Carl Philipp Emanuel Bach - drugi z synów Jana Sebastiana Bacha, we wczesnych zamierzeniach prawnik, a od 24 roku życia całkowicie oddany muzyce obywatel Niemiec, który posiadając te same geny co najbardziej utalentowany na świecie tatuś, mając w dodatku za ojca chrzestnego niejakiego Telemanna, nie mógł postąpić przecież inaczej, jak tylko poświęcić się komponowaniu (na koncie - wtedy jeszcze nie bankowym - prawie 900 utworów) oraz graniu na klawesynie i fortepianie (co docenili tacy wielcy jak Haydn, Mozart, Brahms, czy wreszcie Beethoven).
Niestety bardzo często zapominamy obecnie o utalentowanej muzycznie reszcie rodziny Bachów, stawiając na pierwszym miejscu (oczywiście nie ulega wątpliwości, że zasłużonym) pana Jana. Trzeba jednak zaznaczyć, że w czasach, kiedy tworzył wspominany dziś Carl Philipp Emanuel Bach, był on poważany bardziej niż ojciec.
Kompozycja, którą wybrałem na dziś, jest poniekąd odległa pod względem niektórych rozwiązań harmonicznych, a jednak tak ewidentnie przesiąknięta duchem i charakterem muzyki Jana Sebastiana, że bez specjalnych problemów można dostrzec koneksje rodzinne między panami, a zwłaszcza wpływ ojca na syna ("i Ducha Świętego" - chciałoby się dodać, a niewykluczone, że pan Jan mógł posiadać takowe układy z "Górą"). Utwory organowe w dorobku Carla nie stanowią jednak tak ważnej pozycji, jak wśród dzieł Jana, ale są ciekawą propozycją dla miłośników tego gatunku.
Posłuchajcie zatem najpierw bardzo ciekawej, niestety krótkiej fantazji, by zaraz po niej poczuć sympatię także do całkiem zgrabnego motywiku fugi (ciekawe, czy i Wam będzie się z czymś kojarzył), doskonale przeprowadzonego przez meandry różnorakich podchodów, przeobrażeń i innych muzycznych dziwolągów. Zgłębiając twórczość potomka słynnego kantora z Lipska, z całą pewnością można dojść do wniosku, że mamy do czynienia z trochę zaniedbanym współcześnie cudownym dzieckiem... po cudownym tatusiu.
Idąc tropem obecnych trendów, które już początkiem listopada zaczynają serwować nam świąteczne promocje, mam takową i dla Was. Jeżeli ktoś z Waszych bliskich lubi muzyczne eksperymenty, polecam specjalny prezent w postaci dźwiękowej bomby o wszystko mówiącej nazwie "J.S.B - Reaktywacja" lub po prostu "Jedno Szybkie Budzenie". To zestaw, który może posłużyć jeżeli nie do zupełnego wskrzeszenia, to przynajmniej do wywołania obrotu w grobie samego Jana Sebastiana Bacha, a to - gwarantuję - wywoła u zainteresowanego wielkie... poruszenie i emocje. Niezbędne zatem będą: 1. "Szczypta" talentu. 2. Będący następstwem punktu pierwszego zgrabny motywik i pomysł na jego uwikłanie między dwie ręce, dwie nogi, 5 manuałów i 57 rejestrów. 3. "Niczego sobie" klasyczny francuski instrument składający się "zaledwie" z 4054 piszczałek, w tym koniecznie z głosem 32 stopowym. 4. Przynajmniej pięć minut przebierania palcami.
Oto przykładowy efekt zabiegu:
No i się porobiło... Tyle wystarczyłoby rzec i wszystko byłoby jasne, ale powiedzmy więcej. Jak sam autor improwizacji napisał, jest to divertimento w stylu barokowym. Gdy zaglądniemy do słownika i przełożymy na język współczesny oryginalnie wywodzące się z języka włoskiego znaczenie tego pojęcia, otrzymamy twór w stylu: "remix-składanka służąca zadowoleniu słuchacza".
