Urodził się w bazylice Valère w szwajcarskiej miejscowości Sion dokładnie... 577 lat temu, ale po dzień dzisiejszy zachował niesamowitą sprawność i możliwości, których mógłby pozazdrościć mu niejeden młodzieniaszek urodzony już w XXI wieku. Posiada 8 głosów wydobywających się z zaledwie 376 piszczałek. Jest kręgosłupem gotyckiego organowego festiwalu odbywającego się w tym miejscu już od ponad 40 lat, który przyciąga najwybitniejszych organistów i ekspertów organów z całego świata, a niesamowitymi szczęściarzami są ci odwiedzający to urokliwe miejsce, którym dane było go zobaczyć, ale przede wszystkim wziąć udział w tej magicznej uczcie dźwięków, czyli usłyszeć najstarsze na naszej planecie nadające się do gry organy. A trzeba zaznaczyć, że jest ich niewielu, ponieważ zwiedzanie instrumentu nie jest powszechnie dostępne. Zapraszam zatem na magiczną podróż w odległe rejony muzyki organowej.
Wyobraźmy sobie, że wchodzimy do bazyliki i od razu kierujemy się w stronę wąskich i krętych schodów, na końcu których naszym oczom ukazuje się misternie wykonane cudo. To majstersztyk, do którego my - miłośnicy współczesnych instrumentów w naszych modernych świątyniach nie jesteśmy przyzwyczajeni. Nie posiada bowiem nieskończonej liczby klawiatur, przełączniczków, przycisków, pedałów i komputerowych wyświetlaczy, ale tylko jeden misternie wystrugany skromny manuał wzbogacony równie szykowną króciutką klawiaturą nożną. Takich instrumentów pochodzących z XIV wieku jest wprawdzie więcej (np. w Hiszpanii), ale w większości albo popadły one w ruinę, albo ich mechanizmy i elementy zostały podczas renowacji przeprowadzanych w XX wieku wymienione na nowsze, a te już nie dadzą takiego samego efektu. Opisywany instrument jest wyjątkowy, ponieważ zachowały się większości oryginalnych elementów mechanizmu. W 1700 roku instrument został zmodyfikowany na potrzeby wykonywania muzyki barokowej, dlatego też nie można do końca stwierdzić, czy brzmi on teraz tak, jak brzmiał pierwotnie, ale ze względu na zachowane elementy, jest wielce prawdopodobne, że jego charakter nadal osadzony jest w czasach średniowiecza.
Zobaczyliśmy organy z bliska, zejdźmy teraz na ziemię i zobaczmy je z dołu. Podnosimy głowę i widzimy malutki instrument osadzony niejako w specyficznym, przypominającym dziób statku kadłubie, wybudowanym później, bo w 1630 roku. Wzrok przykuwają również ciekawe malowidła wykonane na wewnętrznych stronach drzwi zamykających prospekt instrumentu. To dzięki nim tak naprawdę wiadomo, że instrument jest datowany na tamte czasy, ponieważ ustalono, że malowidła te stworzył malarz Peter Maggenberg właśnie między 1434 a 1437 rokiem. Należy też pamiętać, że organy były w tamtym czasie jedną z najbardziej skomplikowanych maszyn, jakie udało się stworzyć ludzkości do nadejścia rewolucji przemysłowej. Dlatego też ich wartość na owe czasy była niebagatelna. Twierdzi się, że powstały dzięki wielkiej figurze Guillaume de Rarogne, który ufundował instrument, a to czy fakt ten miał wpływ na objęcie przez niego posady biskupa Sionu jest kwestią niewyjaśnioną. Ostatnie prace konserwatorskie miały miejsce w 1954 roku. Od tego czasu ten pra-pra dziadek wszystkich organowych klawiatur świata ma się całkiem dobrze i zachwyca koneserów oraz miłośników muzyki dawnej i organowej swoim urokiem i niepowtarzalnym brzmieniem:
Dla zainteresowanych dyspozycja instrumentu:
Manuał
1. Principal 8'
2. Oktav 4'
3. Coppell 4'
4. Oktav 2'
5. Quint Major 2 2/3'
6. Quint Minor 1 1/3'
7. Mixtur II 1'
Pedał
8. Subbas II 16'+8'
czwartek, 30 sierpnia 2012
czwartek, 2 sierpnia 2012
Urodziny, nowa szata i muzyka trochę inaczej...
