Walizki, kufry, kartony i pudła... makabryczna ilość pudeł, przy rozpakowywaniu których spędzam ostatnio całkiem sporo czasu, które śnią mi się po nocach, prześladują, stają mi się na tyle bliskie, że zaczynam już z nimi rozmawiać. Podczas jednej z takich właśnie "rozmów" z pudełkiem posiadającym wszystko mówiący napis "płyty", mignęła mi przed oczami data, która wskazywała, że dokładnie wczoraj i bagatela 330 lat temu przyszedł na świat Georg Philipp Telemann - słynny muzyk-samouk, lipski organista, kapelmistrz, jeden z najbardziej płodnych kompozytorów epoki baroku. Pomyślałem, że to całkiem miła okazja do zaprezentowania tutaj jego twórczości, tyciutkiego wycinka z jego ogromnej spuścizny.
Pozwólcie jednak, że z racji wizji wielu długich wieczorów spędzonych na przeuroczych "rozmowach z pudełkami", tym razem prezentacja odbędzie się z prędkością błyskawicy, ale obiecuję w przyszłości bliżej przyjrzeć się tej intrygującej i jakże ciekawej muzyce. Biorąc pod uwagę słowa Händla: "Telemann to człowiek, który potrafi napisać motet na cztery głosy w mniejszym przeciągu czasu, niż większość ludzi byłaby w stanie napisać list" mam nadzieję, że tempo dzisiejszego posta odpowiadające umiejętnościom pana Telemanna, zostanie mi wybaczone. Lekarstwem na małą ilość słów niech będzie muzyka organowa w trzech odsłonach: chorału, aranżacji i "organów do towarzystwa".
I stało się. Wzorcowo zakałapućkałem się w remont, pakowanie, rozkręcanie, przeprowadzkę, skręcanie, rozpakowywanie - choć do tego ostatniego to jeszcze długa droga. Korzystając z chwili odpoczynku przysiadłem sobie na jednym z pudeł wypakowanych po brzegi przeróżnymi książkami, ciuchami, nutami, płytami i pomyślałem: "trzeba to jakże ważne wydarzenie, które dotknęło, dotyka lub zapewne dotknie prawie każdego, uwiecznić jakoś na moim blogu". Szybko przewertowałem karty mej pamięci zawierającej katalog dzieł organowych Jana Sebastiana Bacha (oczywiście mam na myśli pamięć elektroniczną, własna w takich warunkach funkcjonuje nienajlepiej) i utknąłem na numerze 543. Dlaczego? Najpierw posłuchajcie.
Czy już sam początek nie jest jak katastrofa, którą na początku przypomina każdy większy remont i przeprowadzka? Wszystko co było do tej pory w miarę sensownie poukładane rozsypuje się jak domek z kart, spada w przepaść, resztkami sił próbując tylko wznieść się do poprzedniego poziomu. Gdzieniegdzie wśród gęstwiny kurzu i pyłu (tak, chodzi mi o ten z rozkuwanych ścian) przebija się malutkie światełko w tunelu, które w miarę upływu czasu staje się coraz wyraźniejsze dając tym samym nadzieję, że jeszcze tylko tydzień, dwa i wszystko wróci do normy. Ale światełko to przygasa, bo oto nadchodzi ekipa z maszynką do cyklinowania parkietów w postaci specyficznego, nacechowanego bardziej negatywnymi emocjami motywu fugi, który wraz z wwiercającym się niczym wiertarka udarowa w beton pedałem (zwłaszcza w zakończeniu) doskonale oddaje atmosferę panującą podczas reperacji mieszkania. A samo zakończenie to przecież ewidentna szlifierka kątowa z milionem rozbryzgiwanych dookoła iskier, charakterystycznym "metalicznym" brzmieniem i przebijającym się co chwilę młotkiem oraz meselkiem pana majstra.
