Dokładnie 50 lat temu ten sympatyczny pan w kapeluszu z dużymi, nieco odstającymi uszami i wymalowanym w oczach brakiem pewności siebie i swoich wartości, opuścił ten świat, pozostawiając po sobie całkiem spory dorobek muzyczny: począwszy od sonat, pieśni, kantat, przez koncerty, balety, a na utworach orkiestrowych kończąc. Francis Poulenc - bo o nim właśnie mowa - był francuskim kompozytorem bez jakichkolwiek studiów muzycznych, ale muzykiem dojrzałym, bo urodzonym "z muzyką w głowie". Słychać to doskonale w dzisiejszym obszerniejszym niż zazwyczaj przykładzie muzycznym - koncercie na organy, kotły i smyczki g-moll. Jakiś czas temu przysłuchiwaliśmy się już podobnej większej formie muzycznej, w której organy odgrywały swoją niemałą rolę - symfonii "mało" organowej Camille'a Saint-Saensa. Dzisiejszy koncert jest jednak zupełnie inny. Tu da się słyszeć, że to właśnie organy wiodą prym przed orkiestrą, że to dzieło właśnie stworzone jest dla nich. We wspomnianej symfonii organy są jakby wtopione w orkiestrę, co jakiś czas wychylając delikatnie piszczałkę, no góra kilka piszczałek zza przysłowiowego rogu. U Saint-Saensa organy w całej kompozycji właściwie brzmią jednakowo, z podziałem na cicho lub głośno. U Poulenca co chwilę zmieniają barwę i swój charakter. Raz przebijają się przez kotły potężnym rykiem wszystkich dostępnych głosów, żeby za chwilę cichutko wykonać solową partię, dającą jednocześnie grającemu możliwość pokazania możliwości zarówno swoich, jak i instrumentu. Delikatnie wybijają się nieco chrapliwym brzmieniem języków ponad delikatnie płynącą partię smyczków. Przez takie właśnie zmiany brzmień i sposobu rejestracji instrumentu (sugerowane przez samego Maurice Duruflé, który to nawiasem mówiąc sam w 1938 roku zasiadł przy kontuarze organów podczas prawykonania tego dzieła), połączone ze specyficzną dla tamtych czasów francuską harmonią, odnosi się wrażenie, że bierzemy udział w jakiejś niesamowitej opowieści. I tak de facto jest. Ten ogrom żywiołowości i emocjonalności, zmiany nastroju i charakterystyczny klimat jaki Poulenc buduje w tym niemałym przedsięwzięciu muzycznym, są doskonałym odzwierciedleniem stanu jego duszy, nękających go ciągle wątpliwości i towarzyszących jego życiu wydarzeń: utraty swojego życiowego partnera, czy też swojego religijnego powrotu do chrześcijaństwa. Przez sporą część utworu daje się słyszeć charakterystyczny niepokój, jakby wyczekiwanie czegoś niewiadomego, może nadchodzących czasów wojny. Słuchacz pozostaje z taką niewiadomą do samego końca. Słysząc na koniec delikatne smyczkowe staccato sugerujące odliczanie czasu i wieńczące dzieło gwałtowne uderzenie w kotły, odnosi się wrażenie, że opowieść, w której się uczestniczy jeszcze się nie skończyła. Dlaczego? Może dlatego, że każda następna sekunda, minuta, czy dni zbliżające nas do pewnego końca, są dla nas jedną wielką niewiadomą, której nikt nie jest w stanie odgadnąć, czy przewidzieć?
Taka jest moja aktualna interpretacja, którą dzielę się dzisiaj z Wami. Zapewne mniej lub bardziej zgodna z Waszymi, ale też taka, która w miarę bardziej uważnego wsłuchiwania się w ten utwór będzie prawdopodobnie ewoluowała. Poulenc doskonale maluje na tym muzycznym płótnie wystarczająco duży i zróżnicowany obraz, że każdy może wyczytać z niego coś zupełnie innego, być może wręcz kontrastującego z przytaczaną przeze mnie wszechobecną niepewnością (bo są przecież momenty piękne, zwiewne, skoczne, przepełnione pozytywnymi emocjami). I to właśnie mnie urzekło i stanowi moim zdaniem o wielkości tej muzyki. Polecam!