Gdyby tak zacytować pewną kwestię z filmu, to brzmiałaby ona mniej więcej tak: "zmiany, zmiany, zmiany". To właściwie wystarczyłoby za cały komentarz dotyczący metamorfozy, którą pewnie już zdążyliście zauważyć. Stara wersja bloga utworzona 6 sierpnia 2009 roku była wąska, żeby wszyscy miłośnicy muzyki organowej z małymi monitorkami również mogli tu znaleźć coś dla siebie. Ale w dzisiejszych czasach, kiedy wszystko staramy się albo maksymalnie zmniejszyć (co w opisywanej sytuacji nie byłoby najlepszym rozwiązaniem), albo maksymalnie zwiększyć, musiałem w końcu znaleźć chwilkę by zreorganizować trochę szatę graficzną i poszerzyć bloga, żeby i tym razem dogodzić organowym melomanom, ale już z ogromnymi, panoramicznymi monitorami. Czekam oczywiście na wszelkie uwagi i sugestie.
To już prawie trzy lata, jakeśmy się tu wszyscy zgromadzili na czytaniu, pisaniu, no i przede wszystkim na słuchaniu muzyki organowej: tej łatwiejszej, tej leżącej pośrodku ale i tej trudnej, która wymaga od słuchacza wyrozumiałości, uwagi i umiejętności znalezienia "tego czegoś" wśród masy kotłujących się dźwięków (dzisiaj również będziemy szukać "tego czegoś"). Było dużo o tonacjach, kompozytorach z różnych epok, wykonawcach godnych polecenia, instrumentach godnych posłuchania (choć zdarzyło się również miejsce, w którym ja osobiście nie znalazłem tego, czym sporo ludzi tak się zachwyca). Przewijały się różne mniej lub bardziej autentyczne historie, w których tle zawsze tkwiły organy. To małe podsumowanie ma służyć tylko jako wstęp do najważniejszego stwierdzenia na trzecie urodziny: TO JESZCZE NIE KONIEC I DALEKO MI DO NIEGO!
A dowodem na to niech będzie kolejna ciekawostka z organami w tle. Natknąłem się bowiem ostatnio na bardzo ciekawą płytę "Ceremony (2012)" pewnej młodej szwedzkiej artystki - Anny von Hausswolff, o ekspresyjnym i nieprzeciętnym głosie (na marginesie bardzo podobnym do Kate Bush). Na płycie znajdziemy 13 utworów, w których obok fortepianu, gitar i perkusji chyba najważniejszą i najciekawszą rolę odgrywają organy. Ciekawy to pomysł, by instrument zazwyczaj kojarzony tylko z Liturgią wpleść do muzyki nazwijmy to popularnej. Momentami delikatny, momentami zadziorny głos Anny doskonale współbrzmi z organową bestią, tworząc bardzo specyficzny świat różnorakich dźwięków, wymyślony i powołany do życia przez samą wykonawczynię. Ale uwaga, by móc w pełni zanurzyć się w ten raczej mroczny świat, wymagane jest od słuchacza nieco uwagi. Bez niej taka muzyka nie będzie mogła w ogóle zacząć się podobać. Najlepszą porą będzie zatem wieczór, a miejscem wygodny fotel lub kanapa w pokoju z przygaszonym światłem. Jeżeli do tego na Twojej półce stoi jeszcze Brian Eno, Sigur Rós, czy Lykke Li, to bez skrępowania możesz sięgnąć po tę płytę, bo z całą pewnością jest ona skierowana do lubujących się w eksperymentach i muzycznych innowacjach. Polecam!