Jest zabawa? Jest. Jest zadowolenie? Jest. Ale jest także mój ulubiony efekt kuli śnieżnej. Od samego początku słyszymy przecież, że cała ta kłębiąca się, a nawet narzucająca się naszemu narządowi słuchu, jakże harmonijna mieszanina dźwięków, momentami ostra wymiana zdań, wzbogacana stopniowo o nowe brzmienia, zmierza do konkretnego finału, w którym ukazuje się nam ogrom instrumentu i - bagatela - sprawność oraz ogromny talent grającego. Gdyby nie fakt ograniczoności głosów w instrumencie (albo pamięci na karcie kamery), grający mógłby pewnie kontynuować swoją zabawę w muzykowanie jeszcze przez dobre 10 minut... I to z hakiem. Są teraz pewnie tacy, którzy za samą jakość nagrania chętnie powiesiliby tego pana na tymże haku. A ja przekornie powiem tak: nawet stukające mechanizmy organów (wzmocnione nieco w nagraniu przez takie, a nie inne ustawienie kamery) nie przeszkadzają w słuchaniu tak zmyślnego cacka. Wręcz przeciwnie, dodają całości specyficznego zadziornego charakteru, który zapewne wywołałby jedną z poniższych, zamierzonych - sądząc zwłaszcza po ostatnim spojrzeniu grającego - reakcji mistrza baroku:
1. Powrót - oczywiście z zazdrości - do świata żywych celem wykorzystania tematu tejże improwizacji w swojej Fudze i powiedzenia wszystkim: I'll be Bach! 2. Z racji niemożności wykonania czynności z punktu pierwszego, uskutecznienie wszystko mówiącego obrotu o 180 stopni celem wskazania znanego wszystkim miejsca do pocałowania...
Wpadł mi ostatnio w ręce ciekawy artykuł, w którym brazylijski duchowny ks. Marcello Rossi, który głosi ewangelię w stylu pop oraz organizuje rockowe msze na stadionach stwierdził, że "gdyby Chrystus żył obecnie, byłby gwiazdą mediów". A wszystko za sprawą II Soboru Watykańskiego, po którego reformie popkultura na stałe zagościła w kościołach. Dopuszczono bowiem wszystkie formy "prawdziwej sztuki", które teoretycznie miały służyć uświęcaniu wiernych, ale przede wszystkim wychwalać Stwórcę. Nasuwa się pytanie, co to jest ta "prawdziwa sztuka"? Jedni przecież będą się zachwycać "sztuką" oratoriów (za przeproszeniem) Rubika, inni Sztuką mszy Mozarta (choć zestawienie tych dwóch sztuk jest zupełnie absurdalne).
Od zarania dziejów muzyka w życiu człowieka ściśle związana była z wyrażaniem emocji. Odwołując się do głębszej sfery świadomości, miała odpowiadać na jego wewnętrzne pragnienie piękna i dobra. Potem zaczęła także towarzyszyć rozrywce, w efekcie czego, zatarła się granica definicji muzyki traktowanej jako Sztuka, która wymaga od słuchacza podjęcia pewnego wysiłku prowadzącego do zrozumienia tego jakże specyficznego języka. Bo czy sztuką jest dzisiaj, w dobie komputerów i dostępności do całej palety elektronicznych gadżetów tworzyć muzykę, która miałaby coś wspólnego ze Sztuką? Odpowiedzią na to pytanie jest chyba ta niezliczona ilość "muzyków" - amatorów, którzy - o zgrozo - zaczęli także gościć właśnie w kościołach i Kościele.