środa, 30 stycznia 2013
czwartek, 10 stycznia 2013
Globalnie ocieplony klimat Świąt
Pamiętacie jeszcze czasy, kiedy to wszyscy straszyli nas tak zwaną dziurą ozonową? Jeden z prześmiewczych serwisów internetowych głosi nawet, że używanie dezodorantów mogło zdaniem naukowców oraz wielu ministrów środowiska powodować niebezpieczne przyciąganie tejże dziury. A ta będąc wielką, czarną i w dodatku pachnącą Domestosem potrafiła wciągać i pożerać ludzi, którzy nadużywali tego wspaniałego wynalazku poprawiającego stan tak zwanej higieny osobistej. Więc mieliśmy czasy, w których na przykład jazda zatłoczonym autobusem była trochę bardziej niekomfortowa niż aktualnie. Byli jednak zatwardziali zwolennicy stosowania dezodorantów na przekór sugestiom naukowców i to zapewne przez nich nastały kolejne czasy z tak zwanym efektem cieplarnianym. Efektem tego efektu jest znowuż straszenie przez ekologów z całego świata teorią, że to właśnie ten efekt przyczyni się do zagłady ludzkości, a nie tam jakieś kończące się kalendarze Majów. Jak do tego dołożymy jeszcze globalne ocieplenie klimatu, to w rezultacie możemy się spodziewać na przykład samoistnie wykluwających się jajek w lodówce, czy niekontrolowanych wypływów magmy z kanalizacji. Są na szczęście pozytywne aspekty: nie trzeba będzie używać tosterów, piekarników, czy elektrycznych grillów (grilli jeśli ktoś woli). To przecież niesie za sobą oszczędność prądu, która obok nieużywania dezodorantów niebagatelnie wpływa na zmniejszenie dziury ozonowej, efektu cieplarnianego, czy jak ktoś chce również globalnego ocieplenia.
W samym środku tego błędnego koła chciałem Wam umilić jeszcze jedną wadę wynikającą z tego nieustannego ocieplenia - kolejne Święta bez śniegu. Jak wszędzie, tak i tu utworzyły się zapewne dwa obozy rodaków: jedni zadowoleni, gdyż nie musieli się przejmować złymi warunkami na drogach podczas rodzinnych świątecznych wyjazdów. Drudzy źli i zmierzli, bo nie mogli sobie poskrzypieć butami idąc przed północą na Pasterkę, twierdząc przy tym ogólnie, że to kolejne Święta bez klimatu. A ja im na to - klimat jest zawsze, nawet jeśli jest nieco globalnie ocieplony. Wystarczy po prostu chcieć. Na przykład tak, jak chce się Panu Arkadiuszowi Popławskiemu umilać słuchaczom te trudne chwile Świąt bez śniegu (a poniższy przykład to tylko jeden z wielu dowodów na to, że nie są to tylko czcze słowa, lecz fakty poparte dodatkowo moim dwukrotnym osobistym doświadczeniem tego "chcenia" Pana Arkadiusza). Na początku tego Nowego Roku życzę więc wszystkim, żeby właśnie tak się nam chciało chcieć przez cały rok!