PS. Jeżeli znacie jeszcze inne płyty z muzyką raczej nieklasyczną, w której wykorzystane zostały organy, napiszcie o tym. Wspólnie spróbujemy stworzyć taką listę.
To już prawie trzy lata, jakeśmy się tu wszyscy zgromadzili na czytaniu, pisaniu, no i przede wszystkim na słuchaniu muzyki organowej: tej łatwiejszej, tej leżącej pośrodku ale i tej trudnej, która wymaga od słuchacza wyrozumiałości, uwagi i umiejętności znalezienia "tego czegoś" wśród masy kotłujących się dźwięków (dzisiaj również będziemy szukać "tego czegoś"). Było dużo o tonacjach, kompozytorach z różnych epok, wykonawcach godnych polecenia, instrumentach godnych posłuchania (choć zdarzyło się również miejsce, w którym ja osobiście nie znalazłem tego, czym sporo ludzi tak się zachwyca). Przewijały się różne mniej lub bardziej autentyczne historie, w których tle zawsze tkwiły organy. To małe podsumowanie ma służyć tylko jako wstęp do najważniejszego stwierdzenia na trzecie urodziny: TO JESZCZE NIE KONIEC I DALEKO MI DO NIEGO!
A dowodem na to niech będzie kolejna ciekawostka z organami w tle. Natknąłem się bowiem ostatnio na bardzo ciekawą płytę "Ceremony (2012)" pewnej młodej szwedzkiej artystki - Anny von Hausswolff, o ekspresyjnym i nieprzeciętnym głosie (na marginesie bardzo podobnym do Kate Bush). Na płycie znajdziemy 13 utworów, w których obok fortepianu, gitar i perkusji chyba najważniejszą i najciekawszą rolę odgrywają organy. Ciekawy to pomysł, by instrument zazwyczaj kojarzony tylko z Liturgią wpleść do muzyki nazwijmy to popularnej. Momentami delikatny, momentami zadziorny głos Anny doskonale współbrzmi z organową bestią, tworząc bardzo specyficzny świat różnorakich dźwięków, wymyślony i powołany do życia przez samą wykonawczynię. Ale uwaga, by móc w pełni zanurzyć się w ten raczej mroczny świat, wymagane jest od słuchacza nieco uwagi. Bez niej taka muzyka nie będzie mogła w ogóle zacząć się podobać. Najlepszą porą będzie zatem wieczór, a miejscem wygodny fotel lub kanapa w pokoju z przygaszonym światłem. Jeżeli do tego na Twojej półce stoi jeszcze Brian Eno, Sigur Rós, czy Lykke Li, to bez skrępowania możesz sięgnąć po tę płytę, bo z całą pewnością jest ona skierowana do lubujących się w eksperymentach i muzycznych innowacjach. Polecam!
PS. Jeżeli znacie jeszcze inne płyty z muzyką raczej nieklasyczną, w której wykorzystane zostały organy, napiszcie o tym. Wspólnie spróbujemy stworzyć taką listę.
