Do grudnia pozostało jeszcze trochę czasu, ale muzyczna bielska śmietanka miała przedsmak zimy już w wakacje. Trzykrotnie została zaszczycona obecnością pana Roberta Grudnia - jak możemy przeczytać na stronie artysty - znanego lubelskiego muzyka, solisty, producenta prestiżowych koncertów, spektakli i festiwali muzycznych, jednego z najchętniej zapraszanych koncertujących organistów w Polsce. I to ostatnie jak widać w przypadku mojego miasta by się zgadzało. Pana Roberta miałem już okazję słyszeć wcześniej, ale wtedy postanowiłem publicznie nie komentować moich przemyśleń na temat raczej komercyjnego występu z panem Agratiną. Z zamysłem zaznania potęgi muzyki organowej płynącej z tak pięknego i dobrze mi przecież znanego instrumentu, wybrałem się na pierwszy z trzech występów pana Grudnia. Kiedyś coś kazało mi milczeć. Teraz po ostatnich doznaniach z bielskiej katedry coś jednak zmusza mnie do wypowiedzenia kilku zdań na temat występu. O ile na przykład Purcell zagrany jakby z pamięci (choć z wyraźnymi jej zanikami), Ave Maria Schuberta zinterpretowana w zupełnie dziwaczny sposób i w dziwacznym tempie, Chopin z koszmarną artykulacją zagrany na bis zupełnie mnie nie poruszyły, o tyle już tańce pochodzące z Tabulatury Jana z Lublina chwilowo zaspokoiły mój ogromny niedosyt. Takie właśnie przeskoki ze strefy kiczu, jakby konieczności odbębnienia standardów, do całkiem przyjemnych rozwiązań brzmieniowych i ciekawych wykonań zupełnie mnie dezorientowały. Moje zagubienie w odbiorze ostatecznie wzmogły autorskie, jak ja to nazywam jednokopytne*, niezbyt wyrafinowane i raczej nieciekawe kompozycje pana Roberta. Zaniepokojony swoimi odczuciami po koncercie, zupełnie sprzecznymi - jak to zwykle w moim przypadku bywa - z odbiorem bielskiej publiczności, która jak zauważyłem ma w zwyczaju nagradzanie owacjami na stojąco każdy występ, niezależnie od jego poziomu artystycznego, postanowiłem poszperać trochę w internecie w poszukiwaniu jakiegoś dowodu na to, że może był to zły dzień pana Roberta, że może coś nie tak było z instrumentem, czy że wreszcie coś rozstroiło mój wbudowany odbiornik. Oczekiwałem nagrań artysty, w których przekaz i walory muzyczne, których tak brakowało mi po koncercie w bielskiej katedrze byłyby jasne, czytelne i na pierwszym miejscu. Znalazłem jednak nagrania, które pokazały mi, że taka mizeria artystyczna to swego rodzaju standard towarzyszący występom pana Roberta. Potwierdzenie znalazłem także w komentarzach innych słuchaczy, w znacznej większości brzmiących mniej więcej tak: "Nie ma to jak całoroczne koncerty Grudniowe gdzie się da i na czym da, albo kuriozalna transkrypcja utworu nie z tej epoki na instrumencie nie z tej epoki. Epokowe dokonanie od'tfu'rcze.", "'Organista' kompletnie ignoruje naturę instrumentu, na jakim ma grać.", "Pitupitupitupitu, improwizatorko-kompozytorska słabizna na miarę uczniaka.", "Bezsensowny gniot, improwizacja/utwór godna amatora! Widać po minie Pendereckiego, jak się zastanawia: co ja do cholery robię w tym cyrku...", "Po co ten internet zaśmiecać takimi przygłupiastymi pomysłami? Nie chodzi tylko o Chopina i o organy, ale o jakiś