
To tak pokrótce o samym Ojcu Dawidzie. Czas na jego muzykę... a ta już nie będzie tak oczywista, co sugerować może sam tytuł dzisiejszego wpisu. Moja przygoda z tą szaloną muzyką zaczęła się od takiego oto dziełka:
Genialny utwór z objawami schizofreniczno-delirycznymi, nieprawdaż? To trzyczęściowe Elevazione miało zgodnie z definicją gatunku być grywane podczas Mszy Świętej. A jeszcze fajniej i ciekawiej zrobi się gdy dodam, że podczas samego Podniesienia. No to wyobraźmy sobie taką oto przykładową sytuację: mamy rok 2011, siedzimy sobie wygodnie (albo mniej wygodnie, zależnie od konstrukcji ławki) w kościele na niedzielnej Mszy. Za sobą mamy już wszystkie czytania, przydługie, ale nawet mało polityczne kazanie, wyznanie wiary... i dochodzi do tego ważnego momentu. Ksiądz wznosi w górę Chleb i Wino, a z małego instrumentu umieszczonego w tyle chóru dobiega wspomniane Elevazione: krzyczące Recitativo, czyli podwójne salwy akordów przerywane solową smutną i poszarpaną melodią będącą wstępem do Andante Cantabile. W rytm trójdźwięków dobiega do nas taka oto sobie nieskomplikowana melodyjka, trochę jakby TVP-serialowa, ale miła i nieprzeszkadzająca. To tylko taki zwodniczy zabieg, który ma u nas wywołać wstrząs w momencie, kiedy dochodzi do prezentacji trzeciej części utworu Allegro con spirito (mam wrażenie, że to właśnie spirito jest tutaj nieprzypadkowe). Nasze uszy atakuje bowiem niemalże horrorowy motyw z chromatycznymi zejściami zagrany na organowym pleno, przerywany tylko dwa razy nieco pijackim motywikiem zahaczającym o ten z drugiej części. Motywik ten to tak naprawdę podchmielony słoń w składzie porcelany, który swoją niezdarną trąbą zrzuca na ziemię co się da, a co wyda z siebie jak najwięcej hałaśliwych dźwięków. Cały ten galimatias zamyka brzmiąca niczym rozklekotana katarynka szybka koda uwieńczona upiornymi czterema uderzeniami gromkich akordów w "re minore". W tym oto momencie wszyscy z minami "minore" patrzą na zamarłego księdza, zamarły ksiądz z wciąż uniesionymi rękami z niedowierzaniem spogląda w stronę chóru, a tam za kontuarem jak gdyby nigdy nic siedzi ojczólek Dawid... da alkoholiko-molto-schizofrenio.
Czy inne jego utwory są równie niezrównoważone? No to już możecie ocenić sami. Polecam dla porównania posłuchać sobie na przykład jeszcze poniższej symfonii organowej, wykonanej oczywiście na instrumencie powstałym przy współudziale rąk samego ojca Dawida.
Jedno jest pewne: jak każdy rodzaj muzyki, tak i ta włoska odmiana w wydaniu Padre Davide może, ale wcale nie musi się podobać. I to jest zrozumiałe, bo kiedy jej trywialność będzie momentami jednych denerwować, drugich będzie wręcz uskrzydlać. Kiedy wykonawcze wskazówki sugerujące użycia różnego rodzaju jarmarcznych bębnów i dzwonków (stosowanych nagminnie w ówczesnych włoskich instrumentach) jednych melomanów będzie zachwycać, tych drugich właśnie wręcz przeciwnie. Wreszcie dla jednych ta muzyka będzie miała "to coś", dla innych znowuż tym czymś będzie dosłownie "brak piątej klepki". Ja osobiście dla muzycznego relaksu, odpoczynku od dzieł wzniosłych i patetycznych, a czasem nawet podenerwowania małżonki (żart), lubię od czasu do czasu zanurzyć się w tę "zachwianą muzykę" tego, czy innego włoskiego ojczulka.