poniedziałek, 23 lipca 2012
Organ niesiony
Niektórym do pełni szczęścia potrzebne są ogromne, ponad stu głosowe organy, które swym potężnym brzmieniem będą kruszyć mury wielkiej, niesamowicie akustycznej świątyni. Innym wystarczy znowuż mały, kilkugłosowy instrument umieszczony na chórze niewielkiego kościółka. Ale są też tacy, którym wystarczy niewielka drewniana skrzyneczka, a w niej rząd drewnianych lub jak kto woli ołowianych piszczałek. A jak jeszcze do takiej konstrukcji dołoży się im klawiaturę oraz miech, którym będą mogli bez użycia elektryczności pompować powietrze i powie się im, że można to cudo sobie zawiesić na szyi i wykonywać największe dzieła średniowiecznej epoki idąc na przykład głównym deptakiem w jednej z naszych polskich nadmorskich miejscowości, to pełnia szczęści gwarantowana! Portatyw - bo o nim mowa - potrafi na szczęście zachwycić również miłośników ogromnych i średnich organów, bo urok tego instrumentu spokojnie dorównuje im swą wielkością. To również dzięki bardzo specyficznej muzyce, jaką wykonywano na tym instrumencie np. w XV wieku, kiedy to cieszył się największą popularnością, a która to muzyka tworzona była z kolei w wyniku pewnych ograniczeń natury technicznej. Otóż jak donoszą specjaliści w tym temacie, prostopadle umieszczona do grającego klawiatura umożliwiała mu używanie tylko dwóch palców. Co ciekawe, jeszcze w XVIII wieku, kiedy pozycja klawiatury w instrumentach nie nakładała już takiego ograniczenia, grający nadal stosowali tę dziwną manierę, wykonując gamy tylko dwoma palcami. Dzisiaj niektórzy nazwaliby ich po prostu dziwakami. Dla mnie to jednak muzyczni ekscentrycy, którzy bez reszty oddawali się swojej muzyce. Przejdźmy zatem od słów do tej właśnie muzyki - moim zdaniem świetnej propozycji na letni odpoczynek:
wtorek, 19 czerwca 2012
Widzimisie i upalne kaprysie
No i jest patelnia, i to taka bez teflonu, jest skwar, żar i spiekota. W tak miłych okolicznościach przyrody i niepowtarzalnych, jedni robią się kapryśni, drugim plącze się język, a trzecim głowa wypełnia się dziwnymi myślami. Tak sobie więc pomyślałem, że jednak trzeba mieć w życiu przynajmniej jeden kaprys, chociaż malutki pozytywnie zabarwiony kaprysik. Najlepiej mieć ich sporo, ale oczywiście z zachowaniem pewnego umiaru, tak żeby potem ktoś, zwłaszcza ktoś na kim nam zależy, nie nazwał nas marudami, zrzędami, czy wreszcie widzimisiami (termin pochodzący od "widzimisię" - synonimu kaprysu). Chociaż akurat to określenie ładne jest i to aż tak, że uwaga uwaga, złożę teraz niespodziewanie na Waszych internetowych oczach publiczną deklarację: otóż jestem widzimisiem. Tak, mam swoje zachcianki oraz fanaberie, które lubię, szanuję i pielęgnuję. Uwielbiam mieć na przykład porządek w nutach i płytach... Nie najlepszy to może przykład, bo życie pokazuje, że potrafię się bez tego porządku obejść, nie natknąłem się bowiem na niego już od dłuższego czasu i to wcale jak zwykle nie jest moja wina. (Czy takie tłumaczenie się przed sobą również należy do jednej z głównych cech widzimisiów?) Takich fanaberyjek i kaprysiów mam na pęczki, dlatego ich Wam i sobie oszczędzę, prezentując do podziału tylko jeden pozytywny kaprys, który kojarzy misie... Ech, przegrzanie, brak spacji oraz ogonka i już człowiek musi się tłumaczyć, że misie takie Capriccio może i ze sobą skojarzy, ale tylko te znające się na dobrej muzyce organowej, siedzące wygodnie ze słuchawkami na uszach w swoich leśnych zakamarkach (w chłodnym cieniu!!!). W tym przypadku chodziło mi jednak bardziej o fakt kojarzenia przeze mnie tego utworu z okresem wakacyjno-pordóżniczo-odkrywczo-wypoczynkowym. W niejakiej Wikipedii pod hasłem muzycznego kaprysu nie znalazłem niestety nawet małej wzmianki o takim kanikularnym zabarwieniu. Stoi natomiast: "żywa improwizowana kompozycja instrumentalna", a widzimiś w towarzystwie upału napisałby raczej: "nieumarła spontaniczna instrumentalna mieszanka dźwięków". Oj tak tak, czas żeby wszystkie widzimisie zabrały pod pachy swoje kaprysie i wyruszyły hen hen daleko, by tam móc się nimi bez skrępowania cieszyć. Udanych wakacyjnych wybryków!