elementarny szacunek dla samych siebie... Dla mnie zdecydowanie ta mała dawka jest już niestrawna". Pełen szczerych chęci chciałem znaleźć to COŚ w interpretacjach i kompozycjach pana Grudnia, ale nie udało mi się. Może tak jest kiedy się człowiek nasłucha innych kompozycji będących zupełnymi przeciwieństwami takich (i tu również cytat) "Paranoi hipertranscendentalnych", którymi swoją publiczność raczy pan Robert. Może ta publiczność nie ma dostępu do internetu, albo w przeciwieństwie do mnie boi się wyrazić swoje zdanie. Ja w tym miejscu z publiczności tej niestety się wypisuję - mam do tego takie samo prawo, jak ci, którzy w niej są i zapewne pozostaną, bo gust i wymagania słuchacza względem artysty to bardzo indywidualna sprawa. Mój indywidualny odbiornik nastrojony jest jednak na odbiór muzyki oddalonej o 180 stopni, na przykład takiej:
* jednokopytne - w skrócie wszystko grane na jedno kopyto
środa, 4 września 2013
piątek, 26 lipca 2013
Taniec śmierci po holendersku
Możliwość uczestniczenia wraz z Tonem Koopmanem w niezapomnianej jak sądzę muzycznej podróży to zapewne marzenie wielu młodszych, a kto wie czy również i nie starszych organistów z całego świata. Można więc temu młodemu człowiekowi ze zdjęcia obok tylko zazdrościć takiego spotkania. Ale drodzy Państwo trzeba mu także, a może przede wszystkim zazdrościć ogromnego talentu muzycznego jakim obdarzono go w momencie przyjścia na ten świat zaledwie 19 lat temu. Od dłuższego już czasu śledzę jego muzyczne dokonania, ale dopiero dzisiaj przyszedł czas na to, by zachęcić Was do zapoznania się z dokonaniami tego sympatycznego chłopaka - Gert'a van Hoef. Zastanawiałem się które z wielu nagrań Wam zaprezentować i ostatecznie padło na goszczący już kiedyś na moim blogu Taniec Śmierci Camille'a Saint-Saëns'a (kto jeszcze nie miał okazji, zapraszam na muzyczną retrospekcję). Zupełnie inna od poprzedniej interpretacja tego wielkiego dzieła (po części zapewne wynikająca z ograniczeń instrumentu) zaskakuje swoją świeżością, sprawnością, rzekłbym paradoksalnie do tematu nawet swego rodzaju... radością. Ale radością wynikającą raczej z faktu niesamowitego posłuszeństwa instrumentu, na którym ten młodzieniec ukazuje nam całego siebie, odkrywa najskrytsze zakamarki swojej muzycznej duszy. Jeżeli do tego świetnego utworu, wspomnianego wyczucia, technicznej sprawności, muzycznej dojrzałości i ewidentnego zrozumienia muzyka z instrumentem, całkiem zgranej ekipy kolegów non-stop "majstrujących" przy doborze głosów (czy to nie jest fajne, że zamiast korzystać z dobrodziejstw komputera można wciągnąć w zabawę kolegów?), dodamy wynikające z tego doboru cudowne brzmienie tego holenderskiego sprzętu grającego (przepiękne górne rejestry brzmią tak płaczliwie tylko w holenderskich instrumentach), otrzymamy cudowne i niepowtarzalne połączenie, którego chce się słuchać i oglądać, oglądać i słuchać... Szczerze życzę temu młodemu muzykowi spełnienia w dalszym odkrywaniu i coraz większym rozumieniu magicznego świata organowych dźwięków, ale nigdy w towarzystwie rutyny. A Wam drodzy słuchacze życzę głośników wypchanych po brzegi organowym uniesieniem!