W samym środku tego błędnego koła chciałem Wam umilić jeszcze jedną wadę wynikającą z tego nieustannego ocieplenia - kolejne Święta bez śniegu. Jak wszędzie, tak i tu utworzyły się zapewne dwa obozy rodaków: jedni zadowoleni, gdyż nie musieli się przejmować złymi warunkami na drogach podczas rodzinnych świątecznych wyjazdów. Drudzy źli i zmierzli, bo nie mogli sobie poskrzypieć butami idąc przed północą na Pasterkę, twierdząc przy tym ogólnie, że to kolejne Święta bez klimatu. A ja im na to - klimat jest zawsze, nawet jeśli jest nieco globalnie ocieplony. Wystarczy po prostu chcieć. Na przykład tak, jak chce się Panu Arkadiuszowi Popławskiemu umilać słuchaczom te trudne chwile Świąt bez śniegu (a poniższy przykład to tylko jeden z wielu dowodów na to, że nie są to tylko czcze słowa, lecz fakty poparte dodatkowo moim dwukrotnym osobistym doświadczeniem tego "chcenia" Pana Arkadiusza). Na początku tego Nowego Roku życzę więc wszystkim, żeby właśnie tak się nam chciało chcieć przez cały rok!
niedziela, 23 grudnia 2012
Wesiolysiąt
Wszystkie portale, strony tematyczne, allegra i blogi prześcigają się właśnie w składaniu życzeń swoim czytelnikom, zwanym w internecie po prostu użytkownikami. Unikalnymi użytkownikami nazywa się w fachowej nomenklaturze tych, którzy odwiedzają daną stronę pierwszy raz w założonym okresie. Wy jednak jesteście unikalni nie z tego powodu, a z racji unikalności tematyki tego bloga. Dlatego też nie jesteście nazywani użytkownikami, a słusznie ukierunkowanymi muzycznymi odbiorcami internetowymi. I to właśnie Wam moi mili, chciałbym językiem mojego małego brzdąca, którego wszechobecność bardzo wpłynęła na długość niniejszej wypowiedzi (obiecuję, że z Nowym Rokiem nadrobimy zaległości muzyczne), bardzo zwięźle życzyć po prostu: "Wesiołysiąt"!
środa, 7 listopada 2012
On może + ona może = oni mogoł
W internecie aż roi się od baboli, czy jak kto woli językowych fąfli. I kiedy ktoś machnie się w ortografii słowa "gżegżółka", czy "rządny" albo "żądny" - bo trudny wybór zależny jest od kontekstu - to ja to jestem w stanie zrozumieć, ale pypcia można dostać, kiedy jednostki ludzkie nie za bardzo opanowawszy swój język ojczysty, wypisują innym, czytającym jednostkom ludzkim, trochę bardziej spowinowaconym z tymże językiem, takie oto przykładowe treści (dla oszczędzenia Wam nerwów podam tylko fragment opisu aukcji internetowej): "Zobacz inne moje przedmioty. Mogoł one pasować do tego zestawu."
Katar zalał komuś fragment mózgu odpowiedzialny za stosowanie wymysłu zwanego ortografią? Tragiczne i komiczne w jednym. Zauważyłem jednak na tym przypadku pewną prawidłowość, mój mózg automatycznie nastawia się chyba na tego typu kwiatki próbując odwrócić moją uwagę od takich ortograficznych, ciężkich przypadków, ponieważ pierwsze o czym pomyślałem widząc to cudo była... dynastia Mogołów. A stąd już tylko rzut beretem do "Grosso mogul", czyli słynnego koncertu D-dur Vivaldiego z drugiej dekady XVIII wieku. Ten znowu był punktem odniesienia dla naszego kochanego Pana Jana, który posiadając niesłychany dryg do organowych interpretacji dzieł innych mistrzów, bez zbytniego wysiłku przeniósł tę tryumfalną i energiczną melodię nawiązującą do ówczesnych wyobrażeń świata zachodniego o potędze XVI wiecznych władców Indii na tylko trzy pięciolinie.