poniedziałek, 21 maja 2012
Wolfgang [L]amadeusz Mozart - czarodziejski flet i dwie kulki
Ciekawi mnie, czy lamy podobnie jak ludzie cierpią na brak weny? Wikipedia nic na ten temat nie mówi, ale mówi za to, że lama to udomowiony ssak parzystokopytny z rodziny wielbłądowatych, zwierzę socjalne z rozbudowanymi zachowaniami grupowymi (i to jak rozbudowanymi - oto najczęściej występujący rodzinny model: dominujący samiec i około 6 samic z młodymi), którego cechą charakterystyczną jest plucie w sytuacjach stresowych (pod to zachowanie można by akurat podpiąć również kilka innych ssaków, ale o tym może innym razem). Jest do tego zwierzęciem bardzo popularnym, na przykład niejaki Monty Python stworzył skecz na cześć lamy (Llamas). Od dzisiaj będzie jeszcze bardziej popularna - a to za sprawą Mozarta, jego czarodziejskiego fletu i dwóch kulek...
Co poniektórzy z bardziej sprośnymi myślami pewnie mówią sobie właśnie pod nosem: a to świntuch, wypisywać o takich rzeczach na takim poważnym (zazwyczaj) blogu... A my (w sensie ja autor, moja szalona wyobraźnia i niekonwencjonalne poczucie humoru) uwielbiamy się bawić takimi dwuznacznościami. Najpierw budujemy odpowiednie napięcie, kiedy to czytelnik już nie może się doczekać, co też wydarzy się z tymi kulkami i fletem Mozarta (w dodatku [L]amadeusza), mózgowe połączenia tworzą już szeroką autostradę, po której myśli czytelnika zaraz zaczną się rozpędzać, by jak najszybciej dotrzeć wprost do łóżka austriackiego kompozytora i spraw z nim związanych. Jak jeszcze takiemu czytelnikowi zdarzy się połączyć "te" sprawy ze wspomnianym rodzinnym modelem charakteryzującym lamy (zwłaszcza z fragmentem dotyczącym dominującego samca i jego sześciu samic), to przebieranie nogami, gryzienie paznokci i zaczerwienienie na twarzy mamy pewne jak w banku.
Żeby cały zabieg przyniósł pożądany efekt, wystarczy w kolejnym kroku już tylko odrzucić na bok sprośności i napisać po prostu o... wsłuchiwaniu się w uwerturę do opery "Czarodziejski flet" Mozarta, któremu towarzyszy zajadanie się ostatnimi dwiema, znalezionymi na dnie szuflady kulkami Mozarta (tzw. "Mozartkugel" [uwaga na ślinotok] - kuliste czekoladki z nadzieniem z pistacjowo-migdałowego marcepanu, oblanego nugatem, a z zewnątrz ciemną czekoladą... mhhhmmmm). Autor znalazł rozwiązanie na brak weny, jego poczucie humoru zostało dostatecznie połechtane, a czytelnik pozostaje z pytaniem na ustach: co tu u licha robi ta lama? W te pędy przyszło mi na myśl kilka możliwych odpowiedzi:
1. Jak wspomniane zostało na początku, lamy plują. Mógłbym na przykład w stresie wywołanym złością i niezadowoleniem z jakości interpretacji albo wykonania, pluć kulkami Mozarta po mieszkaniu. Tę zależność jednak odrzucam z racji faktu, że jest to wersja organowa, a tu rzadko mam do czynienia ze złością, prędzej z niezadowoleniem, ale to nie generuje u mnie na szczęście konieczności plucia.
2. Słuchając uwertury mógłbym wylegiwać się na lamiej skórze. To z racji przekonań jest zupełnie nieprawdopodobne, bliżej mi już do tego plucia.
3. Samce wykorzystywane są również do celów transportowych. Podobno mogą przenieść średnio około 30 kg na trasie 20 km. A gdyby im tak zwiększyć obciążenie, a skrócić trasę? Zakładając, że ważę powiedzmy 70 kg, taka lama mogłaby mnie ponieść kilka kilometrów, a ja w tym czasie mógłbym się delektować np. Mozartem (kulkami czy fletem, jak kto woli)... Nic z tego, maksymalna ładowność lamy - 45 kilogramów, więc pozostają mi dieta i spacerek.