A na dodatek jeszcze kilka zdjęć tego pięknego instrumentu:
A na dodatek jeszcze kilka zdjęć tego pięknego instrumentu:
środa, 3 lipca 2013
Białe na czarnym
Widząc dzisiejsze nagranie, przypomniał mi się raczej mało śmieszny kawał, w którym ktoś pyta, dlaczego na organowej klawiaturze są białe i czarne klawisze, a drugi ktoś odpowiada, że na białych to się gra na ślubach, a na czarnych na pogrzebach. Pomyślałem sobie, że ktoś kto wymyślił ten dowcip chyba nie widział klawiatury jak ta z dzisiejszej poniższej muzycznej propozycji. Tutaj bowiem statystycznie rzecz ujmując grałoby się w większości tylko na pogrzebach, bo czarno na białym widać, że więcej do muzycznego powiedzenia mają właśnie czarne. Z powyższego dowcipu "uśmialiśmy się" jak mniemam chyba wszyscy, więc część humorystyczną dzisiejszego wpisu moglibyśmy mieć odbębnioną. Ale będzie zupełnie inaczej. Teraz swój dowcip opowie sam pan Bach.Dowcip zaczyna się pojedynczą linią melodyczną w formie uroczego pasażyku, który to wznosi się i opada, by już po chwili przejść do pedału i towarzyszyć salwom śmiechu, czyli przewijającym się przez całe preludium i fugę powtarzanym dźwiękom, raz pojedynczym, drugi raz w postaci akordów. Te rytmicznie powtarzane nuty to nic innego jak tylko chichot ubawionego po pachy własną kompozycją Bacha. Słuchając tego utworu mam wrażenie, że Bach albo był pod wpływem czegoś (choć kto wie, może nawet kogoś), albo robi sobie z nas wszystkich jaja. Najlepiej słychać to w samym końcu fugi (6:53), kiedy śmiech zamienia się w chwilę niepewności, a Bach zadaje sobie i nam pytanie, czy aby ten trwający przez cały utwór rechot był na miejscu? Ta niepewność w ułamku sekundy zmienia się w jeszcze większą salwę chachania. To tylko pokazuje, że być najbardziej na świecie natchnionym przez samego Boga człowiekiem, nie oznacza tylko potrzeby komponowania samych patetycznych, przejmujących dzieł, w których koniecznie trzeba zawrzeć jakiś mądry przekaz. Tu nie czarne jest na białym lecz białe na czarnym. Przynajmniej ja w tej całkiem sporej kompozycji nie znalazłem jakiegoś wzniosłego tematu, który kompozytor chciałby zaprezentować. A czy to przypadkiem nie jest tak, że również przez takie okraszone nieustannym chichotem dźwięków skoczne dzieła możemy stale być bliżej Boga? Wzniosłe kompozycje owszem są jakże istotne, ale potrzeba nam także trochę luzu i uśmiechu żeby zupełnie nie zwariować. Życzę Wam takiej właśnie wakacyjnej przerwy od patosu.
PS. Ależ piękny ten instrument, nieprawdaż? Dla wszystkich, którzy nie tylko lubią posłuchać, ale także pooglądać organy i to nie tylko z zewnątrz, polecam całą czteropłytową kolekcję BBC.
piątek, 24 maja 2013
Nader monotematyczny skryba
Przyznaję, że dziś kolejny raz mogę w Waszych oczach okazać się nader monotematycznym, "muzycznoorganowym" skrybą. Ale kurczę blade w tym przypadku naprawdę nie potrafię inaczej. Taka już moja przypadłość, że na pojawiające się imię i nazwisko tego mistrza interpretacji zaczyna się w mojej głowie niekontrolowany potok słów afirmujących muzyczny dorobek tego artysty. Im więcej zgłębiam ten niemały dorobek, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że na liście utworów, przy których przewija się nazwisko tego pana, nie ma ani jednej, dosłownie ani jednej złej, ba nawet choćby trochę nudnej, czy nieudanej interpretacji. Ten człowiek nie poplamił swojego muzycznego życiorysu jakimkolwiek nieprzemyślanym urzeczywistnieniem utworu. Każden jeden wykon (no co, trzeba być postępowym) - to majstersztyk, to brylant mieniący się milionem barw, to nieznośnie lekki byt. Każde nawet najmniejsze, w dodatku nigdy nieprzypadkowe muśnięcie klawisza sprawia, że ogarnia mnie poczucie... (teraz to może trochę źle zabrzmi, ale proszę mi wierzyć przemyślałem to określenie) wiecznego spokoju. I mam tu na na myśli spokój o... transmisję danych. Tak. W tym przypadku nadajnik jest zestrojony z odbiornikiem w stu procentach. Tu nie ma mowy o żadnych zakłóceniach. Jestem spokojny o każdą pojedynczą nutę, która za ułamek sekundy ożyje pod naciskiem jednego z 10 palców lub jednej z kończyn dolnych artysty i wryje się w moją muzyczną część mózgu. To niesamowite jak ta muzyka działa na mnie. Zastanawiam się tylko, czy tę przypadłość primo: da się leczyć i secundo: czy w ogóle trzeba ją leczyć. Dobrze mi z nią. To nieładnie życzyć komuś choroby, ale w tym przypadku wypada mi powiedzieć: zachorujcie na Tona Koopmana, jego wiecznie uśmiechniętą buzinkę, tak samo uśmiechnięte oczy i radość płynącą ze słuchania tej uduchowionej muzyki!
