującego. To jest właśnie kunszt i potęga prawdziwej muzyki! PS. Z góry i każdej innej możliwej strony dziękuję Wam za ewentualne oddane na mój blog smsy!
Zbliżają się moje urodziny. W tym roku postanowiłem obchodzić je tradycyjnie: z tortem, życzeniem pomyślanym przy zdmuchiwaniu świeczek i gromkim "Sto lat". Aby życzenie mogło się spełnić musi podobno pozostać tajemnicą, więc pozwolicie, że zachowam je dla siebie. Tortem natomiast - zgodnie z moją naturą co to woli innym dać niż brać - podzielę się z Wami.
Muzycznym specjałem z wisienką na górze, którym będę Was częstował jest coś, co niekoniecznie kojarzy się ludzkości z muzyką organową, ale coś jakże pasującego do okoliczności, zwłaszcza w formie zgrabnej, zabawnej, na pozór spontanicznej ale jednak bardzo przemyślanej improwizacji Henryka Jana Botora, świetnego organisty, improwizatora i kompozytora. Właśnie przy jej pomocy planuję załatwić kwestię tortu i gromkiego "Sto lat" odśpiewanego przez rzeszę 50-ciu głosów wydobywających się z organów filharmonii krakowskiej. Najpierw kilka spośród nich delikatnie zaśpiewa doskonale wszystkim znany temat, by za chwilę w towarzystwie pozostałych zabrać słuchaczy w wędrówkę po zaczarowanym świecie barw i dźwięków. W efekcie razem z nimi podróżować będą leśne chochliki, ćwierkające ptaki wymieniające między sobą luźne uwagi, czy wreszcie grający na dudach Szkoci. A wszystko to w imię dobrej zabawy solenizanta, dostojnych gości i... samego wykonawcy.