No dobrze, to że nad naszym remontem zawisły ciemne chmury już wiemy, ale co z tonacyją, która zgodnie z tytułem posta miała być tutaj scharakteryzowana? A tu niespodzianka. Mam bowiem wrażenie, że znalazłem doskonały przykład, który nijak ma się do tej właśnie charakterystyki i świadczy albo o pomyłce autora tej definicji, albo o niesamowitym talencie pana Bacha, który z każdej, nawet najbardziej potulnej tonacji, potrafi wysupłać potwora. Oto ta krótka, ale konkretna charakterystyka:
"A-moll cechuje nabożnej kobiety miękki charakter i potulność".
Ja przepraszam, czy tutaj można usłyszeć nabożną kobietę, która w dodatku ma miękki charakter? Gdzie tu u licha potulność? Jeżeli to faktycznie ma być kobieta, to przypomina ona raczej istną bestię, która nie ma w sobie nic z łagodności, subtelności, czy nawet sympatyczności... A może ta subtelna kobieta wywarła swym "miękkim charakterem" taki wpływ na Jaśka, że nie wytrzymał i popełnił takie "udarowe" dziełko? Wiem wiem... Etap mojego życia, w którym obecnie się znajduję - nazwijmy to "napudełkowy" i związany z nim stan psychiczny, może wypaczać trochę pogląd na takie kwestie. Gdyby się bardzo postarać, w większości utworów pana Jana znajdę teraz kurz, dźwięk wiertarki, albo huk młota. Dlatego póki co przełknę może łyczek "amola" i obiecuję zbadać temat w nieco normalniejszych warunkach...
Jakiś czas temu udało mi się nagrać własną interpretację krótkiego preludium Mariana Sawy opartego na motywie XVIII-to wiecznej kolędy "Pasterze mili, coście widzieli", którą podzielę się dzisiaj z Wami. Może to dziwne, ale te niecałe 2 minuty zainspirowały mnie do nieco głębszej analizy samej kolędy. Analizy utrzymanej oczywiście w kontekście współczesnej formy betlejemskiej stajenki, w której zamiast pasterzy znaleźlibyśmy zapewne plastikowe zabawki a'la "DżiAjDżołso-Transformersy", Marię i Józefa zastąpiłyby odpowiednio Barbie i Ken, a zamiast Jezusa leżącego na sianku wisiałaby kartka z napisem: "sorki, jestem na solarce, wracam za 2 godziny".
Skąd ta inspiracja? Już po samym początku preludium Sawy orientujemy się, że będziemy mieć do czynienia z treściwą wariacją na temat, który zgrabnie i dowcipnie przedstawiony przez kompozytora, góruje przez cały czas trwania utworu. Wszystkie jego przeobrażenia, towarzyszące mu podskoki, powtórki i zacięcia, czy wreszcie dowcipne taneczne zakończenie, sugerują, że każdą, nawet najbardziej poważną rzecz czy kwestię, można zinterpretować i przedstawić po swojemu, po współczesnemu...
Tak więc widzimy kilku rosłych, stadnych mężczyzn przebywających w danym momencie trochę w górach, ale nie za wysoko, którzy tak oto sobie siedzieli na tych swoich pagórkach, gdy nagle coś ich tknęło - w sensie zaczęło do nich gadać i pytać, czasami dziwnym językiem: Pasterze mili, coście widzieli? Widzieliśmy maleńkiego, Jezusa narodzonego, Syna Bożego, Syna Bożego.
Wyciągnęli więc swoje pasterskie rolnety i "pyk" - uwidzieli najpiękniejszego Dzieciaka pod słońcem... a raczej pod gwiazdą - bo rzecz się działa nocą, o czym XVIII wieczny autor raczył zapomnieć. Co za pałac miał, gdzie gospodą stał? Szopa bydłu przyzwoita, I to jeszcze źle pokryta, Pałacem była, pałacem była.
I tak za pomocą przyrządu powiększającego widzieli to Boże Dziecię, ale zaraz po Nim ich doskonały wzrok przeniósł się na okoliczne zabudowania. "Oj widzę, że projektant tej szopy odbywał szkolenie AutoCada przez internet" - skomentował jeden, zwracając uwagę, że dach owej szopy pokryty był w sposób niespełniający obowiązujące normy sztuki budowlanej. Drugi przez chwilę pomyślał, że szopa była źle pokryta pałacem, ale pierwszy szybko wyprowadził go z błędu, znacząc swym pasterskim kijem znak "X" na jego plecach. Jakie łóżeczko, miał Paniąteczko? Marmur twardy, żłób kamienny, Na tym depozyt zbawienny, Spoczywał łożu, spoczywał łożu.