I jak zwykle uczynił to doskonale, a mistrzostwo w dokonywaniu transkrypcji organowych jest jeszcze bardziej godne docenienia, ponieważ w przeciwieństwie do jego kolegów po fachu (Schütz, czy Händel), którzy podobnie jak on czerpali inspiracje we włoskiej, bardzo modnej ówcześnie kulturze, będącej kolebką stylu barokowego, pan Bach nigdy nie był w tym kraju. Jego wiedza dotycząca tego włoskiego stylu pochodziła jedynie z analizy partytur, dzięki czemu transkrybowane utwory nabierały nową, specyficzną formę. Ale czy tylko cel nadania utworowi nowego wyrazu przyświecał Bachowi podczas tworzenia zarówno tej, jak i innych transkrypcji organowych? Spekulacji w tym temacie jest tak wiele, jak wielu badaczy zechciało się w nim wypowiedzieć. Dotarłem między innymi do takich:
- autodydaktyka - przepisując obce partytury Bach miał poznawać najnowsze osiągnięcia w dziedzinie techniki kompozytorskiej (według mnie mało prawdopodobne),
- upowszechnienie literatury koncertowej,
- możliwość wykonywania fragmentów koncertu podczas mszy.
A ja nie będąc badaczem uważam, że taka praca sprawiała Jasiowi po prostu zwykłą frajdę. A to czy wówczas posiadał on do tego świadomość, że uczyni tym samym radochę muzycznym melomanom na całym ziemskim padole, których ilość idzie już w grube miliony (choć nie wiem, czy w tym przypadku nie dokonałem niedoszacowania), to już osobna kwestia i zagadka, której tutaj nijak nie rozwiążemy. Chociaż kto wie, może znajdą się tacy, którzy mogoł?
Katar zalał komuś fragment mózgu odpowiedzialny za stosowanie wymysłu zwanego ortografią? Tragiczne i komiczne w jednym. Zauważyłem jednak na tym przypadku pewną prawidłowość, mój mózg automatycznie nastawia się chyba na tego typu kwiatki próbując odwrócić moją uwagę od takich ortograficznych, ciężkich przypadków, ponieważ pierwsze o czym pomyślałem widząc to cudo była... dynastia Mogołów. A stąd już tylko rzut beretem do "Grosso mogul", czyli słynnego koncertu D-dur Vivaldiego z drugiej dekady XVIII wieku. Ten znowu był punktem odniesienia dla naszego kochanego Pana Jana, który posiadając niesłychany dryg do organowych interpretacji dzieł innych mistrzów, bez zbytniego wysiłku przeniósł tę tryumfalną i energiczną melodię nawiązującą do ówczesnych wyobrażeń świata zachodniego o potędze XVI wiecznych władców Indii na tylko trzy pięciolinie.
I jak zwykle uczynił to doskonale, a mistrzostwo w dokonywaniu transkrypcji organowych jest jeszcze bardziej godne docenienia, ponieważ w przeciwieństwie do jego kolegów po fachu (Schütz, czy Händel), którzy podobnie jak on czerpali inspiracje we włoskiej, bardzo modnej ówcześnie kulturze, będącej kolebką stylu barokowego, pan Bach nigdy nie był w tym kraju. Jego wiedza dotycząca tego włoskiego stylu pochodziła jedynie z analizy partytur, dzięki czemu transkrybowane utwory nabierały nową, specyficzną formę. Ale czy tylko cel nadania utworowi nowego wyrazu przyświecał Bachowi podczas tworzenia zarówno tej, jak i innych transkrypcji organowych? Spekulacji w tym temacie jest tak wiele, jak wielu badaczy zechciało się w nim wypowiedzieć. Dotarłem między innymi do takich:
- autodydaktyka - przepisując obce partytury Bach miał poznawać najnowsze osiągnięcia w dziedzinie techniki kompozytorskiej (według mnie mało prawdopodobne),
- upowszechnienie literatury koncertowej,
- możliwość wykonywania fragmentów koncertu podczas mszy.