To właściwie mógłby być koniec mojego słowotocznego uwielbienia i początek słuchania muzyki, ale zabiorę Wam jeszcze jedną sekundę... może tercję. Trochę już minęło od początku tego bloga i aż dziw bierze, że do tej pory nie podzieliłem się z Wami poniższą kompozycją, będąca jedną z moich ulubionych i wdzięcznych. Utwór ulubiony - bo to połączenie dwóch największych: Vivaldiego z Bachem. Wdzięczny - bo jego granie i słuchanie, zwłaszcza takiego mistrzowskiego Koopmanowego wykonania, niesie ze sobą niesamowitą przyjemność, pozytywnie nastraja, umaja duszę, a wszystkie moll-e zamienia w Dur-y. "Dank u voor al meester!"
wtorek, 16 kwietnia 2013
Mało znani a pocześni cz. 3 - "Ksawier Rzeźbiarz - organowy alergik"
Wiosna! Powracamy do zakurzonego już nieco cyklu o kompozytorach zapomnianych, nieznanych, dziewiczych, ale wzbudzających respekt, godnych do poświęcenia ich muzyce chociaż kilku minut, bo mających w niej do przekazania coś interesującego, a może nawet intrygującego. Takim właśnie frapującym utworem zatrzymał mój dzisiejszy rozpęd niejaki Franz Xaver Schnitzer (1740-1785) - niemiecki kompozytor i organista benedyktyńskiego klasztoru w Ottobeuren. Niestety niewiele z jego uduchowionych kompozycji zachowało się do dnia dzisiejszego, ponieważ większość z nich nie było za jego życia publikowanych. Wykorzystywano je w większości tylko do potrzeb lokalnej społeczności.
Natrafiłem na sonatę D-dur i zacząłem roztaczać dość nietypową wizję...
Część I
I poniosło mnie razem z wiosennym wiatrem (oczywiście w towarzystwie ptactwa wszelakiego, aczkolwiek drobnego) na pagórkowate hektary, które to dopiero co zaczęły zielenić się świeżą trawą. Ochoczo przebijające się kwiatki i urocze zielska aż rwą się do kwitnięcia, wystawiania swoich słupków i pręcików na widok publiczny. Z każdej strony dopada mnie zapach nowego życia.
Część II
Tak to już dość dawno temu zostało pomyślane, że jak się człowiek trochę po polu nalata, to się za chwilę zmęczy. Nie inaczej było w moim przypadku, zwłaszcza w obliczu siedzącego trybu pracy - czytaj braku przyzwyczajenia do nieustannego latania. Przycupnąłem więc na większym kamieniu, rozprostowałem zmęczone "zimowym zastaniem" nogi i rozpocząłem proces czerpania wiosennego powietrza pełną piersią. Wdycham więc wszystko jak leci... Dosłownie. Łącznie z pyłkami, na które jak przystało na prawdziwego mieszczucha mam oczywiście uczulenie. Delikatny wiatr rozwiewa włosy, obserwuję z góry piękny świat, budzące się w nim życie, wącham i... czuję pismo nosem. Podejrzewam, że ta idylla nie będzie trwała wiecznie.
Część III
Nadchodzi oto trzecia, ostatnia, makabryczna dla mnie część tej wizji - alergiczna reakcja organizmu na otaczającą wiosnę. Cudowny do tej pory widok zaczyna się robić mglisty - oczy zalewają się łzami, zapach świeżej trawy znika - nos zalewa się wodnistą mazią, wiatr zaczyna denerwować podrażnione od smarkania nozdrza. Mam ochotę uciekać, wsadzić głowę do worka, najlepiej wypełnionego kostkami lodu. Mam dość wiosny? Tylko chwilowo. Sięgam do kieszeni i wyciągam magiczny specyfik, który aplikuję do przekrwionych oczu i nosa. Daję tym cudownym kroplom kilka chwil na zadziałanie by ponownie wiosennym pląsem oddalić się w kierunku pochwały wiosennego życia... Nareszcie!!!
Subskrybuj:
Posty (Atom)