4. Ostatecznie założyłem, że akurat ta lama jest zwierzęciem wyjątkowo wścibskim i po prostu lubi wtykać nos to tu, to tam...
Miłego [L]amadeusza... polecam zwłaszcza z kulkami!
Co poniektórzy z bardziej sprośnymi myślami pewnie mówią sobie właśnie pod nosem: a to świntuch, wypisywać o takich rzeczach na takim poważnym (zazwyczaj) blogu... A my (w sensie ja autor, moja szalona wyobraźnia i niekonwencjonalne poczucie humoru) uwielbiamy się bawić takimi dwuznacznościami. Najpierw budujemy odpowiednie napięcie, kiedy to czytelnik już nie może się doczekać, co też wydarzy się z tymi kulkami i fletem Mozarta (w dodatku [L]amadeusza), mózgowe połączenia tworzą już szeroką autostradę, po której myśli czytelnika zaraz zaczną się rozpędzać, by jak najszybciej dotrzeć wprost do łóżka austriackiego kompozytora i spraw z nim związanych. Jak jeszcze takiemu czytelnikowi zdarzy się połączyć "te" sprawy ze wspomnianym rodzinnym modelem charakteryzującym lamy (zwłaszcza z fragmentem dotyczącym dominującego samca i jego sześciu samic), to przebieranie nogami, gryzienie paznokci i zaczerwienienie na twarzy mamy pewne jak w banku.
Żeby cały zabieg przyniósł pożądany efekt, wystarczy w kolejnym kroku już tylko odrzucić na bok sprośności i napisać po prostu o... wsłuchiwaniu się w uwerturę do opery "Czarodziejski flet" Mozarta, któremu towarzyszy zajadanie się ostatnimi dwiema, znalezionymi na dnie szuflady kulkami Mozarta (tzw. "Mozartkugel" [uwaga na ślinotok] - kuliste czekoladki z nadzieniem z pistacjowo-migdałowego marcepanu, oblanego nugatem, a z zewnątrz ciemną czekoladą... mhhhmmmm). Autor znalazł rozwiązanie na brak weny, jego poczucie humoru zostało dostatecznie połechtane, a czytelnik pozostaje z pytaniem na ustach: co tu u licha robi ta lama? W te pędy przyszło mi na myśl kilka możliwych odpowiedzi:
1. Jak wspomniane zostało na początku, lamy plują. Mógłbym na przykład w stresie wywołanym złością i niezadowoleniem z jakości interpretacji albo wykonania, pluć kulkami Mozarta po mieszkaniu. Tę zależność jednak odrzucam z racji faktu, że jest to wersja organowa, a tu rzadko mam do czynienia ze złością, prędzej z niezadowoleniem, ale to nie generuje u mnie na szczęście konieczności plucia.
2. Słuchając uwertury mógłbym wylegiwać się na lamiej skórze. To z racji przekonań jest zupełnie nieprawdopodobne, bliżej mi już do tego plucia.
3. Samce wykorzystywane są również do celów transportowych. Podobno mogą przenieść średnio około 30 kg na trasie 20 km. A gdyby im tak zwiększyć obciążenie, a skrócić trasę? Zakładając, że ważę powiedzmy 70 kg, taka lama mogłaby mnie ponieść kilka kilometrów, a ja w tym czasie mógłbym się delektować np. Mozartem (kulkami czy fletem, jak kto woli)... Nic z tego, maksymalna ładowność lamy - 45 kilogramów, więc pozostają mi dieta i spacerek.
4. Ostatecznie założyłem, że akurat ta lama jest zwierzęciem wyjątkowo wścibskim i po prostu lubi wtykać nos to tu, to tam...
Miłego [L]amadeusza... polecam zwłaszcza z kulkami!
Subskrybuj:
Posty (Atom)