Przykre jest to, że dzisiejsze szkoły "produkują" ludzi, którym muzyczne myślenie wydaje się być obce. Wpaja się im model "łatwiejszego" życia, czyli właśnie stronienie od wymagającej zaangażowania Sztuki, unikanie wyrażania opinii na podstawie swoich własnych przemyśleń. Łatwiej jest przecież zaspokoić kulturalny głód muzyczną papką, którą pod przykrywką jedynie słusznego kotleta w błyszczącej panierce albo zrazów w "zdrowym" sosie grzybowym "jakich jeszcze nigdy nie jedliście" - oczywiście bez konserwantów, serwują wszem i wobec środki (za)mas(k)ow(an)ego przekazu. A te jak widać nie chcą i zapewne nie będą promować faktycznie zdrowej formy Sztuki, do której z całą pewnością zaliczyć można byłoby piękną i bogatą w "witaminy" muzykę organową. Jeżeli już stanie się jakiś cud i na medialnej scenie zagości prawdziwa Sztuka, będzie to albo krótki jej fragment (najpewniej podany metodą podprogową), albo zaszczytu zaznajomienia się z takową dostąpią tylko nieliczni, którym los uchylił zamknięte zazwyczaj bramy do Kultury (dowód na marginesie posta).
Jak widać, to muzyka rozrywkowa uważana jest dziś bardziej za jedyną słuszną formę Sztuki... choć częściej niestety tylko "sztuki". Oto bardzo dobrze wpisujący się w ten temat, bliżej nieokreślony przykład muzyczny, który od leniwego słuchacza nastawionego na gotowy "MacDonaldsowy zestaw lekkostrawny", nie będzie wymagał wielu przemyśleń, a "kogoś wręcz przeciwnego" zmusi do zastanowienia się i udzielenia sobie odpowiedzi na następujące, przykładowe pytania:
- Czym kierował się lub pod wpływem jakich dopalaczy był improwizujący muzyk? - Czy jest to przykład prawdziwej Sztuki, czy może tylko "sztuki"? - Ciekawe jaką reakcją wykazaliby się słuchacze, gdyby wykonać coś takiego podczas Mszy lub innego Nabożeństwa? - Czy takie "cuda" są raczej kiepskim pomysłem, czy przeciwnie - dobrym sposobem do odnalezienia się we współczesnym Kościele (nie mylić z kościołem)? - Czy słuchając tej improwizacji rodzi się we mnie radość i zadowolenie, czy może raczej złość i niesmak? - I wreszcie, czy aby z autorem bloga jest wszystko w porządku...?
PS. Jak już się tak rozpisałem, to chciałbym tylko na marginesie wspomnieć o pewnej kwestii związanej z tematem dzisiejszego posta. Właśnie dobiega końca XVI Międzynarodowy Konkurs pianistyczny im. Fryderyka Chopina. Należę do szczęśliwców posiadających dostęp do TVP Kultura, która jako jedyna telewizja w Polsce transmituje to wydarzenie. Postawię więc tylko dwa proste pytania: czy z racji wielkiej rangi oraz faktu odbywania się tylko co pięć lat, konkurs ten nie powinien zaistnieć również w ogólnodostępnym kanale TVP? Dlaczego tak się dzieje, że to właśnie ta wspomniana wcześniej "sztuka", ot choćby pierwsze z brzegu show pana Waldemara M., wygrywa z konkursem tak bardzo związanym z polskością, na promowaniu której wszystkim w ostatnim czasie przecież bardzo zależy?
Pomocne źródło przy tworzeniu posta: fragmenty tekstu p. Ireneusza Wyrwy "Czy liturgia potrzebuje muzyki?"