Ruszyli więc w drogę, aż tu nagle: "marmur twardy, depozyt zbawienny... czy my aby dobrze idziemy, może to chodzi o jakiś bank, a nie szopę?" - zastanowił się jeden, tym razem trzeci w kolejności "idzienia" pasterz, który w tym samym momencie dostał przez łeb czymś anielskim, aczkolwiek swym kształtem przypominającym raczej zwykły obuch. Swoje także usłyszał, ale tego niestety autor kolędy również nie przekazał. Co za obicie miało to Dziecię? Wisząc spod strzech pajęczyna, Boga i Maryi Syna, Obiciem była, obiciem była.
Po usłyszeniu takiego pytania, przez myśl pasterzom przeszły tylko kwestie tapicerskie, ale tak jak poprzednio zostały one szybko zduszone w zalążku przez czuwającego anielskiego Stróża. Nie oglądając się za siebie szli zatem dalej. Czyli w gospodach? Czy spał w swobodach? Na barłogu, ostrym sianie delikatne spało Panię, a nie w łabędziach, a nie w łabędziach.
Z racji swego prostego rozumowania, nie za bardzo zrozumieli powyższy wywód anielski, zwłaszcza w kontekście łabędzi, których w tamtych rejonach świata nie spotykano, a oni nie przywykli do podróżowania po świecie za swymi raczej tubylczymi owcami. Kto asystował? Kto Go pilnował? Wół i osioł przyklękali, parą swą Go ogrzewali, dworzanie Jego, dworzanie Jego.
Na końcu tego najważniejszego na świecie wówczas szyku szedł pastuch rozmyślający, czy to aby nie chodzi o to, że wół i osioł byli parą i jako tacy ogrzewali to Cudowne Dziecię swoją przyklękniętą obecnością. Uspokoił się, kiedy przypomniał sobie, że wół z natury jest sterylizowanym parzystokopytnym, a osioł jest po prostu... osłem. Mógł spokojnie dołączyć do reszty, by w końcu dotrzeć tam, gdzie dane było wreszcie zobaczyć na własne oczy to wszystko, o czym śpiewali Aniołowie i uradować się razem z nimi... No prawie. Jakieście dary dali, ofiary? Sercaśmy własne oddali, a odchodząc poklękali, czołem Mu bili, czołem Mu bili.
Najpierw oburzyli się, że szli taki szmat drogi tylko po to, żeby na końcu usłyszeć o sobie "ofiary". Potem nie za bardzo zrozumieli zwrot "sercaśmy", a na odchodnym przy wtórze anielskich śpiewów, strasznie rozbolały ich czoła... (niestety "całe", bo to w innej pieśni lud śpiewa tylko o ich przedniej części: "i uderzmy przed Nim czołem".
Wszystkiego... raczej bardziej normalnego w Nowym Roku!
Wesoły świąd! O tym wszechobecnym w okresie grudnia haśle pisałem już w zeszłym roku, namawiając wszystkich do spowolnienia, zadumania, czy wreszcie sięgnięcia po wynalazek minimalizmu. A co w tym roku? W tym roku przewrotnie sięgniemy po stworzone przeze mnie specjalnie na takie okazje określenie maksymalizmu - czyli "dużo dużo i jeszcze więcej, ale bez przesady".