A ja nie będąc badaczem uważam, że taka praca sprawiała Jasiowi po prostu zwykłą frajdę. A to czy wówczas posiadał on do tego świadomość, że uczyni tym samym radochę muzycznym melomanom na całym ziemskim padole, których ilość idzie już w grube miliony (choć nie wiem, czy w tym przypadku nie dokonałem niedoszacowania), to już osobna kwestia i zagadka, której tutaj nijak nie rozwiążemy. Chociaż kto wie, może znajdą się tacy, którzy mogoł?
czwartek, 18 października 2012
Charakterystyka tonacyi cz. 7 - "Obrażające s[m]arkanie"
H-moll jest niejako tonem cierpliwości, spokojnego wyczekiwania, zdania się na Opatrzność Bożą. Dlatego też skarga jego jest łagodną i nie przechodzi nigdy ani w obrażające sarkanie, ani nieznośne kwilenie. Aplikatura tonu tego jest we wszystkich instrumentach trudną, stąd też mało mamy w nim sztuk pisanych.
Tak oto rozpoczynamy kolejną wyprawę w świat tonacyj, dzisiaj ze względu na ogólne zmęczenie materiału, do pewnego wyrazu z opisu magicznie dokleiła mi się jedna litera, czyniąc ten świat cudownie zasMarkanym. Powyższą charakterystykę czytałem chyba dwa razy i za każdym razem zastanawiałem się, dlaczego jej autor ni stąd, ni zowąd przytacza nagle jakieś obrażające smarkanie. Co też jakiś katar może mieć wspólnego z tonacją h-moll? No i zaczęło się moje dociekanie. Pierwszy na tapetę poszedł koncert h-moll Johanna Gottfrieda Walthera, a właściwie Vivaldiego:
Rzeka łez spływała po twarzy Walthera siedzącego w rogu pokoju, w którym zwykł przebywać zawsze wtedy, kiedy miał ochotę doznawać duchowych uniesień. Najciemniejsza część domu sprzyjała rozmyślaniu nad sensem życia, wsłuchiwaniu się w każdą nutę, doszukiwaniu się Boga w każdej frazie: własnej lub jak było w tym przypadku kolegi po fachu. Wszystkim niepamiętającym tamte czasy przypomnę tylko, że wtedy nie znano jeszcze takich wynalazków jak gramofon, magnetofon, odtwarzacz CD, czy jakże przydatne w kwestii niewkurzania małżonki słuchawki. Wtedy muzykę wynosiło się z sali koncertowej zaszufladkowaną z tyłu głowy, a odsłuch polegał na sięgnięciu swą pamięcią w odpowiednią szufladkę z wirtualną płytą BD (od Brain Disc), nagraną z udziałem publiczności w wersji LIVE. Walther będąc kuzynem pana Jana z najbardziej na świecie muzycznie uzdolnionej rodziny na literę "B", przez to właśnie spowinowacenie nie miał problemów z uruchamianiem muzycznej machinerii w swojej głowie (podejrzewam, że spora część ludzi żyjąca w tamtych czasach nie miała z tym problemu, gdyż po prostu nie było innego wyjścia). Siedział więc wygodnie w swym fotelu przywołując usłyszany wcześniej koncert Antonia i przeżywał szlochając. Smarkanie roznoszące się po całym domu nie miało końca. Był to jednak płacz wzruszenia, żadne tam nieznośne kwilenie. Krzątająca się po domu małżonka, która mądrą kobietą była, bardzo często musiała przywoływać go w takich sytuacjach do psychicznego pionu. Uczyniła to i tym razem mówiąc: "weź się już tak nie maż, okaż trochę cierpliwości, zdaj się na Bożą Opatrzność, chwyć pióro i mimo trudnej aplikatury hamola napisz ten koncert na organy tak, by wszyscy zwykli ludzie również mogli usłyszeć i poznać jego piękno w kościele". Licząc się z jej zdaniem wziął się do roboty i w kilka chwil przy pomocy jednego pióra, trzech kluczy i trzech pięciolinii, powołał do nowego życia wszystkie wykorzystane przez Antoniego instrumenty, ale już w sposób umożliwiający zaprezentowanie ich za sprawą tylko jednego człowieka - organisty.