Dawno już należny mi wakacyjny odpoczynek od zmagań z całoroczną rzeczywistością nie był tak bardzo wypełniony muzyką i doznaniami z niej płynącymi, jak właśnie w tym roku. A wszystko zaczęło się od wiadomości, że mój ukochany artysta z krainy muzyki "poza-organowej" odwiedzi niemiecki Lipsk, by razem ze swoją orkiestrą dać genialny - jak się później okazało - koncert. Nadarzyła się więc doskonała okazja do zobaczenia i usłyszenia mojego ulubionego Petera Gabriela, ale także odwiedzenia miasta, z którym nierozerwalnie związana jest postać samego Jana Sebastiana Bacha. Takiej okazji nie mogłem oczywiście przegapić. Bez zastanowienia skorzystałem z dobrodziejstw internetu i w rezultacie już po kilku dniach na moim biurku leżały bilety na koncert i pociąg (co ciekawe czeski, bo o połowę tańszy od naszego kochanego PKP) oraz rezerwacja w jednym z lipskich hotelików.
Nie zdążyłem się nawet zorientować kiedy to na kalendarzu pojawił się wrzesień i nastał tak bardzo wyczekiwany urlop. 11 dnia tego właśnie miesiąca przywitał nas (w sensie moją Ukochaną i mnie) potężny lipski dworzec kolejowy, a zaraz po nim cała reszta miasta żyjącego na każdym kroku postacią Jaśka. Czekoladki w formie piszczałek, strugaczki i ołówki z podobizną Bacha (oczywiście "made in China"), czy też koszulki z fragmentami jego zapisów nutowych, wszechobecne były niemal w każdym sklepie. Ale to przecież nieodłączny element dzisiejszego świata komercji. Starałem się jej wystrzegać ile tylko można. Wolałem bowiem nastawiać się na prawdziwą radość i doznania płynące z faktu zetknięcia się zarówno z miejscami, w których niegdyś żył i tworzył mistrz barokowej harmonii, jak również z przedmiotami z jego życia oraz - a może przede wszystkim z rękopisami, jako namacalnymi (oczywiście nie licząc dzielącej mnie od nich szyby) dowodami na istnienie tej Boskiej muzyki. Ogromne wrażenie wywarło więc na mnie spotkanie "na żywo" z charakterem jego pisma i sposobem zapisu muzycznej myśli, w którym z jednej strony można było dostrzec niesamowity artyzm każdej pojedynczej nuty, z drugiej zaś bałagan w postaci pokreślonych taktów, czy też luźnych notatek stawianych w dowolnym niemal miejscu.
Dopełnieniem mojego gargantuicznego zadowolenia płynącego zarówno z koncertu w lipskiej Arenie (na którym nawiasem mówiąc doskonale skompletowana New Blood Orchestra oczywiście z Peterem na czele, dała mistrzowski popis instrumentalno-wokalny [linki do fragmentów poniżej]), jak i z obecności w mieście Bacha, mogła być już tylko sposobność usłyszenia organów, na których niegdyś koncertował mistrz. I tak organy Sauera w kościele św. Tomasza (to te ze zdjęcia powyżej) dane mi było usłyszeć tylko przez chwilę podczas zakończenia niedzielnej uroczystości, ale za to w kościele św. Mikołaja przywitały mnie donośne i rewelacyjnie brzmiące 84 głosowe, dostojne organy Friedricha Ladegasta, na których ktoś aktualnie ćwiczył. Połączenie doskonale rozchodzących się dźwięków z pięknym i nietypowym wnętrzem świątyni sprzyjało kontemplacji. Przeniosłem się w czasie wyobrażając sobie, jak niegdyś ta sama niebiańska muzyka płynęła wprost spod rąk i nóg* nieśmiertelnego już teraz Bacha. Z jednej strony zazdrościłem ówczesnym, którym dane było obcować z tym pięknem, a z drugiej byłem wdzięczny, że mimo upływu ładnego już przecież kawałka czasu, po dzień dzisiejszy zachowały się wspomniane wcześniej rękopisy, dzięki którym muzyka Bacha wciąż bierze udział w tworzeniu dalszej historii ludzkości, zachwycając nas swoją oryginalnością, pięknem i ponadczasowością, ot choćby jak poniższe (nawiasem mówiąc skomponowane w Lipsku) preludium chorałowe "Nun komm der Heiden Heiland".