Pozwólcie zatem, że dziś, u progu świątecznych szaleństw, zarzucę Was garścią propozycji: mało, średnio i jak najbardziej świątecznych. Skoro tak, to zacznę nie tak jak narzuca nam to Zbigniew Wodecki - "od Bacha", ale wręcz przeciwnie - od Mozarta. 5 grudnia obchodziliśmy 219 rocznicę śmierci, a 27 stycznia będziemy świętować 255 rocznicę urodzin tego wielkiego Austriaka. Pomyślałem sobie, że to dobra okazja do zaprezentowania Wam - nie pierwszy już raz na tym blogu - jego dokonań muzycznych, które niestety rzadko związane są z muzyką organową. Będzie to skonstruowana przez holenderskiego organistę Martina Mansa zabawka-mix, wpisująca się jak najbardziej w nurt mojego muzycznego maksymalizmu, improwizacyjna i żartobliwa zagadka na temat Mozarta pod wszystko mówiącym tytułem: "jaka to melodia?".
Dla wszystkich, którzy poprawnie rozpoznają wszystkie sprytnie zmiksowane utwory Mozarta, mam oczywiście nagrodę - kieliszeczek "Finlandii", jakże maksymalistycznej kompozycji Jeana Sibeliusa w doskonałej aranżacji Markusa Wargh'a, który grając z taką lekkością oraz pewnością tego, że każde dotknięcie klawiatury jest przez niego w 100% przemyślane, udowadnia słuchaczom, że organy w konkursie różnorodności brzmień, nie mają sobie równych. Bo oto znowu za pomocą jednego człowieka, a konkretniej czterech kończyn i - co w tym przypadku bardzo dobrze słyszalne - mądrej oraz solidnie naoliwionej głowy, słyszymy dokładnie całą orkiestrę. Ale żeby nie być gołosłownym, proszę sobie porównać to wykonanie z oryginałem orkiestrowym.
Na koniec tego przedświątecznego kramu zapraszam na coś bardziej związanego z tym okresem i polskością: zapomniany, zakurzony, grywany niestety bardzo rzadko, znany większości tylko z faktu skomponowania melodii do słów Roty, chociaż swym wielkim talentem kompozytorskim i swą wirtuozerią z pewnością zasłużył sobie na ważne miejsce wśród polskich kompozytorów - Feliks Nowowiejski. Zapraszam na jedną z piękniejszych polskich fantazji bożonarodzeniowych - Fantazja "Boże Narodzenie w Prastarym Kościele Mariackim w Krakowie". Nagranie to jest mi tym bardziej bliższe sercu, ponieważ zostało wykonane przez Pana Jerzego Kuklę na "moich" organach katedralnych w Bielsku-Białej. Mam nadzieję, że ta właśnie interpretacja sprawi Wam dużo radości, której w połączeniu z dużą ilością zdrowia życzę wszystkim: czytelnikom i miłośnikom muzyki płynącej z nieodgadnionego wnętrza króla instrumentów! Wszystkiego!
Dawno dawno temu, tak dawno, że ja osobiście nie pamiętam, człowiek jako najmądrzejsza istota na tym świcie, dążąc od pokoleń do posiadania dosłownie wszystkiego (naj)lepszego od drugiego myślącego osobnika, wykoncypował wspaniały wynalazek i nazwał go po prostu "Listą przebojów", która w zamyśle miała służyć pomocą w doborze tego "lepszego". Zaraz potem, żeby nie było nudno, począł wdrażać w życie różne jej wariacje, pamiętając jednak o podstawowych zasadach listy: porównywania wszystkiego, co zazwyczaj daje się porównać. I tak oto najpopularniejszą obecnie listą jest ta dotycząca wszelakich utworów muzycznych. Dlatego też właśnie dzisiaj takową listę wykorzystamy, dokonując oczywiście wspomnianej wariacji. Jakiej?
Będzie to lista tylko jednego "przeboju", ale za to w różnych interpretacjach dokonanych na różnych instrumentach. Waszym zadaniem będzie ustalenie, kto zasługuje na miano zwycięzcy. Zapraszam zatem do wysłuchania organowych wersji doskonałego świątecznego utworu "Quand Jésus naquit a` Noël" skomponowanego przez Claude Balbastre (1724 - 1799) - francuskiego kompozytora, organisty i klawesynisty.
WERSJA 1
WERSJA 2
WERSJA 3
Ja już spełniłem swój obywatelski obowiązek oddając swój głos, a Ty?