I uczynił to doskonale, nieprawdaż? Kwintesencja barokowej muzyki zamknięta w jednym instrumencie, a i wykonanie oraz brzmienie instrumentu na zaprezentowanym przeze mnie przykładzie nie pozostawiają nic do życzenia. W tym momencie można zgodzić się więc z autorem opisu tonacji (przymykając oczywiście oko na obrażające smarkanie), że dużo tu skargi, ale jak słusznie zauważył autor utrzymanej w łagodnej wymowie. I wszystko byłoby nadal takie piękne, gdyby nie kolejny utwór wzięty na warsztat - Toccata h-moll Eugène Gigout:
Czy słyszycie tutaj ową łagodność i cierpliwość mające charakteryzować tonację h-moll? Ja mam wręcz odwrotnie. Kiedy u Vivaldo-Walthera słychać to było doskonale, w tym przypadku do mojej głowy uderza raczej cały ogrom skarg i rozpaczliwego kwilenia. Nie potrafię spokojnie wyczekiwać finału, chciałbym żeby ta nawałnica czym prędzej się skończyła. Szczęśliwie tylko, że w tym przypadku jest to finał zwieńczony gromkim H-dur (nawiasem mówiąc najbardziej "rozstrojonym" tonem w mojej prywatnej charakterystyce tonacji). Jedno się tylko zgadza - moje oczy narażone na niesamowity podmuch wiatru wywołany wspomnianą nawałnicą, podobnie jak u Walthera zachodzą łzami, a to już tylko krok od obraźliwego s[m]arkania. No to jeszcze raz z dodatkową promocją młodych talentów:
Teraz to moje s[m]arkanie sięga zenitu, a do objawów zewnętrznych dołączyła w finale utworu dodatkowo gęsia skórka. Ciekawe czy domyślacie się, co ją spowodowało? Ale to temat na zupełnie osobny wpis o doznaniach raczej niezwiązanych z tonacjami a przestrzenią... choć jak już pewnie zdążyliście się przyzwyczaić, rzeczy z natury ze sobą niezwiązywalne, związuję od ręki. Wyczekujcie zatem wpisu o przestrzennym s[m]arkaniu w tonacji nie-h-moll.
Tak oto rozpoczynamy kolejną wyprawę w świat tonacyj, dzisiaj ze względu na ogólne zmęczenie materiału, do pewnego wyrazu z opisu magicznie dokleiła mi się jedna litera, czyniąc ten świat cudownie zasMarkanym. Powyższą charakterystykę czytałem chyba dwa razy i za każdym razem zastanawiałem się, dlaczego jej autor ni stąd, ni zowąd przytacza nagle jakieś obrażające smarkanie. Co też jakiś katar może mieć wspólnego z tonacją h-moll? No i zaczęło się moje dociekanie. Pierwszy na tapetę poszedł koncert h-moll Johanna Gottfrieda Walthera, a właściwie Vivaldiego:
Rzeka łez spływała po twarzy Walthera siedzącego w rogu pokoju, w którym zwykł przebywać zawsze wtedy, kiedy miał ochotę doznawać duchowych uniesień. Najciemniejsza część domu sprzyjała rozmyślaniu nad sensem życia, wsłuchiwaniu się w każdą nutę, doszukiwaniu się Boga w każdej frazie: własnej lub jak było w tym przypadku kolegi po fachu. Wszystkim niepamiętającym tamte czasy przypomnę tylko, że wtedy nie znano jeszcze takich wynalazków jak gramofon, magnetofon, odtwarzacz CD, czy jakże przydatne w kwestii niewkurzania małżonki słuchawki. Wtedy muzykę wynosiło się z sali koncertowej zaszufladkowaną z tyłu głowy, a odsłuch polegał na sięgnięciu swą pamięcią w odpowiednią szufladkę z wirtualną płytą BD (od Brain Disc), nagraną z udziałem publiczności w wersji