* ciekawostką jest odwieczny spór naukowców, muzykologów i wszelkiego rodzaju znawców nad tym, czy Bach mógł z racji swojego niskiego wzrostu grać używając pięt, czy tylko samych czubów...
A oto obiecane linki do fragmentów koncertu "New Blood" Petera Gabriela (ze względu na lepszą jakość odeślę Was na koncert, który miał miejsce nieco później we Włoszech):
Muzyka organowa na wakacjach - to jak najbardziej sprzyjające okoliczności do tego, by zaprezentować Wam coś z zupełnie innej muzycznej beczki, aczkolwiek z delikatnie wystającymi z niej piszczałkami. Inaczej przecież na tym blogu być nie może. A zatem do rzeczy - już za chwilę z Waszych głośników popłynie najbardziej charakterystyczne dzieło francuskiego romantyka, który wypracował swój bardzo indywidualny styl muzyczny, choć sam uważał siebie za eklektyka. Camille Saint-Saëns - bo o nim właśnie mowa - osiągnął szczyt swojej muzycznej kariery, kiedy dokładnie w 1886 roku (nawiasem mówiąc roku śmierci jego przyjaciela Franciszka Liszta, któremu zadedykował swoją kompozycję), uszom tego świata dała się po raz pierwszy usłyszeć Symfonia c-moll nr 3 op. 78, zwana także symfonią organową - choć nazwałbym ją raczej po prostu symfonią "mało organową". Dlaczego? Odpowiedź na to pytanie jest akurat bardzo prosta - bo organy usłyszycie tak naprawdę dopiero w ostatniej części symfonii. Wcześniej owszem biorą od czasu do czasu udział (II część), ale nie jako instrument, który zgodnie z nazwą powinien mieć najwięcej do powiedzenia, lecz jako jeden z wielu instrumentów wtrącających swoje trzy grosze do tej misternej skarbonki muzycznej. Nasuwa się drugie pytanie: skąd zatem taka nazwa dla symfonii? Odpowiedzi są tym razem dwie.
Po pierwsze wszystko wyda się Wam jasne, kiedy posłuchacie całości zwracając uwagę na zamysł kompozytora polegający na tym, by przez pierwsze trzy części powolutku budować nastrój i atmosferę zmierzającą w efekcie do gromkiego uderzenia organowego Pleno we wspomnianej IV części. Od tego właśnie momentu rozpoczyna się ogromna nawałnica dźwięków, w której w przeciwieństwie do początku kompozycji, bardzo ważną rolę odgrywają organy. Teraz to one mogą chociaż przez chwilę poprowadzić bardzo charakterystyczny motyw, dają się słyszeć z oddali podczas narastania tej muzycznej burzy, by ostatecznie razem z trąbkami i kotłami potężnie wybrzmieć w finale symfonii.
Druga odpowiedź jest bardziej prozaiczna - nazwa ta to wynik raczej niefortunnego tłumaczenia z języka francuskiego - "avec orgue" powinno raczej zostać przetłumaczone jako symfonia "z organami".
"Dałem tej kompozycji wszystko, co tylko było możliwe. Nigdy więcej nie osiągnę tego, co zostało osiągnięte w tej symfonii." Saint-Saëns.
Część I:
Część II:
Część III:
Część IV:
I jeszcze małe Post Scriptum: BLOG Z MUZYKĄ ORGANOWĄ MA JUŻ ROK! Z tej okazji chcę podziękować wszystkim: stałym, niestałym, starym i nowym bywalcom tego bloga za wszystkie miłe opinie i komentarze, które przez ten rok zostawialiście tutaj i być może zostawicie jeszcze w niedalekiej przyszłości. Mam nadzieję, że kolejny rok nadal spędzimy wspólnie z ponadczasową muzyką organową!