LIVE. Walther będąc kuzynem pana Jana z najbardziej na świecie muzycznie uzdolnionej rodziny na literę "B", przez to właśnie spowinowacenie nie miał problemów z uruchamianiem muzycznej machinerii w swojej głowie (podejrzewam, że spora część ludzi żyjąca w tamtych czasach nie miała z tym problemu, gdyż po prostu nie było innego wyjścia). Siedział więc wygodnie w swym fotelu przywołując usłyszany wcześniej koncert Antonia i przeżywał szlochając. Smarkanie roznoszące się po całym domu nie miało końca. Był to jednak płacz wzruszenia, żadne tam nieznośne kwilenie. Krzątająca się po domu małżonka, która mądrą kobietą była, bardzo często musiała przywoływać go w takich sytuacjach do psychicznego pionu. Uczyniła to i tym razem mówiąc: "weź się już tak nie maż, okaż trochę cierpliwości, zdaj się na Bożą Opatrzność, chwyć pióro i mimo trudnej aplikatury hamola napisz ten koncert na organy tak, by wszyscy zwykli ludzie również mogli usłyszeć i poznać jego piękno w kościele". Licząc się z jej zdaniem wziął się do roboty i w kilka chwil przy pomocy jednego pióra, trzech kluczy i trzech pięciolinii, powołał do nowego życia wszystkie wykorzystane przez Antoniego instrumenty, ale już w sposób umożliwiający zaprezentowanie ich za sprawą tylko jednego człowieka - organisty.
I uczynił to doskonale, nieprawdaż? Kwintesencja barokowej muzyki zamknięta w jednym instrumencie, a i wykonanie oraz brzmienie instrumentu na zaprezentowanym przeze mnie przykładzie nie pozostawiają nic do życzenia. W tym momencie można zgodzić się więc z autorem opisu tonacji (przymykając oczywiście oko na obrażające smarkanie), że dużo tu skargi, ale jak słusznie zauważył autor utrzymanej w łagodnej wymowie. I wszystko byłoby nadal takie piękne, gdyby nie kolejny utwór wzięty na warsztat - Toccata h-moll Eugène Gigout:
Czy słyszycie tutaj ową łagodność i cierpliwość mające charakteryzować tonację h-moll? Ja mam wręcz odwrotnie. Kiedy u Vivaldo-Walthera słychać to było doskonale, w tym przypadku do mojej głowy uderza raczej cały ogrom skarg i rozpaczliwego kwilenia. Nie potrafię spokojnie wyczekiwać finału, chciałbym żeby ta nawałnica czym prędzej się skończyła. Szczęśliwie tylko, że w tym przypadku jest to finał zwieńczony gromkim H-dur (nawiasem mówiąc najbardziej "rozstrojonym" tonem w mojej prywatnej charakterystyce tonacji). Jedno się tylko zgadza - moje oczy narażone na niesamowity podmuch wiatru wywołany wspomnianą nawałnicą, podobnie jak u Walthera zachodzą łzami, a to już tylko krok od obraźliwego s[m]arkania. No to jeszcze raz z dodatkową promocją młodych talentów:
Teraz to moje s[m]arkanie sięga zenitu, a do objawów zewnętrznych dołączyła w finale utworu dodatkowo gęsia skórka. Ciekawe czy domyślacie się, co ją spowodowało? Ale to temat na zupełnie osobny wpis o doznaniach raczej niezwiązanych z tonacjami a przestrzenią... choć jak już pewnie zdążyliście się przyzwyczaić, rzeczy z natury ze sobą niezwiązywalne, związuję od ręki. Wyczekujcie zatem wpisu o przestrzennym s[m]arkaniu w tonacji nie-h-moll.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




